sobota, 16 listopada 2013

Kartka z dziennika. part. |

Dawno mnie tu nie było O.O
~
22 stycznia. Czwartek
Wstałem dziś wcześniej niż zadzwonił budzik. Nie mogłem już zasnąć, poszedłem o kuchni żeby coś zjeść, za oknem było ciemno, wydawało mi się, że o tej porze słońce już powinno świecić, przynajmniej tak było parę może paręnaście dni temu. Na samą myśl że miałem iść do pracy łapałem doła. Ostatnio dziwnie się czuję.  Zmusiłem się do wyjścia, nie potrafiłem wysiedzieć na miejscu, więc poszedłem do parku. Gdybym wiedział, że ze wszystkich możliwych miejsc on wybierze właśnie to , omijałbym je szerokim łukiem.
Biegał. Wyglądał tak cudownie, że nie potrafiłem oderwać od niego wzroku, modląc się w duchu żeby tylko mnie nie zauważył. Wykrakałem. Kiedy pomachał w moją stronę, szybko uciekłem. Co ze mnie za idiota.
Po drodze do studia wstąpiłem do Starbucks po kawę. Chyba uzależniłem się od kofeiny.
Wyjątkowo nie mieliśmy wiele roboty, nagrania mają się zacząć za 4 dni. Mam nadzieję, że w tym czasie nie zwariuję.
23 stycznia. Piątek
Mój organizm musiał odespać, wczorajsze ranne wstawanie. Spiesząc się do studia prawie wpadłem pod samochód. Mało brakowało.
Kai chwilę  na mnie ponarzekał i poszliśmy na spotkanie w sprawie omówienia strojów. Straszna nuda, odkąd współpracujemy z innymi projektantami, trudno jest się z nimi dogadać, albo stałem się okropnie wybredny. Siedziałem wprost na przeciwko niego, tak jak myślałem w końcu spytał się dlaczego wczoraj zwiałem na jego widok. Wzruszyłem ramionami, znów wychodzę na idiotę.
24 stycznia. Sobota
Monotonia. Tym razem udało mi się przyjść na czas.
Cieszę się, że potrafi oddzielić życie prywatne od zawodowego.
Wieczorem miałem iść na zakupy, w prawdzie miałem to zrobić wczoraj..
Odnoszę wrażenie, że robi to specjalnie, śledzi mnie, jestem tego pewien. Inaczej nie da się wyjaśnić co robił w tym samym czasie w tym samym sklepie, z tego co wiem woli kupować gdzie indziej.
Tym razem nie miałem dokąd uciekać. Nasza rozmowa polegała bardziej na tym, że to on mówił ja jedynie co jakiś czas potwierdzałem.
25 stycznia. Niedziela
Ciągle chodzą mi po głowie słowa wypowiedziane wczoraj przez Akirę: "Co się stało z naszą przyjaźnią?".
Co miałem mu odpowiedzieć? "Kocham cię, przez co nie mogę na ciebie patrzeć."? To uciążliwe.
26 stycznia. Poniedziałek.
W końcu nadszedł pierwszy dzień nagrań, zaczynało się życie po 19 godzin i tylko 5 snu. Mamy spore opóźnienie i żeby nie zawieść fanów musimy dawać z siebie więcej niż jesteśmy w stanie. Okazało się, że w Starbucks mają małą awarię i musiałem iść do innej kawiarni, przez ten felerny park. Zastałem ten sam widok. Wyglądał na zmęczonego. Nie powinien się teraz przemęczać. Przemykając między drzewami nie zostałem zauważony. Punkt do kamuflażu dla mnie.
Kupiłem 5 kaw, w ramach czego dostałem 6 gratis.
W pokoju panowała nerwowa atmosfera. Kai chodził, wydzierając się na rozweselonego Rukiego, który w ostatniej chwili wprowadzał poprawki w tekstach.
Zajęliśmy się dziś nagrywaniem partii basu. Wlepiałem oczy w Reitę zgrabnie szarpiącego struny. Odpłynąłem.
Straciłem poczucie czasu. Było tak zimno, że nie miałem ochoty iść na piechotę. Na przystanku okazało się, że ostatni autobus dawno już odjechał. Poratował mnie Aoi. Był na tyle zmęczony, że nie odzywał się przez całą drogę. Jedynie zajeżdżając życzył mi dobrej nocy i dodał : "Tylko nie śnij zbyt dużo o nim".
Skąd on..? Może jednak się przesłyszałem.
27 stycznia. Wtorek.
Coraz mniej czasu. W nocy grałem zamiast spać. Kompozycje Kaia są naprawę świetna ale też wyczerpująco trudne. Poszedłem spać o 7 żeby na 9:30 być gotów. To raczej drzemka.
Nie ważne co ubiorę i tak mi zimno. Musiałem się przeziębić. Znalazłem sposób na zaoszczędzenie kilku groszy. Odnalazłem w szafce zapomniany kubek termiczny, od dziś każdego ranka będę robił sobie kawę w domu.
Posłuchałem chwilę nagrań perkusji i poszedłem do osobnego pokoju przećwiczyć kolejną piosenkę.
Pech nadal mnie prześladuję, trzy razy zerwałem czwartą strunę. Po raz pierwszy od dawna napadła mnie myśl, żeby to pieprznąć. Zapaliłem, żeby się zrelaksować i podszedłem do tego na spokojnie.
A co jeżeli nie damy rady z mojej winy?
28 stycznia. Środa.
Wstałem niewyspany z myślą, że superbohaterowie zawsze mają pełno energii, więc dlaczego ja nie?
Ubrałem się pierwsze co wpadło mi pod rękę i pędem pobiegłem do studia. Dopiero po drodze dotarło do mnie, jak jest wcześnie. Udało mi się wyjść tak wcześnie, że zostałem świadkiem otwarcia najszybciej otwierającej się kawiarni w której tłumy pędzących o świcie Tokijczyków zaopatrywało się w kofeinę.
Z braku innych pomysłów, postanowiłem przesiedzieć tam najbliższe półtorej godziny. Zamówiłem podwójne espresso i zająłem się czytaniem gazety codziennej przy stoliku na końcu sali.
 Mam paranoję albo faktycznie jestem prześladowany, nie zdążyłem dopić napoju, gdy w pomieszczeniu rozległy się dwa głosy, oba bardzo znajome. Pierwszy, należący do Akiry spokojnie tłumaczył drugiemu na czym polega powstawanie zakwasów. Drugiego nawet nie musiałem kojarzyć by po odpowiedzi odgadnąć, że jego właścicielem jest Yuu. Nie przerywałem czytania, nagle dobiegł do mnie melodyczny krzyk. "Uruha-chan!" W mgnieniu oka obaj bez pytania przysiedli się do mojego stolika. Aoi był czymś zachwycony, nie słuchałem lecącej z jego ust niezrozumiałej paplaniny. Reita starał się go uspokoić, kiepsko mu to wychodziło. Obwieściłem, że idę do łazienki. Przez kolejne pięć minut wpatrywałem się w swoje odbicie w lustrze. Coś wewnątrz mnie pęka jak tylko na niego patrzę, tak za każdym razem.
Spokój zakłócił mi mój największy problem, pytając czy wszystko ok. Uśmiechnąłem się słabo. Moja odpowiedź nie mogła być bardziej fałszywa.
Dzień w studiu był jeszcze bardziej męczący. Noc spędziłam na kanapie w socjalnym
29 stycznia. Czwartek.
Obudził mnie słodki, lecz lekko zachrypnięty głosik. "Wstawaj ślicznotko", powtarzało się w kółko. Na moment zapomniałem o bożym świecie, będąc pewnym, że to jedynie ciąg dalszy mojego pogmatwanego snu. Kubeł zimnej wody wylądował na mojej głowie. Zerwałem się jak poparzony, zachłystając się płynem. Między moimi nogami klęczał Ruki i pustym naczyniem. Zacząłem się na niego wydzierać. Sądziłem, że zareaguje śmiechem, zamiast tego z zaskoczenia zamknął mi usta własnymi, bez zastanowienia wpychając w nie język. Zaplanował to idealnie, z całej siły zaplatając ręce na moim karku, biodrami przygniatał mi żebra.
Jednostronne pocałunki nabierały brutalności, w tym samym momencie krocze napastnika ocierało się o moje.
Jednego wszak nie przewidział, drzwi otwarły się ociężale a w nich stanął zaspany Reita, na nasz widok natychmiastowo otrzeźwiał. Moja mina musiała sprawiać wrażenie ofiary gwałtu. Złapał Matsumoto za koszulkę i mocno odczepił go od już prawie całkowicie nagiego mnie. Wyprowadził go za drzwi. Zostałem sam.  Ciekawsko, wybyłem na korytarz. " (..) Nie pamiętasz co mi obiecywałeś?! Popierdoliło cię do reszty?! Zabroniłem ci go dotykać, zapomniałeś już?!(..)" Słyszałem tylko urywki, więc nie mogę sobie niczego wyobrażać.
Wysłałem Kai'owi sms'a, że będę dziś później i wyłączyłem telefon. Muszę odetchnąć.
30 stycznia. Piątek.
Skończyło się na tym, że wcale nie pojawiłem się w studiu. Wiem, że odwlekanie chwili w której będę musiał stanąć twarzą w twarz z Takanorim. W dodatku owładnęło mną paniczne poczucie winy, zespół nie może pracować. A ja czuję się beznadziejnie. Dodatkowo reakcja Akiry, jego słowa. Może za dużo o tym wszystkim myślę, komplikuję tak proste sprawy.
 Zatrzymałem się z ręką na klamce, przed salą prób. Robię z siebie ciotę? Odpowiedź chyba jest oczywista. Kouyou weź się w garść! Bądź facetem!
31 stycznia. Sobota.
Wydanie albumu zbliża się wielkimi krokami. Utworzyłem dwa pudełka, jedno z podpisem "praca" a drugie  "życie osobiste". Czy w ten sposób uda mi się je perfekcyjnie rozdzielić? Kolejny dzień pracy przede mną. Nie ma mowy o wolnym. Moja wizyta w Kanagawie musi jeszcze poczekać. Dziś Aoi ma mnie podwieźć, przynajmniej nie zmarznę.
Ostatki nocy przyniosły nową myśl.
1 luty. Niedziela.
Rozpoczyna się nowy miesiąc, nowa płyta, nowe działania. Wyznam mu co czuję, on mnie znienawidzi, ucieknę z miasta i będę cierpiał do końca swoich dni. Plan idealny. Kiedy stałem się okropnym pesymistą? Nieważne.
Po skończonej na ten dzień pracy, podszedłem do niego, pytanie czy znajdzie jutro chwilę wolnego ledwo przeszło mi przez gardło. "Po co czekać do jutra? Idziemy na piwo?" Zgodziłem się.
Poszliśmy do zapełnionego baru w pobliżu..
~ To be continued.

środa, 16 października 2013

Aoi x Ruki - i don't know anything about you, my friend. cz4 (end?)

Minęło sporo czasu. Mimo wszystko chciałbym, aby czekanie się opłaciło. Miłego czytania :3
~~

Wszystko układało się idealnie. Cały czas poświęcałem Rukiemu. Pełne czułości dni i obfitujące w sex noce sprawiały, ze ten czas mogłem zaszufladkować jako najlepszy w swoim życiu.
Do czasu. W końcu nadszedł dzień corocznej odbywającej się w domu Kaia imprezy.
 Znudzony siedziałem przed telewizorem, kątem oka oglądając program przyrodniczy.
- Aoi! Pomóż! - z drugiego końca mieszkania rozległ się piskliwy krzyk. Zaniepokojony zerwałem się na równe nogi. Przed dotarciem na miejsce uprzedził mnie głośny huk.
W pomieszczeniu zastałem dość interesujący widok. Na podłodze leżała porozrzucana połowa zawartości szafy a między tym Ruki przykryty kartonem.
Widząc to nie mogłem powstrzymać chichotu. Na palcach podszedłem do chłopaka
- Oh kotuś, ciebie to nie można zostawić choć na sekundę samego? - docisnąłem pudło do ziemi, uniemożliwiając mu wydostanie się.
- Puszczaj - z środka dobiegł złowrogi warkot. Tektura aż się zatrzęsła - Spadaj stąd.
- Sam mnie wołałeś - ogarnął mnie głupawy napad śmiechu. Ledwo co mówiłem.
- Za późno. Aoi no !
- Co się mówi? - podroczę się z nim odrobinę.
- WYPIERDALAJ! - przez chwilę miałem uczucie jakbym siłował się z dzikim zwierzęciem.
- Nie, nie o to mi chodziło skarbie. - nie przestawałem się podśmiewać. Odpowiedział mi kolejny, tym razem kompletnie niezrozumiały warkot.
- Wynocha albo zero seksu przez najbliższe dwa tygodnie!! - ryknął na cały głos.
- Nie musisz być tak okropny - udałem rozczarowanie, lecz ciągle nie dawałem za wygraną. - Jakieś lepsze pomysły?
- Tak. Jak tylko cię dorwę to rozszarpię na kawałki i upiekę w piekarniku z jabłkiem w dupie.
- Buu, nie chcę skończyć na czyimś talerzu. A tak właściwie to nie wspominałeś ostatnio o wegetarianizmie?- powolutku zabrałem ręce i odsunąłem się po cichu. Pudło momentalnie odleciało do tyłu, odkrywając podrywającą się postać. Posłał mi mordercze spojrzenie i w mgnieniu oka rzucił się na mnie, wywracając nas obu na ziemię. Przygniótł mnie własnym  ciężarem,obejmując udami moją klatkę.
- O matko! - w dalszym ciągu nie przestawałem się śmiać. Krasnal najwidoczniej nie żartował, jego ostre ząbki wbiły się w skórę mojej szyi. - O matko! Gryzie mnie! - na te słowa, poczułem jak kiełki wbijają się mocniej. Krwiożercza bestia. - Zabiło mnie!
Oderwał się tylko po to by zatopić się w inne miejsce. Kilkakrotnie powtórzył czynność.
Na koniec z lekkim, nieziemsko uroczym uśmiechem opadł na mnie, wtulając się niewinnie. Nie mogłem się powstrzymać od pogłaskania go po głowie.
- Więc zamiast obiadem stałem się kanapą?
- Muszę cię rozczarować, ale nadal jesteś głupim Shiroyamą.
- Czyli nadal mogę zrobić to - przyciągnąłem jego twarz bliżej swojej i złożyłem na ustach sowity pocałunek.  Trwaliśmy tak pewną chwilę, w końcu obaj potrzebowaliśmy zaczerpnąć oddechu.
- Aoi - ten głos nie mógł zwiastować niczego dobrego.
- Tak? - już szykowałem się na  pytanie z serii  'kochasz mnie chociaż trochę' albo 'no bo wiesz, widziałem taką fajną torebkę, może poszedłbyś ze mną do sklepu' w ostateczności także 'kupisz mi...?'
- Nie spij się w trupa - szepnął jakby nieśmiało, co nieco nie pasowało do obrazu Takanoriego sprzed momentu.
- Hę? - zapomniałem już. Przecież to dziś.
- Nie mam zamiaru taszczyć cię do domu.
- Spokojnie, łóżko Kaia jest całkiem wygodne.
- Świnia.
- No co? - czy moja wypowiedź była nie na miejscu? Czy wszystko musi się kojarzyć z jednym. - po kilku głębszych wylądujesz tam razem ze mną... Chyba, że pomylę Cię z kimś innym. Chociaż to mało prawdopodobne, tylko ty jesteś taki niski.
- Już mówiłem jak bardzo mnie irytujesz?
- Dzisiaj tylko 80 razy. '
- To dobrze - jego aksamitne wargi musnęły mój nos. Nie oddałbym tego uczucia za żadne skarby.
- Kocham cię niziołku. - wyszczerzyłem się tak mocno, że mięśnie twarzy zaczęły mnie boleć.

Siedziałem z nogami na stole, wpatrując się w wolno przesuwającą się wskazówkę zegarka. Czekałem na Rukiego. Szykował się już od bitych dwóch godzin, kiedy to ja nałożyłem pierwszy z brzegu t-shirt i leżące w tym samym miejscu spodnie.
W końcu nadeszła ta przełomowa chwila. Drzwi łazienki niespodziewanie się otworzyły, w momencie gdy powoli zsuwałem  się z siedzenia.
Jego wejście do pokoju spowodowało, że znalazłem się na podłodze. Wyglądał olśniewająco. Makijaż idealnie pasował do bogatego w dodatki stroju. Na nogach miał wysokie obcasy, dzięki którym był mniej więcej mojego wzrostu.
- Łał - wpatrywałem się w niego jak w święty obrazek.
- Idziemy? Czy masz zamiar tak leżeć? - otrząsnąłem się i szybko wstałem.
Chwyciłem kurtkę i obaj wyszliśmy z mieszkania. Po drodze zatrzymaliśmy się żeby uzupełnić zapas alkoholu.
Dom a raczej willa w której mieszkał  Kai znajdowała się na obrzeżach miasta, w okolicy nie było wielu innych domów. Właśnie dlatego było to idealne miejsce dla takich okazji. Mimo dość wczesnej pory, przed posesją stało już kilka samochodów. Zaparkowałem nico dalej.
Ruki złapał mnie za rękę, pewnie przez to, że ledwo chodził w tych butach. Przemilczałem moje przypuszczenie, nie chcąc się narażać na niebezpieczeństwo. Moją uwagę przyciągnął samochód stojący na podjeździe. Nie miałem wątpliwości co do jego właściciela. W końcu nie każdy jeździ krwiści czerwonym jaguarem.
- Słuchasz mnie w ogóle? - Matsumoto trącił mnie łokciem
- Tak, tak - znów się zamyśliłem.
- To o czym mówiłem?- jakby tu szybko zmienić temat?
- Chodź szybciej bo strasznie tu zimno- nacisnąłem na klamkę, tak jak myślałem drzwi nie były zamknięte. W progu wpadłem na chcącego wyjść Uruhę.
- Ał.  - jęknął, przypadkiem oberwał butelką którą dzierżyłem w ręce.
- Dlaczego wszyscy tylko się na mnie wydzierają, tak nawet bez przywitania
- Aoi! - dopiero teraz zauważył, że miał zaszczyt wpaść właśnie na mnie. Rzucił mi się na szyję. Nie musiałem patrzeć na Rukiego, żeby wiedzieć, że właśnie w myślach przeklina naszego wspólnego przyjaciela. On również wyglądał inaczej niż na co dzień - Co ty taki szary? - byłem pewny, że nie obędzie się bez komentarza na temat mojego wyglądu.
- A ty po co się tak odpicowałeś jak szczur na otwarcie kanału? - zanurzyłem dłoń w gęstwinie jego bujnych loków.
- To ja nie będę wam przeszkadzał - malec z trudem się opanowując, poszedł w stronę kuchni. Chciałem za nim pójść, żeby go jakoś udobruchać.
- Pójdziesz ze mną po fajki? - nie czekając na zgodę, Koyou pociągnął mnie do furtki. Mój plan musiał poczekać.
- Nie chodzi tylko o wycieczkę do sklepu, prawda? - zacząłem rozmowę.
- Jak zwykle jesteś spostrzegawczy - zaśmiał się nerwowo. Wcisnąłem dłonie głęboko do kieszeni. Widzę, że będę musiał wyciągać to z niego na siłę.
- Więc, co jest na rzeczy?
- Eh, wiesz jak jest. Rzygam widząc jak on się z nim obmacuje - nie mogłem spodziewać się niczego innego. Od dawna Takashima był ślepo zakochany w Jinie. Kidy się o tym po raz pierwszy dowiedziałem, odnosiłem wrażenie, że ze wzajemnością.  Do razu pewnego.
- W czym jestem gorszy od tego Nii ?- imię chłopaka ledwo przechodziło mu przez gardło.
- On jest Nii a ty Kou, nie porównuj się do niego i nawet nie próbuj kolejny raz się do niego upodobnić.
- To co mam zrobić? Dlaczego po prostu nie może mi to być obojętne? Dlaczego on nie może być mi obojętny?
- Sądzę, że powinieneś mu w końcu powiedzieć co czujesz - objąłem go, widząc, że zaraz popłacze się jak małe dziecko.
- Nie mogę! Jednocześnie nie chcę tracić z nim kontaktu.
- Zaufaj mi - zatrzymaliśmy się, przed drzwiami sklepu całodobowego. Przez całe zakupy, milczał w zadumie. W drodze powrotnej wymieniliśmy jeszcze kilka zdań temacie. W drzwiach spotkaliśmy Reia taszczącego 3 zgrzewki wódki.
- O Uru coś ty się tak wystroił jak szczur na otwarcie kanału?
- Jak kreatywnie, nie potrafisz wymyślić nic samemu? - Koyou wsunął lodowatą dłoń pod koszulkę chuściaka. Ten pod wpływem zimna, prawie upuścił bagaż.
- Że jak? A właśnie, Aoi muszę ci coś powiedzieć. Zanieś to do salonu - położył zgrzewki przed Uruhą i popędził na górne piętro, dając znak żebym poszedł za nim. Trafiliśmy do łazienki. Zamknął drzwi na klucz.
- O co chodzi? - zapytałem, nie dając mu dojść do głosu. Moje zdziwienie pogłębiło się kiedy przyjaciel wyciągnął tablet.
- Mam najnowszą wersję pokemonów.
- Nadszedł czas na rewanż! - rozpromieniłem się.- tym razem wygram.
- Nie masz szans - zapominając o otaczającym nas świecie w pełni zajęliśmy się grą. Do wygranej brakowało mi tylko paru sekund, gdy drzwi zatrzęsły się.
- Idźcie pieprzyć się gdzie indziej! Zaraz się zesikam! - głos Kyo brzmiał jeszcze bardziej morderczo. Ten człowiek przez 3/4 swojego życia chodził wściekły na otoczenie.
- To sikaj do butelki! - Odkrzyknął mój rywal z satysfakcją.
- Pierdol się Suzuki! - na pożegnanie kopnął w drzwi.
Nie musieliśmy przerywać rozgrywki żeby wyposażyć się w alkohol, Reita wszystko przemyślał, zabierając ze sobą po 3 butelki piwa.
Kilka godzin później w końcu zeszliśmy ponownie na dół. Dom  był przepełniony ludźmi. Byli dosłownie wszędzie.
Mimo mrozu największe zainteresowanie wzbudzał jak zwykle basen.

 Zabawa trwała w najlepsze. Lekko szumiało mi w głowie ale to nic.
W tłumie wychytrzyłem, nieznanego mi przybysza. Pomachałem do niego.
- My się chyba nie znamy. Aoi jestem.
- Ai.
Tak zaczęła się długa, zakrapiana alkoholem rozmowa. Przerwał ją dzwonek telefonu.
- Osz, żeśmy się zagadali. Miło było cię poznać. Do następnego - zostawił mnie samego i zataczając się pijacko uciekł. Opróżniłem butelkę do końca.
Chyba o czymś zapomniałem. Ta myśl prześladowała mnie od samego początku. Cholera nie o czymś tylko o kimś! Ruki! Gdzie on jest? Rozejrzałem się. Nigdzie go nie widziałem. Zamiast tego zauważyłem, idącego w moją stronę szaleńczo radosnego Mayę.
- Hejo pysiu. Czo tam?
- Widziałeś gdzieś Rukiego?- wypaliłem bez przywitania.
- Nie. Chyba nie. Chociaż w sumie mógł to być on. A no chyba tak. Był gdzieś tam - z całej wypowiedzi zrozumiałem jedynie gest wskazujący na korytarz prowadzący na tyły domu.
Bez słowa poszedłem we wskazanym kierunku. Na parapecie siedział Ruki palący papierosa.
- Dlaczego się przede mną ukrywasz kotek? - na jego widok serce zaczęło ochoczej bić.
- Obiecałeś mi coś, tak?
- Nie denerwuj się skarbie - zmarszczyłem brwi. Chciałem oprzeć dłonie o jego kolana, ale uprzedził mnie i wstał. Moje dłonie opadły na chłodną imitację granitu.
- Człowieku ledwo chodzisz. Zawsze tak jest - próba objęcia do skończyła się na podłodze - Zawiodłem się na tobie. Z resztą po co się wysilam - zostawił mnie samego.

Poczułem się jeszcze gorzej, pijąc piwo z sokiem. Co chwilę odwracałem się za siebie z nadzieją, że zobaczę gdzieś Takanoriego. Za każdym razem przeżywałem rozczarowanie. Ciekawe co teraz robi? Gdzie jest?
Przeszedłem kilkukrotnie pokój w kółko i wyszedłem na dwór zapalić.

Pierwszym widokiem jaki zastałem był totalny chaos. Opakowania, pobite szkło, porozrzucane rzeczy i leżące na ziemi ciała. A między tym wszystkim całkowity brak Ruksa. Rozejrzałem się dokładniej. Mój mózg zbyt wolno przetwarzał informację. Rozprostowałem kości i rozpocząłem przeszukiwanie domu.
Nigdzie go nie odnalazłem. Do sprawdzenia pozostał jedynie pokój Tanabe, istna mordownia. Chował tam połowę asortymentu sex shopu. Niepewnie uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. Spod łóżka wystawały buty Takanoriego. Za to na meblu leżał właściciel domu. Nie byłoby w tym nic podejrzanego gdyby nie ubrania obojga z nich przykrywające komodę i kawałek podłogi.
Chwyciłem Kaia za ramiona.
- Kim jesteś? - spojrzał na mnie z przerażeniem.
- Nie wydurniaj się.
- Znamy się? - palnąłem się dłonią w czoło.
- Taa idioto. Jestem Aoi - moja cierpliwość wyczerpywała się w ekspresowym tempie.
- Aaa, Aoi. Nie poznałem cię.
- Czy mógłbyś proszę mi powiedzieć co takiego robiłeś w nocy z panem leżącym pod łóżkiem oraz dlaczego nie masz na sobie ubrania? - bez owijania w bawełnę przeszedłem do rzeczy.
- ... - policzyłem do trzech nim zadałem kolejne pytanie.
- Pieprzyłeś Rukiego?
- Nie chcę cię oszukiwać, nie pamiętam. Jesteśmy przyjaciółmi, Aoi
- Nie kończ - wstałem i pociągnąłem za kończynę mojego partnera. Wyciągnąłem go spod posłania, pierwsze promienie słońca spoczęły na jego twarzy, zmrużył oczka.
- Ubieraj się idziemy - poleciłem, o dziwo nie zaprotestował. Nawet nie odezwał się do mnie słowem

Szliśmy pokrytą białym puchem parkową aleją. Z powodu wczesnej pory i dnia roku, w okolicy nie było żywej duszy. Otwierałem usta i natychmiastowo je zamykałem, zdając sobie sprawę, że właściwie nie wiem co powiedzieć. Przed nami rozciągało się mały, zakute lodem staw. Na jego powierzchni urzędowało stado łabędzi. Ruki oparł się o barierkę, po omacku wyciągnął z kieszeni papierosa, odpalił go i zachłysnął się trującym dymem. Naiwnie łudziłem się, ze przejmie inicjatywę i rozpocznie rozmowę.
- Co robiłeś w nocy w pokoju Kaia? - wypaliłem, nie byłem w stanie dłużej znieść tej ciszy. Odpowiedziała mi cisza i kłąb dymu. - Spałeś z nim ?
- Jeżeli nawet to co z tego? - barwa jego głosu, była zimniejsza niż temperatura powietrza. Poczułem się jakby ktoś dał mi z liścia i ze śmiechem napluł w twarz. - Ty możesz robić co chcesz, to ja też - dodał, gasząc niedopałek o metalowe ogrodzenie. Zacisnąłem pięści schowane w kieszeniach. Jak najspokojniej.
- Ruki - szepnąłem, nie mogłem na niego spojrzeć bo moja wyobraźnia działała jak szalona. - Jak chcesz - odwróciłem się na pięcie. Nie chciałem uciekać. Więc dlaczego to zrobiłem?
- Zaczekaj! - krzyknął. Zdążyłem się oddalić na odległość 10 kroków. Odwróciłem się odruchowo. Nad nim unosiły się opary kolejnego papierosa. Powróciłem na swoje miejsce sprzed momentu. - Nic nie zaszło, byłem na ciebie wściekły i nadal jestem. - przytuliłem go od tyłu. - Prosiłem cię, żebyś nie pił za dużo, pewnie nawet tego nie pamiętasz. - chłód przeistoczył się w smutek, dopiero teraz dotarło do mnie, że zawiodłem.
- Postaram się być lepszy. Nigdy nie będę idealny, ale dla ciebie postaram się dosięgnąć jak najbliżej ideału.- ruchem wyjętym z jeziora łabędziego obróciłem go twarzą do siebie - Nie kłóćmy się więcej.
- Jestem za.
- A co powiesz na mały spacer - zaplotłem nasze palce, przy okazji odbierając mu używkę.
- Mhm - jego ręce owinęły się wokół mojej szyi. Na nosie poczułem delikatność jego języka. Nie potrzebował mojej nawigacji, żeby trafić na usta. Wsunąłem język w jego usta. Zęby Matsumoto delikatnie przygryzły moją dolną wargę. Od razu zrobiło się cieplej.

Nie puszczałem jego dłoni. Obejście parku trwało dłużej niż się spodziewałem. Pojedynczy mieszkańcy mijali nas z dziwnymi minami. Jedna starsza kobieta, postanowiła wyrazić swoją opinię, lecz nie zwracałem na nią uwagi. W brzuchu burczało mi już od dawna. Na widok reklamy Subway'a jeszcze namolniej upomniał się o pokarm.
- Wiem, że to głupie, bo właściwie tak jakby tak już jest - zaczął nagle, wydzierając mnie brutalnie jadalnej krainy marzeń.
- Mógłbym się dowiedzieć co jest takie głupie? - uśmiechnąłem się. Świadomie skręciłem w uliczkę prowadzącą do pobliskiego kompleksu restauracyjnego.
 - Kupmy wspólne mieszkanie.Chyba nas stać. Eh, jeżeli namawiam cię do zbytnich zobowiązań to..
- Cii. Najpierw wysłuchaj tego co ja mam do powiedzenia. Po pierwsze, mam zamiar się poddawać zobowiązaniom, są właśnie po to by udowodnić jak komuś zależy. A po drugie, sam nie wiesz jakie to urocze kiedy tak się zawstydzasz.
- Aoi, proszę cię - przygładziłem jego rozczochrane przez wiatr włosy.
- Mam pomysł, za tydzień odbywają się targi mieszkaniowe. - mrugnąłem z lekkim uśmieszkiem. - a teraz chodź, stawiam śniadanie - przepościłem go w drzwiach. Wnętrze było ciepłe i przytulne. Połowa stolików była zajęta. Udało nam się znaleźć bardziej zaciszne miejsce. Od razu dorwałem kartę. Wybrałem tosty z kurczakiem, sałatkę, czekoladową babeczkę i filiżankę białej kawy.
- Weź mi kawę i coś słodkiego, byle bez truskawek.
- Co ty masz z tą niechęcią do truskawek? - wstałem.
- Po prostu, jakoś mnie odrzucają.

Oczekiwanie na posiłek nie trwało długo, obsługa była tu bardzo dobra. Tak samo jak jedzenie.
Błyskawicznie pochłonąłem swoją porcję. Przed moim nosem zawisł widelec z nabitą truskawką.
- Zabieraj to ode mnie - rozkazał Ruki, otworzyłem posłusznie usta.
Owoc był miękki i soczysty.
Przyciągnąłem chłopaka do siebie i obdarzyłem go solidnym pocałunkiem.
- Fuj, smakujesz truskawkami.
- To masz problem - ponowiłem czynność niczym uparty dzieciak.

Rachunek za to był wysoki, udało mi się uprzedzić Rukiego, chcącego dorzucić kilka jenów. Machnąłem się o standardowy napiwek.
- Myślałeś kiedyś co będzie za 20 lat? - zamiast udać się w kierunku mieszkania karzełka, ruszyliśmy w dalszą przechadzkę po mieście.
- Jak to co? Nadal będę zajebisty - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Nie o to mi chodzi. Haha, zamiast zajebisty będziesz stary.
- Czy ty zawsze musisz mi rujnować marzenia. - kopnąłem go lekko z kolana w tyłek. To żadna przemoc, absolutnie. Jedynie sposób na okazywanie miłości. - No to o co?
- Tak, właśnie. - pokusił się o oddanie mi kopniaka. - Czy uda mi się tyle z tobą wytrzymać, czy w ogóle będziesz tego chcieć. O wszystkich możliwościach.
- Nie potrafisz już myśleć pozytywnie, gburku? - hm, właśnie wymyśliłem jak będę go nazywał. To  określenie idealnie do niego pasuje.
- A ty to .. A z resztą. Idź sobie.
- Nie obrażaj się od razu gburku.
- Skończ z tym.
- Ale z czym gburku? - zaprowadziłem go pod manufakturę. Wystawa była udekorowana samymi lizakami.
- Nie nazywaj mnie tak!
- Mały gburek, może być? - wepchnąłem chłopak do wnętrza sklepu.
- Nie!
- To w ramach wynagrodzenia kupię ci lizaka - podałem mu cukierka w kształcie serca.
- Wiesz, że mnie irytujesz?
- Na tym właśnie polega miłość kochanie.
- Chyba tak.
- Za dwa lizaki spełnisz moje życzenie?
- A czy ja wyglądam na złotą rybkę?
- Wyglądasz na gburka.
- Jeżeli życzysz sobie rychłej śmierci to możesz na to liczyć.
Zapłaciłem za torebkę słodyczy. Na ulicy gburek wskoczył mi na plecy. Jego ciężar nie sprawiał mi najmniejszego problemu. Sądziłem,że waży więcej. Gdybym to wypowiedział na głos bez wątpienia wpakowałbym się w kłopoty i tym razem nie dla żartów.
-   Dawaj lizaki i nieś mnie do domku.- rzekł władczo.
Ucieszyłem się, w końcu nie często trafia się taka okazja.

Chodzenie po schodach z obciążeniem nie było już tak łatwe.
Zdyszany przekroczyłem próg. Dzieciak natychmiast stanął na własne nogi. Chwyciłem go za rękaw, uniemożliwiając podróż do łazienki.
- Hej, nie tak łatwo. - szepnąłem mu do ucha. Odsłoniłem i przejechałem językiem po bladej szyi.
- Nigdzie się nie wybieram - wyjął z ust lizaka i oblizał go prowokująco. Z szerokim uśmiechem zrzuciłem z siebie kurtkę. Wsunąłem dłoń w jego włosy i szarpnąłem.
Powolnie otarł się kroczem o moje udo.Pospieszając mnie.
- Błagaj - rozkazałem. W odpowiedzi klęknął przede mną zębami rozpiął mi rozporek. Nie czekając ni chwili objął wargami mą męskość. Mocniej naparłem na ścianę o którą się opierałem. Z ust wyrwało mi się ciche westchnięcie, gdy głowa kochanka zaczęła w równym tempie się poruszać. Pozwoliłem mu to robić tak długo jak chciał.
W końcu podciągnąłem go ponownie go góry - rozbieraj się - poleciłem, z zadowoleniem patrząc jak oblizuje usta. Posłuchał mnie i po chwili stał przede mną całkiem nagi. Przesunąłem palcami po jego łopatce aż do sutków, drażniąc je lekko. Uniosłem go i położyłem na szafce, zrzucając przy tym na podłogę stos rzeczy, w tym przenajświętsze kosmetyki Takanoriego. Nawet nie zwrócił na to uwagi, pochłonięty obcałowywaniem mojej klatki. Jego biodra znajdowały się idealnie na wysokości mojego krocza.
Złapałem go za szyję - spójrz na mnie - jego ciało lekko drżało.
- Yuu - westchnął z podnieceniem w głosie. Miałem ochotę nieco się zabawić. W pobliżu znalazłem szalik, nada się. Związałem mu nim ręce, w usta wsunąłem trzy palce, unosząc brodę Rukiego. Przymknął powieki. Wyglądał ślicznie, przebiegł mnie dreszcz.
Wolną ręką rozchyliłem jego nogi, przy okazji dając mu lekkiego klapsa. Uwolniłem jego usta, klejące się od śliny palce wsunąłem głęboko w jego wnętrze. Jęknął głośno, jak szaleniec. Słoki dźwięk dla mych uszu.  Mocno poruszyłem palcami.
- Ah.. Aoi.. Proszę. Już. Chcę! - wykrzykiwał pojedyncze wyrazy między jękami. Sam nie mogłem się doczekać. Wyciągnąłem palce i z trudem się pohamowując, powolnie wszedłem w niego.
- Yuu! - dyszał ciężko. Wsunąłem się głęboko a następnie prawie całkowicie z niego wyszedłem. Wyginał się pode mną, pojękując uroczo.
Ponowiłem czynność tym razem szybko, coraz szybciej. Zacisnął zęby z bolesnej rozkoszy. Obaj ociekaliśmy potem. Czułem, że zaraz dojdę. Takanori mnie uprzedził.
Urywającym się głosem wykrzyknął moje imię, sklejąc nasze brzuchy nasieniem. Jego wejście ciasno zacisnęło się wokół mojej męskości. Doszedłem niedługo po nim. Przygniotłem go lekko swoim ciężarem do mebla. Wsłuchałem się w szalone bicie serca malca. Wraz z oddechem powolutku zaczęło się uspokajać.
Niespodziewanie, wybijając się ze spokoju. Wbiłem się w jego usta, słodko, zachłannie.
Szarpnął się, co nieco mnie zdziwiło.
- Rozwiąż mnie - wypowiedział cicho. Zamiast spełnić prośbę, arafatką sprawnie splątałem jego nogi, wziąłem go na ręce i zaniosłem do salonu. Uwielbiałem mieć nad nim władzę absolutną.
Usiałem na kanapie, kładąc go na sobie.
- W co ty pogrywasz? - nie szarpał się, nie protestował.
- Ciii - szepnąłem - kocham cię - zamknąłem mu usta pocałunkiem, na który momentalnie odpowiedział. Wstałem i wyszedłem z pomieszczenia.
- Aoi nie wydurniaj się - dobiegło mnie zza pleców - wracaj tu.
Zaczerpnąłem głęboki oddech przed ponownym pojawieniem się w pokoju.
- Co to? - spojrzał na mnie pytająco, w ręku dzierżyłem małe, granatowe pudełeczko.
- Spróbuj mi to odebrać, kochanie - klęknąłem przed nim. Byłem absolutnie pewny siebie.
Zębami chwycił końcówkę wstążki. Dawałem mu fory, inaczej za żadne skarby świat by tego nie osiągnął.
Szarpnął materiał, dolna połówka opakowania spadła na jego kolana. Bacznie przyglądałem się jego minie.
Ze zdziwienia, poprzez zaskoczenie przerodziła się we wzruszający uśmiech.
- Poważnie? - błyszczące ślepia wlepiły się w moje.
Położyłem dłonie na jego udach, wyczułem jak się wzdryga czując na skórze chłód moich rąk - czy wyglądam jakbym żartował? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Po tobie można się wszystkiego spodziewać - podjął próbę uwolnienia się z więzów.
- Więc spójrz na mnie i posłuchaj skarbie- sięgnąłem dłonią by poluzować szalik - wyjdziesz za mnie?
Uwolnione ręce zaplótł na mojej szyi - często mnie irytujesz i wkurzasz ale nie wyobrażam sobie życia bez ciebie głupku.
- Zwykłe "tak" by wystarczyło - poczułem się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi - to moja odpowiedź na pytanie co będzie z nami za 20 lat.  

piątek, 20 września 2013

Aoi x Ruki - i don't know anything about you, my friend. cz 3

 Za wszelkie skarby starał się na mnie nie patrzeć. Nie mogłem dodać nic więcej, sądząc, że słowa nie wyrażą moich najprawdziwszych uczuć. 
Ruks kaszlnął. 
- Dobrze się czujesz? - nie powinienem zmieniać tematu. 
- Nie - szepnął. 
- Przyniosę ci coś na przeziębienie - próbowałem wstać, powstrzymała mnie drobna dłoń ciągnąca na nogawkę spodni. 
- Nie, nie czuję się dobrze, a wiesz dlaczego? Boję się przestać udawać.  Boję się, że mnie zostawisz. - po jego policzkach poleciały łzy. Objąłem go szczelnie, poczułem na sobie dotyk jego drobnego ciała.
- Nawet najgorszą prawdą nie pozbędziesz się mnie stąd. Proszę, chcę wiedzieć co cię gnębi, pomóc ci jak tylko mogę. 
-  .... 
- Ruki - powiedziałem ze zmartwieniem, kładąc dłoń na jego potylicy. 
- Kocham cię - 2 słowa jak miliony innych a usłyszane z jego ust wypełniły istniejącą we mnie pustkę.
- Od kiedy? - uśmiechnąłem się promiennie, co zbiło go z tropu. 
- Od roku. - wyszeptał.
-  Skarbie, dlaczego mi tego nie powiedziałeś? - idioto, przecież odpowiedź jest oczywista. Skarciłem się w myślach 
- Aoi, w co ty pogrywasz? 
- Hm? - uniosłem brwi ze zdziwienia.
- Przecież nie jesteś gejem. Uruha widział jak całowałeś się z jakąś dziewczyną a Reita to potwierdził. - zacisnął drobne piąstki, okazując tym zazdrość. Wreszcie zrozumiałem, czułem, że ta święta trójca od pewnego czasu knuła coś za moimi plecami, Teraz było jasne, każdą wolną chwilę poświęcali na snuciu domysłów. Nigdy otwarcie nie mówiłem o swojej orientacji. Ruki odkąd go poznaliśmy nie ukrywał się z tym,Rei po jakimś czasie się przyznał. Uru? Po jego zachowaniu, gestach i upodobaniach można się było domyślić. Co do Kaia, ta ciekawska banda przez kilka tygodni śledziła go, podsłuchiwała rozmowy, przechwytywała pocztę i z ukrycia obserwowała mieszkanie. Osiągnęli swój cel, przyłapawszy go z jakimś chłopakiem. 
Musiała przyjść pora na mnie. 
- Uruha, tak? - roześmiałem się.
- Noo - wyczułem, że zaczyna się denerwować więc postanowiłem jak najszybciej wyjaśnić mu całą sprawę. 
- Pamiętam tamten dzień. Spotkałem się z znajomą z liceum, poszliśmy na kawę, trochę się zagadaliśmy. Było ciemno więc postanowiłem ją odprowadzić. Uruha całą drogę zataczał się za nami, myśląc, że go nie widać. Jak go zauważyła to przytuliła się do mnie ze strachu. Ten pijak musiał odebrać to inaczej. - Ruki proszę nie zadawaj zbędnych pytań. Oczywiście tak się nie stało.
- To dlaczego zawsze nas zbywałeś jak pytaliśmy? 
- Cii.
- Aoi! - zamknąłem mu usta pocałunkiem, po chwili bierności zaczął odpowiadać na moją pieszczotę, przejechałem językiem po jego dolnej wardze. Pozostał na niej posmak kawy którą przed chwilą pił. Zarzucił mi ręce na kark, szerzej rozchylając usta. Bez wahania to wykorzystałem, wślizgując się do środka. 
   Nasze języki spotykają się. Zaczepia mnie zadziornie, niedługo pozostałem dłużny. 
Moje dłonie przesunęły się po jego plecach, wywołując ciche mruczenie. Zwiększył tym moje pożądanie. Pragnę go, jak nigdy czegokolwiek nie pragnąłem. Brak koszulki jedynie ułatwiał mi działanie.  Zacząłem drażnić się z jego sutkami, jednocześnie zjeżdżając językiem na uwydatniony obojczyk. Z ust Takanoriego wyrywały się ciche jęki zadowolenia. Jego ręka wplątuje się w moje włosy. 2 zaś próbuje ściągnąć ze mnie ubranie. Obdarowuję pocałunkami każdy centymetr jego zgrabnego ciała. Opamiętuję się słysząc niezbyt ciche chrząknięcie. 
- Hm? 
- Chciałbym z ciebie to zdjąć, więc podnoś te łapska - wczułem się tak bardzo, że nawet nie poczułem jak te małe łapki próbują zedrzeć ze mnie koszulkę. Podniosłem ręce, uśmiechając się kącikiem ust. 
 Kiedy już oboje pozbyliśmy się wszystkich części garderoby Ruki nagle przejął inicjatywę. Usta Matsumoto zamknęły się na mojej męskości. z chwili na chwilę poruszał coraz szybciej głową.Przymknął powieki sam starając się czerpać jak najwięcej przyjemności z wykonywanej czynności. Wplątałem dłoń w jego jedwabiste włosy przyciągając jeszcze bliżej. 
W końcu nie wytrzymałem i musiałem dojść w jego ustach. Mała bestyjka oderwała się od mojego krocza i z zadowoleniem otarła wargi. 
Przyciągnąłem go do siebie i zacząłem pieścić wewnętrzną stronę uda kochanka. Matko, kochanka. Co to za wyraz? Od teraz będą nas tak nazywać? O mamuniu. 
Aoi, skup się! Nie czas teraz na rozmyślania. 
Popchnąłem go, ustawiając w idealnej dla siebie pozycji. Delikatnie wsunąłem w niego jeden z palców prawej ręki. Przygryzł wargę, w próbie zatamowania kolejnego jęku. Poszyłem nim kilkukrotnie i dołożyłem następny. Powtórzyłem czynność jeszcze raz i stwierdziwszy, że leżące pode mną stworzenie jest już gotowe, zastąpiłem palce czymś konkretniejszym. 
Tym razem nie udało mu się powstrzymać krzyku. Poczekałem aż się przyzwyczai, a następnie zacząłem się w nim miarowo poruszać. Pomieszczenie wypełniły głośne jęki chłopaka. Z początku każdy mój ruch był ostrożny, jakby Matsumoto był z porcelany. Z czasem stawały się szybsze i bardziej drapieżne. Aż sam jęknąłem cicho. Serce przyspieszyło jak szalone, oddech jedynie mu wtórował. 
-  Ja zar.. - nie musiał kończyć, dobrze widziałem co zaraz się wydarzy. Kolejne pchnięcie i Ruki doszedł na całe gardło wykrzykując moje imię. Nie potrzebowałem chwili dłużej, doszedłem niemal w tym samym momencie co on. Wyszedłem z młodszego. Mogłem jedynie współczuć jego sąsiadom, że muszą mieszkać w pobliżu tak hałaśliwego stworka, który właśnie wlepiał we mnie swoje cudowne ślepia. Objąłem go ramieniem. Wtulił się we mnie łapczywie, jakbym miał zaraz zniknąć. 
  - Kocham cię - szepnąłem, gdy udało mi się opanować oddech. 
- Bo mnie się kocha. Zostaniesz ze mną już na zawsze.
- A nawet dłużej - musnąłem ustami czubek jego noska. 
- Nie wiem czy chcę aż tak długo - zaśmiał się. 
- Oż ty - od rychłej śmierci w moich ramionach, uchronił go dzwonek telefonu. Dzwonił Kai. 
- Tu osobista sekretarka Rukiego. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału. Piiii - wyrwałem aparat z ręki chłopaka nim cokolwiek powiedział. 
- Reita! - usłyszałem po drugiej stronie. 
- Co?!
- Aoi jest z Rukim! 
- Co?!
- Aoi jest z Rukim!
- Skąd wiesz?!
- Ja to czuję! 
- Ehem, ja tu cały czas jestem - wywróciłem oczami. 
- Ups- po sekundzie słyszałem już jedynie dźwięk przerwanego połączenia. 
Mrugnąłem kilka razy oczami i zerknąłem na chłopaka, po którym widać było, ze słyszał całą konwersację. 
Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia i obaj się roześmialiśmy.

wtorek, 10 września 2013

Info

Zły człowiek powraca!
Wraz z końcem wakacji, mam kilka nowych pomysłów wymagających wykonania. Postaram się zrobić to jak najszybciej.
W związku z tym mam pytanie: Co chcecie na początek?
a) dokończenie op Aoi x Ruki.
b) oneshot  Uruha x Reita
c) Aoi x Reita
Błagam ludzie, udzielajcie się xd.

                                                                                    ~ Warumono

środa, 7 sierpnia 2013

One big family.

Ostatnio mam przypływ weny i maksymalnie go wykorzystuję. Wiem mógłbym to przedłużyć i wprowadzić parting, ale to tylko przerywka między kolejną częścią Aoi x Ruki ;3
~~

- Kouyou! - rozległ się doniosły głos, świadczący, że nie wywoływał mnie po raz pierwszy.
Zerwałem się z miejsca, omal przy tym wywracając stół zapełniony dokumentami.
- Przepraszam, zamyśliłem się.
- Co z Tobą? Wyglądasz jakbyś w ogóle nie spał tej nocy.
- Tak właśnie było. Wyobraź sobie, że.. - przerwało mi huczne wejście lidera.
- Dzień dobry - ziewnął, przeciągając się. Miał na sobie podkoszulek z logiem zespołu oraz nie pasujące kolorystycznie rzucające się w oczy bokserki.  Oskarżycielsko wskazałem na niego palcem.
Obaj spojrzeli na mnie zdziwieni.
- To przez tego idiotę - warknąłem patrząc na nowo przybyłego z mordem w oczach. Hitsugi wyszczerzył się szeroko. Sposób w jaki to zrobił mógł przerazić w połączeniu z taką ilością kolczyków jaką się szczycił.
Uraczyłem go tym samym spojrzeniem. - wyobraź sobie, że przyszedł do mojego pokoju i zaczął walić pałeczkami w szafkę, udając, że gra na perkusji.
- Ja? - Tanabe wskazał na siebie z nie dowierzaniem.
- A wiesz co było w tym najgorsze? - kontynuowałem, nie zwracając uwagi - nawet moje krzyki go nie powstrzymały.
Nim któryś cokolwiek odpowiedział do kuchni wtoczył się Ruki.
- Zabiję cię Takshima- wymamrotał niewyraźnym głosem, zatoczył się i głośno osunął na ostatnie wolne miejsce siedzące. - twoje darcie mnie obudziło i nie mogłem ponownie zasnąć - chwycił kubek Hitsugiego, przywłaszczając sobie pozostałą w nim kawę. Gitarzysta nawet nie protestował, nauczył się już, że tej małej zrzędzie się nie odmawia.
- Gdyby nie Kai, nie musiałbym tego robić. - Takanori spojrzał wściekle na obiekt naszej rozmowy. Perkusista zakłopotany, zaczął powolutku przesuwać się do drzwi. Uniemożliwił mu to Aoi, wyglądający niewiele lepiej niż my.
- Albo ten dom jest nawiedzony albo komuś mieszkającemu koło mnie kompletnie odwaliło - trzepnął najniższego w głowę.
- Co się stało? - zapytałem, nie mając pojęcia  o co może chodzić.
- Przez bite parę godzin ktoś walił w ścianę, wiesz coś może o tym? - ponowił czynność.
- Nie bij go! - w drzwiach stał basista, oburzony zachowaniem przyjaciela  przybrał groźny wyraz twarzy.
- To zabierz go do siebie, nie mogłem przez niego spać i nie mam ochoty, żeby się to powtórzyło.
- Też nie mogłeś spać szlachetny obrońco? - Hitsugi z trudem opanowywał śmiech. Rzeczywiście, sytuacja z obcego punktu widzenia była komiczna.
- No, a co?
- Ja tam się wyspałem - szepnął bębniarz, niby to sam do siebie.
Wszyscy zawiesili na nim wzrok.
- Czyżby? - wstałem ociężale - co to miało być?
- Ale co?
- To co robiłeś w moim pokoju.
- Przecież tam nawet nie byłem
- Nie zgrywaj idioty!
- Uruha, o co ci chodzi? - zaczął się jeszcze bardziej wycofywać, aż przywarł plecami do ściany.
- Właśnie, co tam  robił? - wokalista trzymał dłoń z tyłu głowy, w miejscu gdzie przed momentem oberwał.
- Bawił się w perkusistę.
- Że co? - Aoi na moment oderwał się od dźgania Rukiego w bok.
- Przecieżbym pamiętał - pisnął lider.
- Chyba  muszę częściej wpadać do was na śniadanka - Gitarzysta zaprzyjaźnionego zespołu już nie krył się z rozbawieniem.
- Zapraszamy - Kai uśmiechnął się nerwowo, pokazując przy tym swoje urzekające dołeczki.
- Trzymajcie mnie bo zaraz go zatłukę - westchnąłem zrezygnowany, łapiąc się za głowę. Trudno, stało się, nie ma co się obrażać i wyzywać. W końcu jesteśmy prawie jak jedna wielka rodzina. A zemsta będzie słodka.



wtorek, 6 sierpnia 2013

Aoi x Ruki -i don't know anything about you, my friend. cz.2

Powoli zaczynam się załamywać brakiem komentarzy. Q.Q bo mi nigdy nic nie wychodzi. 
~~

Dojazd okazał się dziecinnie prosty i przyjemny. Ruki nawet nie drgnął skulony pod materiałem. 

- to tu? - zatrzymałem się przed 3 piętrowym budynkiem. Wszak nie było to najnowsze budownictwo, już z zewnątrz sprawiał wrażenie przytulnego. Sądzę ze w środku znajduje się nie więcej jak 9 mieszkań. Odpowiedziała mi cisza. Brak sprzeciwu musi oznaczać iż eis nie mylę. Szczęście mi dopisywało. Miejsce parkingowe tuż pod drzwiami było puste. Zaparkowałem samochód i wysiadłem  Może faktycznie jestem już stary. Nie mogło obyć się bez rozprostowania kości  Przechylając głowę na lewą stronę usłyszałem nieprzyjemny dźwięk strzykających kości. Dokładniej moich kości. 
- Hej pomogę ci - podbiegłem do nieczekającego na mnie Rukiego.
- Zostaw- jego marny humor niepodważalnie uległ pogorszeniu.

- Otwórz - położył drobne, prawie że kobiece dłonie na klapie bagażnika. Kompletnie zapomniałem o jego bagażu.  
Otworzyłem i wyciągnąłem pudło, wydawało mi się, że ostatnim razem było lżejsze. 
- Daj - kierował w moim kierunku tylko krótkie rozkazy, poczułem się przez to jak pies. 
- Zaniosę to. 
- A..
- Nic nie mów tylko rusz się no już. - popchnąłem go delikatnie w kierunku budynku. 
Zatrzymał się pod drzwiami żeby znaleźć klucze. Nerwowo przerzucał wszystko w torbie, zauważyłem , że ręce mu się trzęsą. 
- Widzisz, po o nosisz tyle gratów.
Nawet na mnie nie spojrzał, zirytowany zaczął wyrzucać przedmioty na ziemię. 
- Spokojnie, poszukaj w kieszeniach - zacząłem go uspokajać, strata kluczy jest poważną sprawą ale nie na tyle aby wkładać w to swoje zdrowie i nerwy. Zresztą na pewno gdzieś są, mały ma talent do krótkotrwałego  gubienia wszystkiego. Zwykle sam odnajduje dany obiekt w najmniej spodziewanym miejscu. 
Coraz to mocniej zdenerwowany począł gwałtownie szarpać się z kieszeniami spodni oraz kurtki. Nic w nich nie odkrywszy, zrezygnowany oparł się o bramę, odwracając przy tym głowę.
 - Nic mi kurwa nie wychodzi - wymamrotał na tyle głośno, że słowa wyraźnie dotarły do moich uszu. 
- Każdemu może się zdarzyć. 
-  Ale mnie się zdarza ciągle. Dosłownie ciągle.
-  Uspokój się, w ten sposób nic nie wskórasz. Przypomnij sobie gdzie je ostatnio kładłeś. 
-  Kurwa nie pamiętam, tak?! - do oczu młodszego napłynęły łzy. Zrobiło mi się smutno, nie mogłem patrzyć jak płacze.
- Nie płacz Taka. Proszę Cię. - przytuliłem go delikatnie do siebie. Czułem, ze ma ochotę się wyrwać. Wstydził się swych łez. To co zrobił było całkowicie odwrotne z jego jak zwykle racjonalnym umysłem. Wtulił się we mnie bez opamiętania, jego ciało drżało, nie tylko z powodu łez. 
Drzwi do bramy się otworzyły, a z środka wyszedł pewnie sąsiad Ruksa, starał się na nas chamsko nie gapić ale coś mu nie wyszło, przynajmniej spełnił dobry uczynek. Chwyciłem drzwi nim zdążyły się zamknąć, przez cały czas nie odsuwając od siebie przyjaciela. 
- Wchodź bo zamarzniesz. - szepnąłem spokojnie.
- Ale moje rzeczy - pociągnął nosem.  Zawsze potrafił znaleźć jakieś ale. 
- Pozbieram je. - wolałem zrobić to sam, niż żeby ten roztrzęsiony, ranny dzieciak zajmował się tym. Poprowadziłem go do grzejnika, każąc mu usiąść na podłodze obok i poczekać na mnie. 
Sam wróciłem przed bramę, wcześniej blokując drzwi przed całkowitym zamknięciem.   
Zacząłem wszystko wrzucać do kartonu. Ciekawe po co nosi przy sobie kilka par okularów. 
Z dłoni wypadł mi mały notesik, przy upadku otwierając się mniej więcej w połowie. Podniosłem go, chcąc nie chcąc zaglądając do środka. 
Treść była krótka i jednoznaczna. Pokręciłem głową żeby się otrząsnąć i wrzuciłem notes do reszty rzeczy, w pudle coś zabrzęczało, zauważyłem pęk breloczków, przyczepiony do 3 kluczy. Baka. 
Wróciłem do przytulonego do źródła ciepła przyjaciela. Był załamany, cichy, oczy same mu się zamykały. Kolejny raz pociągnął nosem
- Patrz co znalazłem mały pechowcu- odstawiłem pudło obok windy. 
Klęknąłem koło chłopaka i podałem mu do łapki klucze. 
Wszelkie troski odpłynęły z jego twarzy, ustępując miejsca słodkiemu uśmiechowi.
- Dziękuję - szepnął uradowany.
- Nie ma za co. Zmęczony? - moje pytanie było bezsensowne, wypowiedziałem je be przemyślenia. 
- Nie - ziewnął. 
- Kłamczuch- wstałem i podałem mu rękę, chwycił ją bezwładnie, próbując wstać. 
Podciągnąłem go. Winda już czekała. 
- Które piętro? - spytałem, wodząc palcem między guzikami. 
- Drugie - starałem się udawać, że nie widzę jak wlepia we mnie te swoje oczka. Może to tylko moja wyobraźnia po odkryciu tamtego wpisu. 

Drzwi do mieszkania Matsumoto były wymalowane rysami. Otworzył je 1 kluczem, w dodatku przekręcając jedynie raz. 
- Widzę, że włamań to ty się nie boisz - zaśmiałem się cicho. 
- A po co? - otworzył je. 
Wszedłem do salonu i odstawiłem jego manele, zapaliłem światło i dopiero w tej chwili ujrzałem jaki panuje tu chaos. Opakowania po lodach, butelki po napojach oraz inne papierki po słodyczach, pościel leżała na podłodze. Góra kabli plątała się na podłodze, obwiązując wszystko wokoło. 
Gdzieniegdzie leżały opakowania płyt dvd i mangi. 
Pogniecione ubrania kłębiły się na każdym meblu, podłodze i nawet telewizorze. 
Buty walały się bez pary. 
Nas stole leżały reszki pizzy. 
Stałem z otworzonymi ustami przyglądając się temu. 
- T.. to dlatego nigdy tu nie byłem? - wybełkotałem przerażony. 
- No co? Czepiałbyś się. - nie przejmując się, że gniecie sobie koszulę usiadł na kanapie, i podkulając nogi pod brodę.
Nie, tym razem nie zrobię mu wykładu. Swoją drogą to  przeurocze. Duże dziecko, wróć, wzrostem też nie mógł się pochwalić.
Uśmiechnąłem się, siadając obok niego. 
- Oglądniemy jakiś film? - odezwał się po chwili krępującego milczenia. 
- Chcesz to wybierz - byłem jego kolekcji. Chwycił płytę leżącą najbliżej.
- Nie wiem co to, sprawdzimy? - Kiwnąłem głową. 
Po 15 minutach od rozpoczęcia seansu, głowa Rukiego zjechała na moje ramię, jego oddech był spokojny, nie mogłem się oprzeć żeby nie pogłaskać go po włosach.  
Przestań. Aoi, przestań! krzyknąłem w duchu. 
Odsunąłem go delikatnie, żeby móc wziąć na ręce. 
Nie znam jego mieszkania i nie wiem gdzie znajduje się sypialnia. No i nawet czy da się wejść, czy jest tak zawalona gratami, ze nie idzie otworzyć drzwi. 
Sam poszedłem się rozglądnąć. 
Naprzeciwko znajdowała się mała kuchni, po prawej łazienka. Białe drzwi na końcu korytarza były zamknięte. 
Otworzyłem je, lekko wystraszony co mogę tam zastać. 
Prócz łóżka, stał tam stolik, zapełniony zeszytami, słuchawkami i połamanymi ołówkami. 
To chamskie, nie powinieneś. Powiedziałem sobie. 
Otworzyłem pierwszy z brzegu z czarną okładką. 
"Ach, zawsze, przez cały ten czas,
Zawsze, nie robiłem nic poza zasmucaniem Cię.
Ach, z pewnością Cię zraniłem.
Nawet teraz nadal nie mogę się ruszyć.
Ach, dlaczego tak boli, gdy chcę Cię dotknąć?
Myślę, że to dlatego, iż boję się, że popełnię ten sam błąd i Cię stracę.
Zbliżając się, próbowałem usunąć ten dzień, którego nie mogłem całkowicie zapomnieć.
A Ty, nie pytając o nic, trzymasz mnie za rękę.
Nawet jeśli Twoje uczucia do jutra wybledną,
Będę Cię ciągle, niezmiennie kochał.
Nawet jeśli nie będziesz mnie mogła jutro ujrzeć,
Będę Cię ciągle, niezmiennie kochał.
Będę iść razem z nieobiecaną przyszłością.
Idziemy z nią dalej wspólnie do przyszłości, w której jesteś Ty…
Myśląc o Tobie, przynajmniej mogę zapomnieć o wszystkich trudnych chwilach.
Licząc noce bez Ciebie moje serce usycha z tęsknoty..." 
Reszta tekstu była zamazana. Przewróciłem kartkę. 
 "19 listopad - już tego dłużej nie zniosę (..) odstęp między kolejną linijką był pokryty zaschniętymi łzami "nie mogę .."
Szelest dobiegający z salonu omal nie doprowadził mnie don zawału, szybko odłożyłem własność młodszego na jej miejsce i na palcach opuściłem pomieszczenie, utrzymywane w wyjątkowym porządku, pewnie dlatego, że bałaganiarz nie spędzał tu czasu.
Wycofałem się do salonu. 
Uff ciągle spał. Wziąłem go na ręce i zaniosłem do łóżka. 
Rozebrałem go do samych bokserek i szczelnie nakryłem kołdrą. 
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, usiadłem na skraju posłania. 
Wlepiłem wzrok w śpiącego. Lekko uchylone usta, równy oddech, pojedyncze kosmyki opadające na twarz. 
Głębia spokoju pośród kłębu nerwów. 
Za oknem zaczynało świtać. 
Prześpi bite pół dnia, więc mam szanse wypocząć. Pytanie, czy chcę? Czy chcę go opuszczać? Może wydaje się, że to najidiotyczniejsze na świecie ale mam ochotę nieustanie otaczać go ochroną. 
Wariuję ze zmęczenia. Musnąłem lekko ustami jego policzek na dobranoc.
Poszedłem do salonu. Przydałoby się posprzątać. 
Zebrałem wszystkie ubrania, w łazience znalazłem żelazko i deskę do prasowania, jeszcze z ceną. 
Dokładne uprasowanie wszystkiego zajęłoby mi wiele godzin. Starałem się pracować w miarę szybko ale starannie. 

Gotowe. Teraz problemem pozostało miejsce gdzie to schować. 
Zastanowiwszy się, chyba ani razu nie widziałem go 2 razy w tym samym stroju. 
W korytarzu znajdowała się stara, drewniana szafa, jakby powiększenie tych z niektórych horrorów. Większość półek była zapełniona szmatami w stanie jak te sprzed parsowania. 
Nie miałem siły, czasu ani chęci na dalszą zabawę z setkami ubrań. 

Zabrałem się za zbieranie opakowań. 
- Co za brudas - skrzywiłem się, odnajdując między poduszkami ogryzek po jabłku. To nie był koniec kulinarnych niespodzianek, pół mandarynki już od jakiegoś czasu leżało pod komodą w towarzystwie nadgryzionej bułki. Cud, że nie zagościły tu jeszcze karaluchy. 
Sprzątanie w domu Takanoriego wydawało się nie mieć końca, powili brakło mi motywacji. 
Słońce na dobre zagościło na niebie. 
- Przynajmniej jest lepiej - wymamrotałem, głowa już mnie bolała, nieprzespana noc właśnie dawała się we znaki. 
Ruszyłem do kuchni. Co jak co ale szacunku do jedzenia to z domu nie wyniósł. 
Resztki z talerzy wrzuciłem do kosza i bez chwili zastanowienia poszedłem z nim do zsypu. 
Yuu Shiroyama, gosposia z wyboru - tak teraz mógłbym się nazywać. 
Zaglądnąłem do lodówki. Nie było tam zbyt wiele. 
Przydałby się Kai. On to potrafi stworzyć smaczne danie z niczego. 
Zaparzyłem kawę,  z ostatnie kilku kromek chleba zrobiłem ubogie śniadanie. 
Z talerzem i dwoma kubkami wparowałem do sypialni. 
Zegarek pokazywał 11:09.
- Wstawaj mały -nachyliłem się nad nim. Brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Lecz ja nie poddam się tak łatwo.
- Taka-chan - wypowiedziałem mu do ucha.
Odstawiłem jedzenie na stolik i zacząłem go delikatnie łaskotać.
Zerwał się, od razu zachłystując się powietrzem. Krzyknął przerażony, nie wiedząc co się dzieje.  
- To tylko ja - zaśmiałem się. 
- Co właściwie.. ! - przerwałem, mu zakrywając jego usta dłonią. 
- Zrobiłem śniadanie - uśmiechnąłem się promiennie, podając mu kubek kawy i położyłem przed nim talerz. 
Zabrał moją dłoń, jego wzrok błądził, unikając moich oczu. Obrał sobie jeden cel, powędrowałem wzrokiem za nim. Wpatrywał się w pamiętnika. 
- Spokojnie, nic nie ruszałem - skłamałem. 
- Mhm - wziął łyka kawy - Yuu.. - zaczął cicho. 
- Tak? 
- Eeem, dziękuję za to ile dla mnie robisz - nie był w stanie spojrzeć mi w oczy. 
- Wiesz dlaczego to robię? - chwyciłem go pod podbródek, zmuszając tym aby w końcu na mnie spojrzał. - Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu - powiedziałem łagodnie, uśmiechając się w ten sam sposób. Po wydarzeniach ostatniej noc byłem tego najzupełniej pewny. Bez niego, moje życie straciłoby barwy. Jedyna osoba której płacz doprowadzał mnie do płaczu a uśmiech zmuszał do uśmiechu siedziała właśnie przede mną. 

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Random

"Dlaczego jesteś bez serca?"
Zamknąłem laptopa, wstając z fotela. Pokój który mi przydzielono nie był pokaźnych rozmiarów. Ledwo mieściło się tu łóżko, biurko, szafa i fotel.
Musiałem schować walizkę żeby mieć choć odrobinę miejsca do przemieszczania się.
 Westchnąłem, miałem nadzieję że ten dzień przebiegnie bez żadnych komplikacji. Lecz już od przebudzenia tkwiło we mnie sceptyczne uczucie. Zignorowałem je. Czy to był błąd?
Zauważyłem, że ręce mi się trzęsą, cholera.
Nerwowo zacząłem chodzić bezsensu po pomieszczeniu. W pewniej chwili zauważyłem worek z kilkoma butelkami piwa, zakupionymi przez Aoia. Zostawił go u mnie i najwidoczniej zapomniał o jego istnieniu.
Wziąłem do ręki jedną z butelek, otworzyłem ją przy pomocy klucza od mieszkania, znajdującego się setki a może i tysiące kilometrów stąd.
Pierwszy łyk. Skrzywiłem się, smakowało paskudnie. Odzwyczaiłem się od alkoholu.
Drugi łyk. Jak dawno powiedział, nie pije się dla smaku a dla efektu. Zamierzam się upić?
Co ja właściwie wyprawiam? Czyżbym tracił kontrolę nad własnym życiem? Staję się do tego stopnia nieporadny, że nie potrafię odnaleźć rozsądnych rozwiązań?
Opadłem z hukiem na nieposłane łóżko, wśród pościeli kłębiła się masa rzeczy, ubrania, kosmetyki, ładowarka do telefonu i z pewnością wiele innych.
Wyrwałem z notatnika kartkę, boki wyrwanej strony były nierówno poszarpane, odnalazłem  długopis i zacząłem niedbale bazgrać teks, słowa które aktualnie przychodziły mi do głowy. Niespójne, chaotyczne, być może nawet zdania przeczyły sobie nawzajem.
W czasie pisania zdążyłem otworzyć oraz opróżnić następne 3 butelki.
Zapełnioną bazgrołami stronę zgiąłem na pół, chwilę ściskałem ją w dłoni wpatrując się w widok morza za oknem. Fale były spokojne, za spokojne.
Przymknąłem oczy w których rozbłysły wspomnienia, radosne a jednocześnie bolesne.
Trzaskając za sobą drzwiami wyszedłem na korytarz. Schodami udałem się na wyższe piętro.
Przed pokonaniem ostatniego stopnia wziąłem głęboki oddech.
Zatrzymałem się pod drzwiami z numerem 318. Przez szparę wsunąłem kartkę do wnętrza pokoju i szybkim krokiem odszedłem w kierunku z którego przybyłem, tym razem schodząc na sam dół budynku.
Boczną dróżką udałem się na plażę, słońce właśnie ginęło za horyzontem, nadmorski wiatr otulił moją twarz.
Delikatne fale uderzały o moje nagie nogi, szedłem brzegiem z każdym krokiem oddalając się od cywilizacji.
Starłem się pochwycić spokój ducha. Niespiesznie.
Nagle coś chwyciło mnie za ramiona, a pierwszej chwili nie wiedziałem co się dzieje.
Zrozumiałem gdy moje oczy spotkały się z Twoimi.
Twoje usta przerażająco szybko zetknęły się z moimi.
Oddałem się całkowicie chwili. Wydawało się , że trwa lata, lecz szybko umknęła.
- Takanori - wypowiedziałeś, Twój oddech był niespokojny, jakbyś właśnie przebiegł długi dystans. Tak, właśnie to przed chwilą zrobiłeś. Zauważyłem, że w dłoni ściskasz kawałek papieru zawierającego moje pismo.
W gardle miałem gulę, zabraniającą wypowiedzi.
- Ty idioto - dodałeś, twoje ramiona pochwyciły mnie, a palce zacisnęły się na materiale koszulki.
 Wtuliłem się  jak najmocniej. Trwaliśmy w milczeniu, zakłócanym jedynie odgłosami morza i szybkim biciem naszych serc. Słowa zdawały się być zbędne.
Nim się od siebie oderwaliśmy wokół nas zapadła ciemność.
Ruszyłem w dalszą drogę u Twego boku, ściskałeś moją dłoń, a może to ja Twoją. Zawsze byłeś blisko ale nigdy aż tak blisko.
Już zawsze będziemy iść razem. Zachowaj tę niewypowiedzianą letnią nocą obietnicę.