No cóż, kolejny raz pojawia się Ruki (przepraszam taka mała obsesja ._.' xd) Jak narazie tylko tyle, z czasem pojawia się kolejne części, sam jeszcze nie wiem jak dużo ich będzie. Zostawiajcie komentarze i do następnego. ~ Warumono
- A ja sądzę, że jednak sobie nie poradzisz - uśmiechnąłem się szeroko na widok przyjaciela niosącego niemal zakrywające go całkowicie ozdobne pudło, widok był naprawdę zabawny i dość niecodzienny.
- Cicho, muszę się skoncentrować - odpowiedział stanowczy głos z wyczuwalną odrobiną irytacji, której zwykle nie braknie.
- Oczywiście - zaśmiałem się - UW.. - nie zdążyłem dokończyć ostrzeżenia, a chłopak w mgnieniu oka wraz z obciążeniem przeleciał przez krawężnik. Zawartość pudełka wyleciała na ulice, w środku była niezliczona ilość słodyczy, gier, płyt dvd i przeróżnych gadżetów.
- Kurde, na co Ci tyle tego?! - Chwilę trwało nim oderwałem wzrok i przeniosłem go na ich właściciela. - Wszystko w porządku? - zawahałem się Podszedłem do niego, trzymał ręce na ukrytej w wysokich butach lewej kostce.
- Jaki skurwysyn to tu postawił - warknął, chcąc zwalić winę na cokolwiek innego niż własna nieuwaga i upartość.
- Pomóc ci wstać? - wyciągnąłem dłoń w jego kierunku, sądząc, że od razu ją odsunie. Ku mojemu zdziwieniu chwycił ją bez słowa sprzeciwu. Pociągnąłem drobną postać do góry, gdy już stanął na obu nogach na jego twarzy pojawił się grymas bólu a z ust wyrwał się cichy syk. - mówiłem abyś uważał - nie było opcji żebym mu tego nie wypomniał.
Uraczył mnie wyjątkowo mrożącym spojrzeniem - mogłeś mówić, że tam jest ten pierdolony krawężnik.
- Nie złość się już. Dasz radę iść czy cię ponieść? - zaśmiałem się, co było nietaktowne w tej sytuacji i mogło wyglądać złośliwie.
- Prędzej doczołgam się stąd do Kyoto niż ty spełnisz swoją obietnicę.
- Chcesz sprawdzić?
- Nie?
Uśmiechnąłem się po raz kolejny, zostawiłem go na moment bez podparcia żeby sprzątnąć nadal leżące bezpańsko manele, następnie wrzuciłem pudło do bagażnika mojego samochodu.
- Co mnie okradasz?! - usłyszałem za plecami.
- Zamierzasz jechać tak do domu? Zabieram Cię do lekarza, żebyś nie marudził biorę i to - wyjaśniłem.
- Po co do lekarza? Sam pojadę do domu, obaj lepiej na tym wyjdziemy - powoli przeszedł kilka kroków i znów się zatrzymał.
- Uwierz mi, wolałbym iść się napić ale Cię tak nie zostawię, nie myśl sobie- zatrzasnąłem klapę, odwróciłem się żeby podejść do młodszego i pomóc mu przejść resztę krótkiego dystansu, lecz ten uparciuch stał ze mną oko w oko. - nie przemęczaj się - wyminąłem go, żeby otworzyć drzwi samochodu.
- Nie traktuj mnie jak kalekę - burknął. A jak miałem ? W końcu tymczasowo nim był. Zajął miejsce, odetchnął cicho kiedy już odciążył uszkodzoną nogę.
Usiadłem za kierownicą i odjechałem z biurowego parkingu.
- Dla kogo tego nakupiłeś? - to pytanie nie dawało mi spokoju
- Przywaliłeś się, weź zmień temat - starał się wymigać, co dodatkowo podsyciło moją ciekawość. Jednak wiedziałem że muszę dać spokój.
Nie potrzebowałem wiele czasu by wymyślić kolejne pytanie. Z zupełnie innej kategorii.
- Kai robi imprezę w sylwestra.
- Nie znudziło mu się po zeszłorocznym?
- Jak widać, widok gołego Uru w swoim łóżku go nie zniechęcił.- zaśmiał się cicho i nerwowo po czym zapadła niezręczna cisza.
- Eeee.. Aoi, pamiętasz co się wtedy stało ? - spytał po chwili.
- No co ty, nie pamiętam nawet co miałem na sobie. - dobrze wiedział jaką wagę przywiązuję do swojego wyglądu i potrafię zapamiętać swoje wszelkie stylizacje.
- Chyba nie za dużo - przyciszył ton, mając nadzieje, że nie usłyszę tej wypowiedzi, niestety musiałem go zawieść.
- Spójrz na siebie. Kto skakał do basenu z balkonu na 4 piętrze? - nie mogłem sobie wybaczyć niezapamiętania tego wydarzenia, na całe szczęście Reicie w tej części imprezy nie brakło determinacji do filmowania wszystkiego wokoło.
- Jakbyś mi nie podsuwał tych swoich drinków to nic bym nie zrobił, co to w ogóle było? Ohyda.
- Wódka z mlekiem i whisky. Och nie zwalaj wszystkiego na mnie. Minął już prawie rok, daj na zapomnienie.
- Taa, spoko. Święty Shiroyama, nic nie widziałem, nic nie słyszałem, normalnie ciemny jestem.
- Wiesz co, jakbyś się choć chwilę wahał to sam bym cię wypchnął marudo.
- Przed tym byś się upewnił czy w basenie nie ma wody, mogę się założyć, jakimś cudem by nagle wyparowała - sam uśmiechnąłem się na widok śnieżnobiałych zębów uśmiechających się lekko w moim kierunku. Jego uśmiech jest wręcz na wagę złota.
- Nie marzę o niczym innym.
- Nie zdziwię się jak nie dożyję 2 stycznia. - odparł sarkastycznie.
Zatrzymałem się pod szpitalem
- I po co to? Nie zaszkodzi Ci czasem mnie posłuchać.
- Przykro mi, ale jesteś zdany na moją łaskę - wysiadłem i przeszedłem żeby mu pomóc.
- Puszczaj! - nie widziałem innego sposobu, więc najzwyczajniej w świecie chwyciłem go w pasie i wziąłem na ręce, niziołek mimo bólu nogi próbował stawiać opór.
- Jesteś taki uroczy maluchu
- Wal się - nie zdawał sobie sprawy, ze poprzez wulgaryzmy jedynie utwierdzał mnie w tym przekonaniu.
Zaprowadziłem go pod drzwi gabinetu, na nasze szczęście na korytarzu nie było wielu osób i już po 15 minutach oczekiwań Ruki został zaproszony do środka. Zostałem na korytarzu, w końcu byłem jedynie namolnym kolegą, nawet nie wiem czy przyjacielem. Usiadłem na wolnym siedzeniu, rozbrzmiał dźwięk telefonu. Watkin Tudor Jones - Be kind to animals, piosenka która zawsze źle działała na moje nerwy. Kilkakrotnie prosiłem Ruksa żeby zmienił dzwonek Bezskutecznie.
Zacząłem szukać aparatu w czarnej, torbie, chłopak nosił przy sobie dosłownie wszystko co niepotrzebne. Cały wachlarz różności, od ulotek reklamujących premierę filmu wchodzącego do kin 2 lata temu po młotek i klamkę od drzwi, znalazłbym więcej szokujących przedmiotów gdybym się uparł.
Zdążyłem odebrać nim osoba po 2 stronie się rozłączyła. Postanowiłem poczekać aż to ona coś powie.
- Taka-chan? - nigdy wcześniej nie słyszałem tego głosu, należał do chłopaka, to bez wątpienia. Nie byłem pewny co do jego wieku, nie brzmiał poważnie i dorośle.
- Ruki w tej chwili nie może rozmawiać, przekazać mu coś? - nic lepszego nie przyszło mi do głowy
- Hę? Kim jesteś? Eee, powiedz mu żeby do mnie zadzwonił
- A dokładniej do kogo?
- A no tak, Sora.
- Dobra, powiem mu. - kim do cholery jest ten cały Sora? Nie miałem zamiaru wspominać Rukiemu o telefonie, rozłączyłem się, wszedłem w spis połączeń i usunąłem dowód rozmowy.
W momencie kiedy ponownie zapinałem torbę z gabinetu wyszła ta mała ofiara.
- I co? - zerwałem się z miejsca.
- Stłuczona - burknął wściekły na cały świat. - mam się oszczędzać blablabla.. No, dzięki, że mnie podwiozłeś. Do jutra.. Wróć, przecież są święta. To do Sylwestra. A nie, zapomniałem! Przecież mnie nie będzie
- Ruki, zjedz Snikersa?
- Po co?
- Widocznie jesteś głodny bo zaczynasz być cholernie upierdliwy.
- Zabiję
- Nie dasz rady kaleko, za silny i za wysoki jestem jak dla ciebie.
- Tylko się zbliż.
- A co mi zrobisz? - powolnym krokiem przybliżyłem się do drobnej osóbki.
Chwycił mnie za nadgarstek i wbił w niego szereg ostrych kłów.
Pozostawił po sobie, widoczny czerwony ślad.
- Ej, ugryzłeś mnie! To boli! Na kolana i błagaj o wybaczenie niziołku! - złapałem go w pół i zachowując resztki ostrożności zacząłem go łaskotać
- Przestań! Aoi przestań! Aoi! - zrobił się czerwony od śmiechu, z oczu zaczęły mu lecieć pojedyncze łzy.
- Błagaj! - nie zamierzałem tak łatwo odpuścić.
- Błagam - pisnął, dusząc się kolejnym napadem śmiechu, puściłem go niechętnie, dbając żeby się nie przewrócił. Zachwiał się ale z moją drobną pomocą szybko złapał równowagę. - nienawidzę cię - wysapał.
- Też cię kocham - podałem mu torbę - Nie mam pojęcia co tam nosić ale to waży z 5 kilo - kłamstwem była jedynie pierwsza cześć mojej wypowiedzi.
- To wszystko jest mi potrzebne - musiałem się wysilić żeby nie wybuchnąć śmiechem, 'po co ci klamka?' zapytałem w myślach
- Zachowujesz się jak baba.
- No, no no jestem 100 razy bardziej męski niż ty.
- Chciałbyś, dzieciaczku. Chodźmy stąd
- Nie wiesz co odpowiedzieć? Nie umiesz okłamywać sam siebie. Racja, już późno,ostatni pociąg mi ucieknie.
- Jaki pociąg, jedziesz ze mną.
- Do ciebie? Nie ma mowy.
- Do ciebie, muszę pilnować żebyś nie narobił sobie więcej siniaków, a, że potrwa to jakiś czas nie widzę innego rozwiązania ale będę musiał pobyć dłużej.
- Właśnie wpraszasz się do MOJEGO domu czy tylko mi się wydaje?
- Nie wydaje ci się.
- Wykluczone!
- Ukrywasz coś przede mną? Jesteś psychopatą trzymającym w piwnicy koty na grilla? - nigdy u niego nie byłem, przez tyle lat nie zdradził swojego adresu.
- Grrr
- Trudno - podniosłem go do góry - będziemy jeździć tak długo póki nie podasz swojego adresu dzikusie.-
zabrałem go z powrotem do wozu.
- Może pd razu zapisz mnie do przedszkola.
- Już nawet Snikers nie pomoże.
- Yuu, jestem dorosły i dam sobie w życiu radę.
- Zrozum, martwię się o ciebie i nie chcę żebyś sobie narobił więcej kłopotów.
Widocznie nie wiedział co ma odpowiedzieć albo był tak zmęczony, ze dał sobie spokój, lecz nadal nie zamierzał zaprosić mnie do miejsca swego zamieszkania.
Od ponad 45 minut krążyłem po niewielkich Tokijskich uliczkach.
Mój współtowarzysz siedział z założonymi rekami.
Wraz z dobrze znanym mi sygnałem informującym o powolnym końcu paliwa poddałem się.
Nie chciałem zabierać go do siebie. Nic lepszego nie jestem w stanie wymyślić.
- Wygrałeś Na jakiś czas zamieszkasz u mnie - pomysł był tak beznadziejny, że jakaś cześć mnie modliła się brutalna odmowę.
- Dobra - zamiast tego otrzymałem szyderczy uśmieszek.
Westchnąłem bezgłośnie i skręciłem w lewo, prosto na drogę biegnąca wzdłuż parku Yoyogi. Kolejne minuty powolnej jazdy wystarczyło żeby Ru usnął.
Omal nie wjechałem w barierkę, co zmusiło mnie do oderwania od niego wzroku.
Spojrzałem w okno na 9 piętrze mieszkalnego budynku, światło było zapalone.
- Ruki - szturchnąłem go lekko. - Ruki - powtórzyłem, nie otrzymawszy odzewu. Znów nic. Wysiadłem i przeszedłem na 2 stronę by wziąć go na ręce, faktycznie musi być wykończony.
Z trudem otworzyłem drzwi wejściowe. Na szczęście rzadko kiedy działająca winda przyjechała za naciśnięciem guzika.
Otwarcie drzwi mieszkania zajęło mi niewiele mniej, przy czym chłopak prawie nie prawie wylądował na ziemi.
Wszedłem do środka najciszej jak to tylko możliwe
- Yuu? O Której to się wraca do domu? - kolejny raz omal nie puściłem Rukiego, podskakując wystraszony.
- Cii, zaraz ci wszystko wyjaśnię - odszepnąłem, zanosząc młodszego do sypialni. Położyłem go na łóżku, ściągnąłem z niego buty i kurtkę, resztą zajmę się później. Wychodząc zamknąłem drzwi. Skierowałem się do kuchni gdzie czekała na mnie nieprzyjemna rozmowa.
- Więc? - kobieta siedziała przy kuchennym stolę z kubkiem herbaty i gazetą przed sobą.
- Mój przyjaciel miał mały wypadek i trochę czasu nam zleciało. - usiadłem naprzeciwko.
- To ten którego przyprowadziłeś? - Przytaknąłem.
- Jakiś pijak, schlał się do nieprzytomności i teraz będzie spał
- Nic nie pił.
- Mam sprawdzić? - odpowiedziała z niedowierzaniem, przez tyle lat ile żyję na tym świecie nie mogła ani razu wierzyć mi na słowo.
- Daj mu spać, zostanie tu kilka dni.
- O nie nie, mój drogi. Nie ma mowy, z samego rana ma wracać do domu, zrozumiano? - nie mogę na to pozwolić, nie tym razem.
- Nie! To mój dom a ty jesteś w nim jedynie gościem. Pozwoliłem ci zostać bo są święta i nie chciałem żebyś spędzała je sama, więc nie rządź się tak, mam prawo przyprowadzać kogo chcę. - starałem się nie podnosić głosu. Rozumiałem, że starsza kobieta troszczy się o mnie i stara się ochronić mnie przed wszystkim co złe, ale nie mogła bezpodstawnie oskarżać Rukiego.
- Ja tylko chciałam.. Masz racje, Yuu jesteś już dorosły, muszę się do tego przyzwyczaić, śpij dobrze - szybko wyszła z pomieszczenia. W tej chwili zrobiło mi się przykro, mogłem powiedzieć to delikatniej, nie chciałem jej urazić.
Dopiero teraz dotarło do mnie jaki jestem głodny, przez cały dzień nic nie jadłem, to nie zdrowe opychać się na noc ale w przeciwnym wypadku nie będę w stanie zasnąć.
W lodówce znalazłem ostatni kawałek ciasta. Nieszczególnie miałem ochotę na dawkę cukru, lecz brakło mi również sił na szykowanie czegokolwiek innego.
Nalałem sobie z dzbanka zimnej herbaty.
Oparłem się o blat, wyglądając przez okno, w ciemności niewiele widziałem. Gwiazd na niebie praktycznie nie było, zajęte egzystencją pochowane za czarnymi chmurami.
Jedynie biały śnieg okrywający ziemie odbijał zimne światło latarni.
Jakiś szelest dobiegał z głębi mieszkania, pewnie to kwestia mojej wyobraźni.
Kolejny raz i w kuchni pojawił się opatulony kocem Ruki.
- Wiesz w jakim szoku byłem budząc się w obcym domu? - jego głos był zachrypnięty co dowodziło, że jeszcze chwilę temu smacznie spał. Wyglądał przeuroczo.
- Przepraszam, mogłem zostawić kartkę. - uśmiech mimowolnie zahaczył się o moje usta. Chłopak opadł na krzesło, kładąc się przy tym w połowie na stole.
- Ładne mieszkanie - ziewnął.
- W końcu moje.
- Pasuje do ciebie, jest tak samo puste jak twój umysł. - położyłem dłonie na jego ramionach.
- Masuj - zamruczał, nie domyślając się, że właśnie z tym zamiarem wykonałem ten ruch.
Posłusznie zacząłem spełniać rozkaz - wisisz mi jedną przysługę.
- Jeszcze czego , jestem ofiarą idiotyzmu japońskich architektów a ty chcesz się mną wysługiwać, pff - powoli się rozbudzał, jego ciało potrzebowało masażu, był strasznie spięty.
- Przez całe życie nim nie będziesz skarbie.
- Skarbie?
- Zbyt pedalsko?
- No co ty nie powiesz, ale to całkiem .. przyjemne - czyżby się zarumienił?
- Przyjemne? To też jest przyjemne? - powiedziałem prosto do jego ucha, muskając nosem szyje niższego. Na co powolnie i ociężale odwrócił się twarzą do mnie. Znajdował się przerażająco blisko,
Światło w korytarzu rozbłysło
- Mieszkasz z kimś? - odsunął się ode mnie na kilka centymetrów.
W ramach mojej odpowiedzi do kuchni weszła ona.
- O tej godzinie się śpi - jej głos brzmiał całkowicie trzeźwo, opętało mnie wrażenie, ze podsłuchiwała całą rozmowę. Spojrzałem na Rukiego, jego mina była zabójcza, coś pomiędzy zdziwieniem a frustracją.
- Rozmawiamy. To właśnie jest Ruki. Możesz właśnie zauważyć, że nie jest pijany. - powiedziałem aby Matsumoto nie mógł się wcześniej wtrącić.
- Dobrze, wierzę ci. Ale czy moglibyście już iść spać? Rano nie będziesz w stanie wstać.
- Dobranoc - byłem na przegranej pozycji, chwyciłem Rukiego pod ramie.
Zamknąłem za nami drzwi sypialni i przekręciłem klucz.
- Co to kurwa miało być ? - nie wiedział czy się roześmiać - kto to? Twoja matka?
- Babcia. - opadłem na łóżko - przyjechała bez zapowiedzi, nie chciałem żeby spędzała święta sama w domu, zresztą nie miałem wyboru, nie wiem jak długo tu zostanie.
- Ja pierdole jaka ona musi być stara jeżeli ty jesteś już tak stary.
- Rozumiem, że nie mówisz an co dzień literacką japońszczyzną ale proszę przynajmniej w tym domu wyrażaj się kulturalnie - dobiegło zza drzwi.
- Nie, to już przesada - Mimo wszystko ściszył głos do szeptu.
Machnąłem dłonią żeby dał spokój.
- Rozumiemy się? - nie odeszła. Ruki kuśtykając podszedł do drzwi, otworzył je, stając oko w oko z moją babcią. Nie święci się nic dobrego, a wręcz przeciwnie.
- Nie! Będę mówił jak mi się kurna podoba! A pani niech po prostu nie podsłuchuje! Jestem prawie u siebie a ty się tu sprowadziłaś i wszystkim przeszkadzasz! - 'prawie u siebie?' co on wyprawia?
- Ru, uspokój się - wstałem z miejsca
- Siadaj! - oboje warknęli. Wróciłem więc na miejsce
- Mam prawo odwiedzać mojego wnuka kiedy chcę! I jakiś gówniarz nie będzie mnie pouczał!
- Nie będziesz mi rozkazywać ani mnie obrażać! Również mam prawo przebywać tu ile chcę, kiedy chcę! Więc się nie wpierdalaj!!
- Ruki!
- Nie wtrącaj się! - znów odpowiedział mi chórek.
Zrezygnowałem.
- Nie podnoś głosu gdy do mnie mówisz! I wynocha w tej chwili z tego domu! Liczę do 3 i już cię tu nie ma!
- Jeszcze chwila a to ty stąd wylecisz! Aoi powiedz coś! - zdecydowałby się kiedyś.
- Sądzę, że jest już późno i moglibyście się zachowywać nieco ciszej bo jeszcze ktoś wezwie policję i to ja będę miał kłopoty - powiedziałem spokojnie, dwie pary nienawistnych spojrzeń przygwoździło mnie do ściany.
- Zabieram cię do siebie! - osiągnąłem swój cel, szkoda tylko, że właśnie w taki sposób.
Babcia nie fatygowała się zatrzymywaniem mnie.
Zegarek wskazywał 4:12 kiedy wsiadaliśmy do samochodu.
- Zawsze musisz być taki agresywny? - zapytałem, widząc, że Takanori cały czas jest niespokojny.
- A co to moja wina, że masz wkurwiającą babcię? Przynajmniej dowiedziałem się po kim to - czasem mam ochotę strzelić go w łeb za te uwagi. Ale muszę stwierdzić, że uwielbiam tego dzieciaka.
- Nie o to mi chodzi.. Bierzesz wszystko na serio, to niezdrowe.. Zresztą. - i tak mnie nie posłucha. - lepiej daj mi ten adres.
- To konieczne? Możemy jechać do Kai'a.
- Nie, kochany teraz już się nie wywiniesz - uśmiechnąłem się szyderczo.
- Takamatsu, Nerima 21- 3. Mam zacząć się bać, starszy człowieku?
- Jak znajdę odpowiedni sznur to owszem. -oplotłem dłońmi jego chudą szyję, udając, że sprawdzam jej obwód.
- Jak będę chciał umrzeć to wiem do kogo mam się zgłosić. Nie obchodzi mnie co będzie się działo z moim ciałem.
- Sugerujesz, że mam coś wspólnego z nekrofilią?
- Nieeeee no wcale - zaśmiał się cicho - możemy już jechać? Zimno mi.
- Chcesz moją kurtkę? - zaproponowałem.
- Mhm.- Zdjąłem część ubrania i okryłem go nią - dzięki.
- Spoko.
Dotarcie pod wskazany adres sprawiło mi mały problem, nigdy nie byłem w tej części miasta. Wskazówki Rukiego były mało pomocne. Po pewnym czasie stwierdził, że tak samo wie gdzie jesteśmy jak ja.
- Mówiłem żebyś skręcił w lewo- zamarudził zmęczony.
- Chwilę temu miało być prawo.
- Lewo, nie wpieraj mi, że lewo, wiem lepiej.
Zatrzymałem się na środku drogi, o tej porze nikt tędy nie jeździł.
- Aoi? Co.. Co ty? - zacząłem szukać nawigacji między nogami niższego.
- Nie ruszaj się - mruknąłem, nie zabierając ręki. Oczywiste było, że nie posłucha, gwałtownie przesunął biodro w lewo, przez co osunąłem się w jego stronę a moja dłoń wylądowała idealnie na jego kroczu
Z gardła wokalisty wyrwał się cichy syk, ku memu zdziwieniu wcale nie odskoczył.
- Mówiłem, żebyś się nie ruszał idioto - wstanie byłoby najlepszym rozwiązaniem, gdyby nie to, że musiałbym jeszcze bardziej go wymacać.
- Aoi proszę zabierz tą rękę .. JUŻ.
- Tylko się nie ruszaj. Jasne? NIE RUSZAJ. - czułem, ze dzieje się coś niedobrego, ręką wyczułem jak w kroczu chłopaka powstaje wybrzuszenie.
Podniecił się. Ja go podnieciłem?
Szybko się podniosłem.
Ruki był cały czerwony, unikał kontaktu wzrokowego. Będą wolnym od razu podciągał nogi, dodatkowo zasłaniając krok kurtką.
- Wpiszę adres i za kilka minut powinniśmy być na miejscu - przyjąłem strategię jakby nic się nie stało. Czasem lepiej przemilczeć niektóre sprawy.

