sobota, 16 listopada 2013

Kartka z dziennika. part. |

Dawno mnie tu nie było O.O
~
22 stycznia. Czwartek
Wstałem dziś wcześniej niż zadzwonił budzik. Nie mogłem już zasnąć, poszedłem o kuchni żeby coś zjeść, za oknem było ciemno, wydawało mi się, że o tej porze słońce już powinno świecić, przynajmniej tak było parę może paręnaście dni temu. Na samą myśl że miałem iść do pracy łapałem doła. Ostatnio dziwnie się czuję.  Zmusiłem się do wyjścia, nie potrafiłem wysiedzieć na miejscu, więc poszedłem do parku. Gdybym wiedział, że ze wszystkich możliwych miejsc on wybierze właśnie to , omijałbym je szerokim łukiem.
Biegał. Wyglądał tak cudownie, że nie potrafiłem oderwać od niego wzroku, modląc się w duchu żeby tylko mnie nie zauważył. Wykrakałem. Kiedy pomachał w moją stronę, szybko uciekłem. Co ze mnie za idiota.
Po drodze do studia wstąpiłem do Starbucks po kawę. Chyba uzależniłem się od kofeiny.
Wyjątkowo nie mieliśmy wiele roboty, nagrania mają się zacząć za 4 dni. Mam nadzieję, że w tym czasie nie zwariuję.
23 stycznia. Piątek
Mój organizm musiał odespać, wczorajsze ranne wstawanie. Spiesząc się do studia prawie wpadłem pod samochód. Mało brakowało.
Kai chwilę  na mnie ponarzekał i poszliśmy na spotkanie w sprawie omówienia strojów. Straszna nuda, odkąd współpracujemy z innymi projektantami, trudno jest się z nimi dogadać, albo stałem się okropnie wybredny. Siedziałem wprost na przeciwko niego, tak jak myślałem w końcu spytał się dlaczego wczoraj zwiałem na jego widok. Wzruszyłem ramionami, znów wychodzę na idiotę.
24 stycznia. Sobota
Monotonia. Tym razem udało mi się przyjść na czas.
Cieszę się, że potrafi oddzielić życie prywatne od zawodowego.
Wieczorem miałem iść na zakupy, w prawdzie miałem to zrobić wczoraj..
Odnoszę wrażenie, że robi to specjalnie, śledzi mnie, jestem tego pewien. Inaczej nie da się wyjaśnić co robił w tym samym czasie w tym samym sklepie, z tego co wiem woli kupować gdzie indziej.
Tym razem nie miałem dokąd uciekać. Nasza rozmowa polegała bardziej na tym, że to on mówił ja jedynie co jakiś czas potwierdzałem.
25 stycznia. Niedziela
Ciągle chodzą mi po głowie słowa wypowiedziane wczoraj przez Akirę: "Co się stało z naszą przyjaźnią?".
Co miałem mu odpowiedzieć? "Kocham cię, przez co nie mogę na ciebie patrzeć."? To uciążliwe.
26 stycznia. Poniedziałek.
W końcu nadszedł pierwszy dzień nagrań, zaczynało się życie po 19 godzin i tylko 5 snu. Mamy spore opóźnienie i żeby nie zawieść fanów musimy dawać z siebie więcej niż jesteśmy w stanie. Okazało się, że w Starbucks mają małą awarię i musiałem iść do innej kawiarni, przez ten felerny park. Zastałem ten sam widok. Wyglądał na zmęczonego. Nie powinien się teraz przemęczać. Przemykając między drzewami nie zostałem zauważony. Punkt do kamuflażu dla mnie.
Kupiłem 5 kaw, w ramach czego dostałem 6 gratis.
W pokoju panowała nerwowa atmosfera. Kai chodził, wydzierając się na rozweselonego Rukiego, który w ostatniej chwili wprowadzał poprawki w tekstach.
Zajęliśmy się dziś nagrywaniem partii basu. Wlepiałem oczy w Reitę zgrabnie szarpiącego struny. Odpłynąłem.
Straciłem poczucie czasu. Było tak zimno, że nie miałem ochoty iść na piechotę. Na przystanku okazało się, że ostatni autobus dawno już odjechał. Poratował mnie Aoi. Był na tyle zmęczony, że nie odzywał się przez całą drogę. Jedynie zajeżdżając życzył mi dobrej nocy i dodał : "Tylko nie śnij zbyt dużo o nim".
Skąd on..? Może jednak się przesłyszałem.
27 stycznia. Wtorek.
Coraz mniej czasu. W nocy grałem zamiast spać. Kompozycje Kaia są naprawę świetna ale też wyczerpująco trudne. Poszedłem spać o 7 żeby na 9:30 być gotów. To raczej drzemka.
Nie ważne co ubiorę i tak mi zimno. Musiałem się przeziębić. Znalazłem sposób na zaoszczędzenie kilku groszy. Odnalazłem w szafce zapomniany kubek termiczny, od dziś każdego ranka będę robił sobie kawę w domu.
Posłuchałem chwilę nagrań perkusji i poszedłem do osobnego pokoju przećwiczyć kolejną piosenkę.
Pech nadal mnie prześladuję, trzy razy zerwałem czwartą strunę. Po raz pierwszy od dawna napadła mnie myśl, żeby to pieprznąć. Zapaliłem, żeby się zrelaksować i podszedłem do tego na spokojnie.
A co jeżeli nie damy rady z mojej winy?
28 stycznia. Środa.
Wstałem niewyspany z myślą, że superbohaterowie zawsze mają pełno energii, więc dlaczego ja nie?
Ubrałem się pierwsze co wpadło mi pod rękę i pędem pobiegłem do studia. Dopiero po drodze dotarło do mnie, jak jest wcześnie. Udało mi się wyjść tak wcześnie, że zostałem świadkiem otwarcia najszybciej otwierającej się kawiarni w której tłumy pędzących o świcie Tokijczyków zaopatrywało się w kofeinę.
Z braku innych pomysłów, postanowiłem przesiedzieć tam najbliższe półtorej godziny. Zamówiłem podwójne espresso i zająłem się czytaniem gazety codziennej przy stoliku na końcu sali.
 Mam paranoję albo faktycznie jestem prześladowany, nie zdążyłem dopić napoju, gdy w pomieszczeniu rozległy się dwa głosy, oba bardzo znajome. Pierwszy, należący do Akiry spokojnie tłumaczył drugiemu na czym polega powstawanie zakwasów. Drugiego nawet nie musiałem kojarzyć by po odpowiedzi odgadnąć, że jego właścicielem jest Yuu. Nie przerywałem czytania, nagle dobiegł do mnie melodyczny krzyk. "Uruha-chan!" W mgnieniu oka obaj bez pytania przysiedli się do mojego stolika. Aoi był czymś zachwycony, nie słuchałem lecącej z jego ust niezrozumiałej paplaniny. Reita starał się go uspokoić, kiepsko mu to wychodziło. Obwieściłem, że idę do łazienki. Przez kolejne pięć minut wpatrywałem się w swoje odbicie w lustrze. Coś wewnątrz mnie pęka jak tylko na niego patrzę, tak za każdym razem.
Spokój zakłócił mi mój największy problem, pytając czy wszystko ok. Uśmiechnąłem się słabo. Moja odpowiedź nie mogła być bardziej fałszywa.
Dzień w studiu był jeszcze bardziej męczący. Noc spędziłam na kanapie w socjalnym
29 stycznia. Czwartek.
Obudził mnie słodki, lecz lekko zachrypnięty głosik. "Wstawaj ślicznotko", powtarzało się w kółko. Na moment zapomniałem o bożym świecie, będąc pewnym, że to jedynie ciąg dalszy mojego pogmatwanego snu. Kubeł zimnej wody wylądował na mojej głowie. Zerwałem się jak poparzony, zachłystając się płynem. Między moimi nogami klęczał Ruki i pustym naczyniem. Zacząłem się na niego wydzierać. Sądziłem, że zareaguje śmiechem, zamiast tego z zaskoczenia zamknął mi usta własnymi, bez zastanowienia wpychając w nie język. Zaplanował to idealnie, z całej siły zaplatając ręce na moim karku, biodrami przygniatał mi żebra.
Jednostronne pocałunki nabierały brutalności, w tym samym momencie krocze napastnika ocierało się o moje.
Jednego wszak nie przewidział, drzwi otwarły się ociężale a w nich stanął zaspany Reita, na nasz widok natychmiastowo otrzeźwiał. Moja mina musiała sprawiać wrażenie ofiary gwałtu. Złapał Matsumoto za koszulkę i mocno odczepił go od już prawie całkowicie nagiego mnie. Wyprowadził go za drzwi. Zostałem sam.  Ciekawsko, wybyłem na korytarz. " (..) Nie pamiętasz co mi obiecywałeś?! Popierdoliło cię do reszty?! Zabroniłem ci go dotykać, zapomniałeś już?!(..)" Słyszałem tylko urywki, więc nie mogę sobie niczego wyobrażać.
Wysłałem Kai'owi sms'a, że będę dziś później i wyłączyłem telefon. Muszę odetchnąć.
30 stycznia. Piątek.
Skończyło się na tym, że wcale nie pojawiłem się w studiu. Wiem, że odwlekanie chwili w której będę musiał stanąć twarzą w twarz z Takanorim. W dodatku owładnęło mną paniczne poczucie winy, zespół nie może pracować. A ja czuję się beznadziejnie. Dodatkowo reakcja Akiry, jego słowa. Może za dużo o tym wszystkim myślę, komplikuję tak proste sprawy.
 Zatrzymałem się z ręką na klamce, przed salą prób. Robię z siebie ciotę? Odpowiedź chyba jest oczywista. Kouyou weź się w garść! Bądź facetem!
31 stycznia. Sobota.
Wydanie albumu zbliża się wielkimi krokami. Utworzyłem dwa pudełka, jedno z podpisem "praca" a drugie  "życie osobiste". Czy w ten sposób uda mi się je perfekcyjnie rozdzielić? Kolejny dzień pracy przede mną. Nie ma mowy o wolnym. Moja wizyta w Kanagawie musi jeszcze poczekać. Dziś Aoi ma mnie podwieźć, przynajmniej nie zmarznę.
Ostatki nocy przyniosły nową myśl.
1 luty. Niedziela.
Rozpoczyna się nowy miesiąc, nowa płyta, nowe działania. Wyznam mu co czuję, on mnie znienawidzi, ucieknę z miasta i będę cierpiał do końca swoich dni. Plan idealny. Kiedy stałem się okropnym pesymistą? Nieważne.
Po skończonej na ten dzień pracy, podszedłem do niego, pytanie czy znajdzie jutro chwilę wolnego ledwo przeszło mi przez gardło. "Po co czekać do jutra? Idziemy na piwo?" Zgodziłem się.
Poszliśmy do zapełnionego baru w pobliżu..
~ To be continued.