wtorek, 6 sierpnia 2013

Aoi x Ruki -i don't know anything about you, my friend. cz.2

Powoli zaczynam się załamywać brakiem komentarzy. Q.Q bo mi nigdy nic nie wychodzi. 
~~

Dojazd okazał się dziecinnie prosty i przyjemny. Ruki nawet nie drgnął skulony pod materiałem. 

- to tu? - zatrzymałem się przed 3 piętrowym budynkiem. Wszak nie było to najnowsze budownictwo, już z zewnątrz sprawiał wrażenie przytulnego. Sądzę ze w środku znajduje się nie więcej jak 9 mieszkań. Odpowiedziała mi cisza. Brak sprzeciwu musi oznaczać iż eis nie mylę. Szczęście mi dopisywało. Miejsce parkingowe tuż pod drzwiami było puste. Zaparkowałem samochód i wysiadłem  Może faktycznie jestem już stary. Nie mogło obyć się bez rozprostowania kości  Przechylając głowę na lewą stronę usłyszałem nieprzyjemny dźwięk strzykających kości. Dokładniej moich kości. 
- Hej pomogę ci - podbiegłem do nieczekającego na mnie Rukiego.
- Zostaw- jego marny humor niepodważalnie uległ pogorszeniu.

- Otwórz - położył drobne, prawie że kobiece dłonie na klapie bagażnika. Kompletnie zapomniałem o jego bagażu.  
Otworzyłem i wyciągnąłem pudło, wydawało mi się, że ostatnim razem było lżejsze. 
- Daj - kierował w moim kierunku tylko krótkie rozkazy, poczułem się przez to jak pies. 
- Zaniosę to. 
- A..
- Nic nie mów tylko rusz się no już. - popchnąłem go delikatnie w kierunku budynku. 
Zatrzymał się pod drzwiami żeby znaleźć klucze. Nerwowo przerzucał wszystko w torbie, zauważyłem , że ręce mu się trzęsą. 
- Widzisz, po o nosisz tyle gratów.
Nawet na mnie nie spojrzał, zirytowany zaczął wyrzucać przedmioty na ziemię. 
- Spokojnie, poszukaj w kieszeniach - zacząłem go uspokajać, strata kluczy jest poważną sprawą ale nie na tyle aby wkładać w to swoje zdrowie i nerwy. Zresztą na pewno gdzieś są, mały ma talent do krótkotrwałego  gubienia wszystkiego. Zwykle sam odnajduje dany obiekt w najmniej spodziewanym miejscu. 
Coraz to mocniej zdenerwowany począł gwałtownie szarpać się z kieszeniami spodni oraz kurtki. Nic w nich nie odkrywszy, zrezygnowany oparł się o bramę, odwracając przy tym głowę.
 - Nic mi kurwa nie wychodzi - wymamrotał na tyle głośno, że słowa wyraźnie dotarły do moich uszu. 
- Każdemu może się zdarzyć. 
-  Ale mnie się zdarza ciągle. Dosłownie ciągle.
-  Uspokój się, w ten sposób nic nie wskórasz. Przypomnij sobie gdzie je ostatnio kładłeś. 
-  Kurwa nie pamiętam, tak?! - do oczu młodszego napłynęły łzy. Zrobiło mi się smutno, nie mogłem patrzyć jak płacze.
- Nie płacz Taka. Proszę Cię. - przytuliłem go delikatnie do siebie. Czułem, ze ma ochotę się wyrwać. Wstydził się swych łez. To co zrobił było całkowicie odwrotne z jego jak zwykle racjonalnym umysłem. Wtulił się we mnie bez opamiętania, jego ciało drżało, nie tylko z powodu łez. 
Drzwi do bramy się otworzyły, a z środka wyszedł pewnie sąsiad Ruksa, starał się na nas chamsko nie gapić ale coś mu nie wyszło, przynajmniej spełnił dobry uczynek. Chwyciłem drzwi nim zdążyły się zamknąć, przez cały czas nie odsuwając od siebie przyjaciela. 
- Wchodź bo zamarzniesz. - szepnąłem spokojnie.
- Ale moje rzeczy - pociągnął nosem.  Zawsze potrafił znaleźć jakieś ale. 
- Pozbieram je. - wolałem zrobić to sam, niż żeby ten roztrzęsiony, ranny dzieciak zajmował się tym. Poprowadziłem go do grzejnika, każąc mu usiąść na podłodze obok i poczekać na mnie. 
Sam wróciłem przed bramę, wcześniej blokując drzwi przed całkowitym zamknięciem.   
Zacząłem wszystko wrzucać do kartonu. Ciekawe po co nosi przy sobie kilka par okularów. 
Z dłoni wypadł mi mały notesik, przy upadku otwierając się mniej więcej w połowie. Podniosłem go, chcąc nie chcąc zaglądając do środka. 
Treść była krótka i jednoznaczna. Pokręciłem głową żeby się otrząsnąć i wrzuciłem notes do reszty rzeczy, w pudle coś zabrzęczało, zauważyłem pęk breloczków, przyczepiony do 3 kluczy. Baka. 
Wróciłem do przytulonego do źródła ciepła przyjaciela. Był załamany, cichy, oczy same mu się zamykały. Kolejny raz pociągnął nosem
- Patrz co znalazłem mały pechowcu- odstawiłem pudło obok windy. 
Klęknąłem koło chłopaka i podałem mu do łapki klucze. 
Wszelkie troski odpłynęły z jego twarzy, ustępując miejsca słodkiemu uśmiechowi.
- Dziękuję - szepnął uradowany.
- Nie ma za co. Zmęczony? - moje pytanie było bezsensowne, wypowiedziałem je be przemyślenia. 
- Nie - ziewnął. 
- Kłamczuch- wstałem i podałem mu rękę, chwycił ją bezwładnie, próbując wstać. 
Podciągnąłem go. Winda już czekała. 
- Które piętro? - spytałem, wodząc palcem między guzikami. 
- Drugie - starałem się udawać, że nie widzę jak wlepia we mnie te swoje oczka. Może to tylko moja wyobraźnia po odkryciu tamtego wpisu. 

Drzwi do mieszkania Matsumoto były wymalowane rysami. Otworzył je 1 kluczem, w dodatku przekręcając jedynie raz. 
- Widzę, że włamań to ty się nie boisz - zaśmiałem się cicho. 
- A po co? - otworzył je. 
Wszedłem do salonu i odstawiłem jego manele, zapaliłem światło i dopiero w tej chwili ujrzałem jaki panuje tu chaos. Opakowania po lodach, butelki po napojach oraz inne papierki po słodyczach, pościel leżała na podłodze. Góra kabli plątała się na podłodze, obwiązując wszystko wokoło. 
Gdzieniegdzie leżały opakowania płyt dvd i mangi. 
Pogniecione ubrania kłębiły się na każdym meblu, podłodze i nawet telewizorze. 
Buty walały się bez pary. 
Nas stole leżały reszki pizzy. 
Stałem z otworzonymi ustami przyglądając się temu. 
- T.. to dlatego nigdy tu nie byłem? - wybełkotałem przerażony. 
- No co? Czepiałbyś się. - nie przejmując się, że gniecie sobie koszulę usiadł na kanapie, i podkulając nogi pod brodę.
Nie, tym razem nie zrobię mu wykładu. Swoją drogą to  przeurocze. Duże dziecko, wróć, wzrostem też nie mógł się pochwalić.
Uśmiechnąłem się, siadając obok niego. 
- Oglądniemy jakiś film? - odezwał się po chwili krępującego milczenia. 
- Chcesz to wybierz - byłem jego kolekcji. Chwycił płytę leżącą najbliżej.
- Nie wiem co to, sprawdzimy? - Kiwnąłem głową. 
Po 15 minutach od rozpoczęcia seansu, głowa Rukiego zjechała na moje ramię, jego oddech był spokojny, nie mogłem się oprzeć żeby nie pogłaskać go po włosach.  
Przestań. Aoi, przestań! krzyknąłem w duchu. 
Odsunąłem go delikatnie, żeby móc wziąć na ręce. 
Nie znam jego mieszkania i nie wiem gdzie znajduje się sypialnia. No i nawet czy da się wejść, czy jest tak zawalona gratami, ze nie idzie otworzyć drzwi. 
Sam poszedłem się rozglądnąć. 
Naprzeciwko znajdowała się mała kuchni, po prawej łazienka. Białe drzwi na końcu korytarza były zamknięte. 
Otworzyłem je, lekko wystraszony co mogę tam zastać. 
Prócz łóżka, stał tam stolik, zapełniony zeszytami, słuchawkami i połamanymi ołówkami. 
To chamskie, nie powinieneś. Powiedziałem sobie. 
Otworzyłem pierwszy z brzegu z czarną okładką. 
"Ach, zawsze, przez cały ten czas,
Zawsze, nie robiłem nic poza zasmucaniem Cię.
Ach, z pewnością Cię zraniłem.
Nawet teraz nadal nie mogę się ruszyć.
Ach, dlaczego tak boli, gdy chcę Cię dotknąć?
Myślę, że to dlatego, iż boję się, że popełnię ten sam błąd i Cię stracę.
Zbliżając się, próbowałem usunąć ten dzień, którego nie mogłem całkowicie zapomnieć.
A Ty, nie pytając o nic, trzymasz mnie za rękę.
Nawet jeśli Twoje uczucia do jutra wybledną,
Będę Cię ciągle, niezmiennie kochał.
Nawet jeśli nie będziesz mnie mogła jutro ujrzeć,
Będę Cię ciągle, niezmiennie kochał.
Będę iść razem z nieobiecaną przyszłością.
Idziemy z nią dalej wspólnie do przyszłości, w której jesteś Ty…
Myśląc o Tobie, przynajmniej mogę zapomnieć o wszystkich trudnych chwilach.
Licząc noce bez Ciebie moje serce usycha z tęsknoty..." 
Reszta tekstu była zamazana. Przewróciłem kartkę. 
 "19 listopad - już tego dłużej nie zniosę (..) odstęp między kolejną linijką był pokryty zaschniętymi łzami "nie mogę .."
Szelest dobiegający z salonu omal nie doprowadził mnie don zawału, szybko odłożyłem własność młodszego na jej miejsce i na palcach opuściłem pomieszczenie, utrzymywane w wyjątkowym porządku, pewnie dlatego, że bałaganiarz nie spędzał tu czasu.
Wycofałem się do salonu. 
Uff ciągle spał. Wziąłem go na ręce i zaniosłem do łóżka. 
Rozebrałem go do samych bokserek i szczelnie nakryłem kołdrą. 
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, usiadłem na skraju posłania. 
Wlepiłem wzrok w śpiącego. Lekko uchylone usta, równy oddech, pojedyncze kosmyki opadające na twarz. 
Głębia spokoju pośród kłębu nerwów. 
Za oknem zaczynało świtać. 
Prześpi bite pół dnia, więc mam szanse wypocząć. Pytanie, czy chcę? Czy chcę go opuszczać? Może wydaje się, że to najidiotyczniejsze na świecie ale mam ochotę nieustanie otaczać go ochroną. 
Wariuję ze zmęczenia. Musnąłem lekko ustami jego policzek na dobranoc.
Poszedłem do salonu. Przydałoby się posprzątać. 
Zebrałem wszystkie ubrania, w łazience znalazłem żelazko i deskę do prasowania, jeszcze z ceną. 
Dokładne uprasowanie wszystkiego zajęłoby mi wiele godzin. Starałem się pracować w miarę szybko ale starannie. 

Gotowe. Teraz problemem pozostało miejsce gdzie to schować. 
Zastanowiwszy się, chyba ani razu nie widziałem go 2 razy w tym samym stroju. 
W korytarzu znajdowała się stara, drewniana szafa, jakby powiększenie tych z niektórych horrorów. Większość półek była zapełniona szmatami w stanie jak te sprzed parsowania. 
Nie miałem siły, czasu ani chęci na dalszą zabawę z setkami ubrań. 

Zabrałem się za zbieranie opakowań. 
- Co za brudas - skrzywiłem się, odnajdując między poduszkami ogryzek po jabłku. To nie był koniec kulinarnych niespodzianek, pół mandarynki już od jakiegoś czasu leżało pod komodą w towarzystwie nadgryzionej bułki. Cud, że nie zagościły tu jeszcze karaluchy. 
Sprzątanie w domu Takanoriego wydawało się nie mieć końca, powili brakło mi motywacji. 
Słońce na dobre zagościło na niebie. 
- Przynajmniej jest lepiej - wymamrotałem, głowa już mnie bolała, nieprzespana noc właśnie dawała się we znaki. 
Ruszyłem do kuchni. Co jak co ale szacunku do jedzenia to z domu nie wyniósł. 
Resztki z talerzy wrzuciłem do kosza i bez chwili zastanowienia poszedłem z nim do zsypu. 
Yuu Shiroyama, gosposia z wyboru - tak teraz mógłbym się nazywać. 
Zaglądnąłem do lodówki. Nie było tam zbyt wiele. 
Przydałby się Kai. On to potrafi stworzyć smaczne danie z niczego. 
Zaparzyłem kawę,  z ostatnie kilku kromek chleba zrobiłem ubogie śniadanie. 
Z talerzem i dwoma kubkami wparowałem do sypialni. 
Zegarek pokazywał 11:09.
- Wstawaj mały -nachyliłem się nad nim. Brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Lecz ja nie poddam się tak łatwo.
- Taka-chan - wypowiedziałem mu do ucha.
Odstawiłem jedzenie na stolik i zacząłem go delikatnie łaskotać.
Zerwał się, od razu zachłystując się powietrzem. Krzyknął przerażony, nie wiedząc co się dzieje.  
- To tylko ja - zaśmiałem się. 
- Co właściwie.. ! - przerwałem, mu zakrywając jego usta dłonią. 
- Zrobiłem śniadanie - uśmiechnąłem się promiennie, podając mu kubek kawy i położyłem przed nim talerz. 
Zabrał moją dłoń, jego wzrok błądził, unikając moich oczu. Obrał sobie jeden cel, powędrowałem wzrokiem za nim. Wpatrywał się w pamiętnika. 
- Spokojnie, nic nie ruszałem - skłamałem. 
- Mhm - wziął łyka kawy - Yuu.. - zaczął cicho. 
- Tak? 
- Eeem, dziękuję za to ile dla mnie robisz - nie był w stanie spojrzeć mi w oczy. 
- Wiesz dlaczego to robię? - chwyciłem go pod podbródek, zmuszając tym aby w końcu na mnie spojrzał. - Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu - powiedziałem łagodnie, uśmiechając się w ten sam sposób. Po wydarzeniach ostatniej noc byłem tego najzupełniej pewny. Bez niego, moje życie straciłoby barwy. Jedyna osoba której płacz doprowadzał mnie do płaczu a uśmiech zmuszał do uśmiechu siedziała właśnie przede mną. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz