Zamknąłem laptopa, wstając z fotela. Pokój który mi przydzielono nie był pokaźnych rozmiarów. Ledwo mieściło się tu łóżko, biurko, szafa i fotel.
Musiałem schować walizkę żeby mieć choć odrobinę miejsca do przemieszczania się.
Westchnąłem, miałem nadzieję że ten dzień przebiegnie bez żadnych komplikacji. Lecz już od przebudzenia tkwiło we mnie sceptyczne uczucie. Zignorowałem je. Czy to był błąd?
Zauważyłem, że ręce mi się trzęsą, cholera.
Nerwowo zacząłem chodzić bezsensu po pomieszczeniu. W pewniej chwili zauważyłem worek z kilkoma butelkami piwa, zakupionymi przez Aoia. Zostawił go u mnie i najwidoczniej zapomniał o jego istnieniu.
Wziąłem do ręki jedną z butelek, otworzyłem ją przy pomocy klucza od mieszkania, znajdującego się setki a może i tysiące kilometrów stąd.
Pierwszy łyk. Skrzywiłem się, smakowało paskudnie. Odzwyczaiłem się od alkoholu.
Drugi łyk. Jak dawno powiedział, nie pije się dla smaku a dla efektu. Zamierzam się upić?
Co ja właściwie wyprawiam? Czyżbym tracił kontrolę nad własnym życiem? Staję się do tego stopnia nieporadny, że nie potrafię odnaleźć rozsądnych rozwiązań?
Opadłem z hukiem na nieposłane łóżko, wśród pościeli kłębiła się masa rzeczy, ubrania, kosmetyki, ładowarka do telefonu i z pewnością wiele innych.
Wyrwałem z notatnika kartkę, boki wyrwanej strony były nierówno poszarpane, odnalazłem długopis i zacząłem niedbale bazgrać teks, słowa które aktualnie przychodziły mi do głowy. Niespójne, chaotyczne, być może nawet zdania przeczyły sobie nawzajem.
W czasie pisania zdążyłem otworzyć oraz opróżnić następne 3 butelki.
Zapełnioną bazgrołami stronę zgiąłem na pół, chwilę ściskałem ją w dłoni wpatrując się w widok morza za oknem. Fale były spokojne, za spokojne.
Przymknąłem oczy w których rozbłysły wspomnienia, radosne a jednocześnie bolesne.
Trzaskając za sobą drzwiami wyszedłem na korytarz. Schodami udałem się na wyższe piętro.
Przed pokonaniem ostatniego stopnia wziąłem głęboki oddech.
Zatrzymałem się pod drzwiami z numerem 318. Przez szparę wsunąłem kartkę do wnętrza pokoju i szybkim krokiem odszedłem w kierunku z którego przybyłem, tym razem schodząc na sam dół budynku.
Boczną dróżką udałem się na plażę, słońce właśnie ginęło za horyzontem, nadmorski wiatr otulił moją twarz.
Delikatne fale uderzały o moje nagie nogi, szedłem brzegiem z każdym krokiem oddalając się od cywilizacji.
Starłem się pochwycić spokój ducha. Niespiesznie.
Nagle coś chwyciło mnie za ramiona, a pierwszej chwili nie wiedziałem co się dzieje.
Zrozumiałem gdy moje oczy spotkały się z Twoimi.
Twoje usta przerażająco szybko zetknęły się z moimi.
Oddałem się całkowicie chwili. Wydawało się , że trwa lata, lecz szybko umknęła.
- Takanori - wypowiedziałeś, Twój oddech był niespokojny, jakbyś właśnie przebiegł długi dystans. Tak, właśnie to przed chwilą zrobiłeś. Zauważyłem, że w dłoni ściskasz kawałek papieru zawierającego moje pismo.
W gardle miałem gulę, zabraniającą wypowiedzi.
- Ty idioto - dodałeś, twoje ramiona pochwyciły mnie, a palce zacisnęły się na materiale koszulki.
Wtuliłem się jak najmocniej. Trwaliśmy w milczeniu, zakłócanym jedynie odgłosami morza i szybkim biciem naszych serc. Słowa zdawały się być zbędne.
Nim się od siebie oderwaliśmy wokół nas zapadła ciemność.
Ruszyłem w dalszą drogę u Twego boku, ściskałeś moją dłoń, a może to ja Twoją. Zawsze byłeś blisko ale nigdy aż tak blisko.
Już zawsze będziemy iść razem. Zachowaj tę niewypowiedzianą letnią nocą obietnicę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz