Od jutra wedle życzenia biorę się za opowiadanie Uruha x Kai. A jak na razie uciekam i życzę miłego czytania c:
~*~
Walizki spakowane. Jedzenie dla Korona przygotowane. Yutaka poinformowany. Smycz. Dokumenty zabrane. Ostatnie sprawdzenie bagażu. Wszystko było gotowe a nadal miałem wątpliwości. Jakaś obawa wewnątrz mnie nie dawała się zagłuszyć. Moje pierwsze wakacje od.. Właściwie, ostatni wyjazd na jakim byłem to obóz jeszcze we wczesnych czasach podstawówki. I pewnie by tak pozostało gdyby nie Kouyou. Mój najlepszy przyjaciel, który to całkowicie niedawno wparował do mojego mieszkania z wieścią brzmiącą mniej więcej tak: "Taka, za tydzień wyjeżdżamy do Francji!".Z początku byłem pewny, że za żadne skarby tego świata nie dam się przekonać, ale jak widać nadal nie znam tego upartego faceta.
Dzwonek do drzwi obwieścił przyjazd Takashimy. Cały zestresowany powlokłem się by mu otworzyć.
- Gotowy? - na mój widok na jego twarzy zawitał promienny uśmiech. Skąd on ma w sobie tyle energii?
- Muszę poczekać na Yutake. Ma się zaopiekować Koronem - pociągnąłem go do salonu.
- Daj spokój. Dałeś klucze, nagrałeś się 30 razy na sekretarkę. Temu potworowi nic się nie stanie jak pobędzie trochę sam. - nigdy nie przepadał za moim pupilem, nie wiem dlaczego. Jak można nie polubić tego uroczego psiaka? Wziąłem na ręce obiekt naszej rozmowy. - eh, traktujesz go lepiej niż mnie- zrezygnowany chłopak spoczął w fotelu, który zawsze zajmował przebywając tu.
10 minut później w drzwiach pojawił się zdyszany Tanabe.
- sorki, że tak długo. Musiałem pomóc siostrze w przeprowadzce - wysapał - no idźcie już, bo spóźnicie się na samolot - Takashima chwycił stojącą pod ścianą walizkę
- Kurna, co ty tam masz?! - zawołał zaskoczony, nie spodziewając się tak dużego obciążenia.
- potrzebne mi to! - lubię mieć wszystko prze sobie, co w tym dziwnego? Nigdy nie wiadomo co może się przydać. Założyłem nowe okulary, buty i wziąłem dużą torbę z bagażem podręcznym.
- moje maleństwo, będę za tobą tęsknić - mówiłem delikatnym tonem, głaszcząc zwierze ostatni raz przed wyjazdem. Nigdy się z nim nie rozstawałem na dłużej niż kilka godzin. Nawet podczas tak małego odstępu czasu nękały mnie myśli z najczarniejszym scenariuszem.
- Nie martw się Takanori, dobrze się nim zajmę - zapewniał mnie, non stop szczerzący się szeroko Yutaka.
Kou musiał na siłę zaciągnąć mnie do swojego samochodu.
- i nie puszczaj go samego! - krzyknąłem przez okno. W odpowiedzi brunet pomachał mi ręką. Czy na pewno słusznie postępuję zostawiając moje maleństwo z tym gościem?
Starszy ruszył. Jakoś nie przepadam za jazdą z nim, chyba od czasu gdy spowodował wypadek. Tamtej nocy wracaliśmy z imprezy na której trochę wypił. Straciłby dumę dając się usadzić na miejscu pasażera. W efekcie zawziętości, nadmiaru alkoholu uderzającego do głowy oraz zapewne kilku innych czynników wylądowaliśmy na rosnącym samotnie przy ulicy drzewie. Resztę nocy spędziłem w karetce, następnie na komisariacie aż w końcu o 5 rano autobusem dotarłem do domu. Niespełna 2 godziny później Takashima wpadł z wizytą, opakowaniem lodów, setką zmartwień i rzewnymi przeprosinami.
Oczywiście nie obyło się bez parogodzinnego focha z mojej strony, przez tego idiotę dłuższy czas miałem problemy z kręgosłupem, na szczęście nie było to nic zagrażającego mojemu życiu czy zdrowiu.
Droga na lotnisko trwała niemiłosiernie krótko, chociaż tyle czasu wystarczyło mi do namysłu.
- nie lecę - oznajmiłem stanowczo, ciągnąc walizkę w stronę najbliższego przystanku autobusowego.
- nie wydurniaj się Taka-chan! - od dzieciństwa tak na mnie mówi. Bywało to irytujące, ale musiałem przyznać, że bardzo urocze.
- Nie chcę! Zostaję! Baw się dobrze! Paa! - na moje szczęście właśnie podjechał mój transport, wraz z bagażem szybko wpakowałem się do środka.
Odjeżdżając zerknąłem na tylną szybę, widok jaki ujrzałem wywołał we mnie smutek. Zawiodłem przyjaciela. Zepsułem mu urlop którego tak pragnął. Zmuszając mnie do czegoś nie mógł osiągnąć nic pożądanego. W ten sposób próbowałem zagłuszyć wyrzuty sumienia.
16 przystanków i znalazłem się w dzielnicy którą to jak wmawiam sobie od 2 lat 'zamieszkuję jedynie tymczasowo', mieszkanie może nie było pokaźnych rozmiarów ale za to okolica spełniała moje wszelkie oczekiwania. Cicha, spokojna okolica, dobra komunikacja i wbrew pozorom nie tak daleko do centrum. Z samego rana wybiorę się po moje kochanie. Mam nadzieje, że bezstresowo przetrwa noc z tym draniem.
Po otwarciu drzwi natychmiastowo udałem się do sypialni, dzień w pracy i przygotowania do felernej podróży kompletnie mnie wykończyły.
Przebrany w czarną bokserkę z białym napisem 'MELT' i piłkarskie spodenki w tym samym ubarwieniu wsunąłem się pod miękką kołdrę i niemal natychmiastowo odpłynąłem do sennej krainy Morfeusza.
Za oknem panował nieprzenikniony mrok, obudzony niezidentyfikowanym odgłosem dobiegającym z salonu, niespełna rozumnie opuściłem wygodne posłanie i jak najciszej na palcach udałem się w miejsce skąd dochodziły ów odgłosy. Nie potrzebuję specjalistycznych kwalifikacji z dziedziny fonetyki by stwierdzić, że coś a raczej ktoś w tym momencie bezkarnie buszuje w moim mieszkaniu. Osoba ta musiała być poinformowana o moim wyjeździe. Moje podejrzenia padały na Yuu, dobrego znajomego Kou i Yutaki, posługiwali się nim (a zwłaszcza ten drugi) gdy trzeba było coś przynieść, zanieść, wynieść. Ogólnie rzecz biorąc w sprawach banalnie prostych a wyjątkowo nielubianych w kwestii wykonawczej. Co do osoby pana Shiroyamy, nie przypadliśmy sobie do gustu. Od pierwszego spotkania, później było już tylko gorzej. Wzajemne oskarżenia, kłótnie, były w tej relacji na porządku codziennym.
Moją obecność ujawniło głośne skrzypnięcie podłogi. Odgłosy rozgardiaszu momentalnie ucichły. Stoję jak sparaliżowany. Powolnie zaczyna ogarniać mnie strach. 3 kroki ciężkich butów, najprawdopodobniej glanów. Wstrzymuję oddech. Dociera do mnie jaką głupotę popełniłem. Lepszym rozwiązaniem byłoby od razu powiadomić policję. Niestety już stanowczo za późno. Kolejne 2 głośne kroki i stanąłem oko w oko z włamywaczem. Blondynem ubranym w kurtkę moro. Znakiem szczególnym było coś przypominającego bandaż zakrywający nos. W prawej ręce trzymał sportową torbę marki Nike, zaś w lewej odbijający promienie księżyca nóż.
Na mój widok, szybko zerwał się z miejsca i nim zdążyłem zareagować jego twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów przede mną. Głuchą ciszę zakłócało jedynie zdecydowanie za szybkie bicie serca.
- co mały, taki wścibski jesteś? - jego głos wywołał we mnie dreszcze. Nogi mam jak z waty. Czuję, że jeszcze moment a odmówią mi posłuszeństwa. - może byś łaskawie kurwa odpowiedział, jak coś do ciebie mówię, hę?
- to chyba ty powinieneś się tłumaczyć co robisz w moim mieszkaniu? - napadł mnie krótkotrwały przypływ odwagi. Próbowałem wychwycić położenie telefonu, niestety nie znalazłem go w zasięgu wzroku.
- Masz jakiś pomysł co mam z Tobą zrobić? - ignorując moją wypowiedź, rzucił kolejne pytanie. To oczywiste, że każdy odpowiedziałby "nic nikomu nie powiem tylko nie rób mi krzywdy"., "weź co tylko chcesz" Nie mógł zaleźć nic cenniejszego od kilku srebrnych bransoletek, pierścionków i naszyjników z części kolekcji której postanowiłem nie zabierać. Reszta leżała starannie ukryta na dnie walizki.. Zaraz! Co ja z nią zrobiłem?!
Nie otrzymawszy upragnionej odpowiedzi, odrzucił torbę i z całej siły chwytając za szyję przywarł mną do ściany. Zaciśnięta dłoń utrudniała mi złapanie oddechu w efekcie czego zacząłem się dusić.
- Trochę się zabawimy - ciepły, cuchnący alkoholem oddech oplatał moją twarz.
- Puść - czuję jakbym w gardle miał wielką gulę.
- Błagaj - szepnął wprost do mojego ucha, przygryzając małżowinę. Wyrywam się, szarpię, próbuję kopać, na próżno. Moja bezradność go bawi. Wolną rękę wsuwa w moje spodnie, przesuwa ją do mojej męskości.
- Puszczaj!! Proszę! - krzyczę jak najgłośniej, mając złudną nadzieję, ze ktoś mi pomoże. Dawno zdążyłem zafundować sobie nie najlepszą opinię wśród sąsiadów. Liczne imprezy niezażądane przez Kouyou, nocne hałasy, krzyki, głośna muzyka, nieciekawi goście często przebywający na korytarzu, mógłbym tak wymieniać jeszcze przez długi czas. Po kilku interwencjach policji, nie mających wielkiego wpływu, spotkało mnie kilka niemiłych niespodzianek w formie listów i petycji dotyczących mojej osoby, kiedy nawet to nie zadziałało, bezsilnie się poddali.
Zaczyna przesuwać dłoń w górę i dół, szarpię się jak tylko mogę, co jedynie pogarsza sytuację.
- Nie wyrywaj się, bo będzie bolało- szepnął z nutą zmysłowości, przyspieszając drażniące ruchy. Na swój sposób jest to podniecające, dla pewnej grupy ludzi.
Z największym trudem udało mi się wyrwać z objęć blondyna. Adrenalina przepływająca przez moje żyły dała mi siłę do podjęcia ucieczki. Jak najszybciej rzuciłem się w stronę drzwi. Czego mogłem się po sobie spodziewać? Fakt, faktem zawsze byłem pechowcem, więc i tym razem zamiast w bezpiecznym miejscu skończyłem na podłodze w dodatku cały obolały. Kuląc się z bólu, chwyciłem za głowę, obraz przed oczyma przez moment rozmazywał się i wirował. Potrzebowałem zwiększenia koncentracji by w końcu mógł się wyrównać.
- To nic nie da mały - klęka, blokując mnie biodrami. Ręce powracają w to samo miejsce. Nie słucham, nadal próbuję uciec, krzyczę, proszę, wyrywam się. Na marne. Ta bezradność z początku wywołuje we mnie wściekłość, podsycającą starania. Kiedy i to nic nie dało z moich oczu zaczynają spływać pierwsze łzy.
- Tak, właśnie tak, płacz - wyszczerzył się szeroko, zaczynając ściągać ze mnie ubrania.
Głośnie szlochy połączone z urywającymi się krzykami rozbrzmiewają w całym mieszkaniu. Wołanie na pomoc nie ma większego sensu, błaganie go również nie przyniesie oczekiwanego efektu, pozostało mi modlić się żeby ten koszmar skończył się jak najszybciej.
Żebra bolą mnie od płaczu, resztki sił upływają ze mnie z zabójczą szybkością. Rozpina rozporek czarnych bojówek.
- błagam - powiedziałem ostatni raz, zamykając oczy. W moim wyobrażeniu nie minęła sekunda a już czuję jak wsuwa się we mnie, aż do samego końca. Jak najmocniej.
Z mojego gardła wydziera się rozpaczliwy okrzyk. Paraliżuje mnie niemiłosierny ból, stopniowo zwiększający się gdy zaczyna się we mnie nierówno poruszać. Robi to brutalnie i chaotycznie, żeby zadać mi ból i równocześnie się zaspokoić.
Niemal całkowicie ze mnie wychodzi jedynie po to by z większą siłą ponownie wsunąć się głębiej.
Ból zwiększa fakt, że ostatnimi czasu żyłem w całkowitej abstynencji.
Kolejne kilka pchnięć i spuszcza się we mnie. Na przekór mnie, nie wychodzi od razu. Drażni się ze mną chwilę, wywołując kolejne krzyki i jeszcze większy ból. W końcu wycofuje swoja męskość i wstaje.
Bez słowa kieruje się do salonu. Słyszę dźwięk pakowania. Zabiera nie tylko swoje rzeczy i opuszcza moje mieszkanie.
Całkowicie pozbawiony sił leżę na zimnej posadzce. Ból rozprowadza się po całym klejącym się od mieszaniny łez, potu i spermy ciele. Czuję się jak zwykła dziwka. Staram się jak najszybciej wyrównać płytki, urywany oddech.
Ludzie wykorzystują jedynie marne 10% swoich możliwości fizycznych, próbuję sięgnąć do rezerw, żeby wstać. Po kilku nieudanych próbach poddaje się. Leżę w bezruchu, nie mam nawet siły by płakać, łzy bezwładnie spływają po moich policzkach i bezgłośnie skapują na podłogę.
Nie wiem jak długo tak trwałem. Udało mi się podnieść. Podpieram się o ścianę i krzywiąc się z bólu wywołanego nawet najmniejszym ruchem. W powolnym tempie udaje się do łazienki by zmyć z siebie resztki nasienia.
Odkręcam wodę i od razu upadam. Zimny strumień płynący z prysznica obmywa moje ciało. Minuty mijają, aż przeradzają się w godzinę. Dawno zdążyłem to z siebie zmyć a nadal czuję się brudny.
Zrozumiałem, że dalszy prysznic nie zmieni mojego samopoczucia. Zapragnąłem jak najszybciej ponownie znaleźć się w łóżku.
Resztkami sił doszedłem do sypialni i bezwładnie runąłem na łóżko. Przez myśl przepłynęło mi żeby skontaktować się z Kouyou, nie żeby opowiedzieć mu co przed chwilą miało miejsce, po prostu chcę usłyszeć jego głos. Lecz równie szybko zrezygnowałem, po tonie od razu by poznał, że coś jest nie tak. Nie chcę psuć mu wymarzonego wyjazdu.
Muszę zasnąć. Obudzić się rano z krzykiem i stwierdzić, że całe nocne zdarzenie to jedynie niemający prawa bytu sen.

