Za wszelkie skarby starał się na mnie nie patrzeć. Nie mogłem dodać nic więcej, sądząc, że słowa nie wyrażą moich najprawdziwszych uczuć.
Ruks kaszlnął.
- Dobrze się czujesz? - nie powinienem zmieniać tematu.
- Nie - szepnął.
- Przyniosę ci coś na przeziębienie - próbowałem wstać, powstrzymała mnie drobna dłoń ciągnąca na nogawkę spodni.
- Nie, nie czuję się dobrze, a wiesz dlaczego? Boję się przestać udawać. Boję się, że mnie zostawisz. - po jego policzkach poleciały łzy. Objąłem go szczelnie, poczułem na sobie dotyk jego drobnego ciała.
- Nawet najgorszą prawdą nie pozbędziesz się mnie stąd. Proszę, chcę wiedzieć co cię gnębi, pomóc ci jak tylko mogę.
- ....
- Ruki - powiedziałem ze zmartwieniem, kładąc dłoń na jego potylicy.
- Kocham cię - 2 słowa jak miliony innych a usłyszane z jego ust wypełniły istniejącą we mnie pustkę.
- Od kiedy? - uśmiechnąłem się promiennie, co zbiło go z tropu.
- Od roku. - wyszeptał.
- Skarbie, dlaczego mi tego nie powiedziałeś? - idioto, przecież odpowiedź jest oczywista. Skarciłem się w myślach
- Aoi, w co ty pogrywasz?
- Hm? - uniosłem brwi ze zdziwienia.
- Przecież nie jesteś gejem. Uruha widział jak całowałeś się z jakąś dziewczyną a Reita to potwierdził. - zacisnął drobne piąstki, okazując tym zazdrość. Wreszcie zrozumiałem, czułem, że ta święta trójca od pewnego czasu knuła coś za moimi plecami, Teraz było jasne, każdą wolną chwilę poświęcali na snuciu domysłów. Nigdy otwarcie nie mówiłem o swojej orientacji. Ruki odkąd go poznaliśmy nie ukrywał się z tym,Rei po jakimś czasie się przyznał. Uru? Po jego zachowaniu, gestach i upodobaniach można się było domyślić. Co do Kaia, ta ciekawska banda przez kilka tygodni śledziła go, podsłuchiwała rozmowy, przechwytywała pocztę i z ukrycia obserwowała mieszkanie. Osiągnęli swój cel, przyłapawszy go z jakimś chłopakiem.
Musiała przyjść pora na mnie.
- Uruha, tak? - roześmiałem się.
- Noo - wyczułem, że zaczyna się denerwować więc postanowiłem jak najszybciej wyjaśnić mu całą sprawę.
- Pamiętam tamten dzień. Spotkałem się z znajomą z liceum, poszliśmy na kawę, trochę się zagadaliśmy. Było ciemno więc postanowiłem ją odprowadzić. Uruha całą drogę zataczał się za nami, myśląc, że go nie widać. Jak go zauważyła to przytuliła się do mnie ze strachu. Ten pijak musiał odebrać to inaczej. - Ruki proszę nie zadawaj zbędnych pytań. Oczywiście tak się nie stało.
- To dlaczego zawsze nas zbywałeś jak pytaliśmy?
- Cii.
- Aoi! - zamknąłem mu usta pocałunkiem, po chwili bierności zaczął odpowiadać na moją pieszczotę, przejechałem językiem po jego dolnej wardze. Pozostał na niej posmak kawy którą przed chwilą pił. Zarzucił mi ręce na kark, szerzej rozchylając usta. Bez wahania to wykorzystałem, wślizgując się do środka.
Nasze języki spotykają się. Zaczepia mnie zadziornie, niedługo pozostałem dłużny.
Moje dłonie przesunęły się po jego plecach, wywołując ciche mruczenie. Zwiększył tym moje pożądanie. Pragnę go, jak nigdy czegokolwiek nie pragnąłem. Brak koszulki jedynie ułatwiał mi działanie. Zacząłem drażnić się z jego sutkami, jednocześnie zjeżdżając językiem na uwydatniony obojczyk. Z ust Takanoriego wyrywały się ciche jęki zadowolenia. Jego ręka wplątuje się w moje włosy. 2 zaś próbuje ściągnąć ze mnie ubranie. Obdarowuję pocałunkami każdy centymetr jego zgrabnego ciała. Opamiętuję się słysząc niezbyt ciche chrząknięcie.
- Hm?
- Chciałbym z ciebie to zdjąć, więc podnoś te łapska - wczułem się tak bardzo, że nawet nie poczułem jak te małe łapki próbują zedrzeć ze mnie koszulkę. Podniosłem ręce, uśmiechając się kącikiem ust.
Kiedy już oboje pozbyliśmy się wszystkich części garderoby Ruki nagle przejął inicjatywę. Usta Matsumoto zamknęły się na mojej męskości. z chwili na chwilę poruszał coraz szybciej głową.Przymknął powieki sam starając się czerpać jak najwięcej przyjemności z wykonywanej czynności. Wplątałem dłoń w jego jedwabiste włosy przyciągając jeszcze bliżej.
W końcu nie wytrzymałem i musiałem dojść w jego ustach. Mała bestyjka oderwała się od mojego krocza i z zadowoleniem otarła wargi.
Przyciągnąłem go do siebie i zacząłem pieścić wewnętrzną stronę uda kochanka. Matko, kochanka. Co to za wyraz? Od teraz będą nas tak nazywać? O mamuniu.
Aoi, skup się! Nie czas teraz na rozmyślania.
Popchnąłem go, ustawiając w idealnej dla siebie pozycji. Delikatnie wsunąłem w niego jeden z palców prawej ręki. Przygryzł wargę, w próbie zatamowania kolejnego jęku. Poszyłem nim kilkukrotnie i dołożyłem następny. Powtórzyłem czynność jeszcze raz i stwierdziwszy, że leżące pode mną stworzenie jest już gotowe, zastąpiłem palce czymś konkretniejszym.
Tym razem nie udało mu się powstrzymać krzyku. Poczekałem aż się przyzwyczai, a następnie zacząłem się w nim miarowo poruszać. Pomieszczenie wypełniły głośne jęki chłopaka. Z początku każdy mój ruch był ostrożny, jakby Matsumoto był z porcelany. Z czasem stawały się szybsze i bardziej drapieżne. Aż sam jęknąłem cicho. Serce przyspieszyło jak szalone, oddech jedynie mu wtórował.
- Ja zar.. - nie musiał kończyć, dobrze widziałem co zaraz się wydarzy. Kolejne pchnięcie i Ruki doszedł na całe gardło wykrzykując moje imię. Nie potrzebowałem chwili dłużej, doszedłem niemal w tym samym momencie co on. Wyszedłem z młodszego. Mogłem jedynie współczuć jego sąsiadom, że muszą mieszkać w pobliżu tak hałaśliwego stworka, który właśnie wlepiał we mnie swoje cudowne ślepia. Objąłem go ramieniem. Wtulił się we mnie łapczywie, jakbym miał zaraz zniknąć.
- Kocham cię - szepnąłem, gdy udało mi się opanować oddech.
- Bo mnie się kocha. Zostaniesz ze mną już na zawsze.
- A nawet dłużej - musnąłem ustami czubek jego noska.
- Nie wiem czy chcę aż tak długo - zaśmiał się.
- Oż ty - od rychłej śmierci w moich ramionach, uchronił go dzwonek telefonu. Dzwonił Kai.
- Tu osobista sekretarka Rukiego. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału. Piiii - wyrwałem aparat z ręki chłopaka nim cokolwiek powiedział.
- Reita! - usłyszałem po drugiej stronie.
- Co?!
- Aoi jest z Rukim!
- Co?!
- Aoi jest z Rukim!
- Skąd wiesz?!
- Ja to czuję!
- Ehem, ja tu cały czas jestem - wywróciłem oczami.
- Ups- po sekundzie słyszałem już jedynie dźwięk przerwanego połączenia.
Mrugnąłem kilka razy oczami i zerknąłem na chłopaka, po którym widać było, ze słyszał całą konwersację.
Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia i obaj się roześmialiśmy.
piątek, 20 września 2013
wtorek, 10 września 2013
Info
Zły człowiek powraca!
Wraz z końcem wakacji, mam kilka nowych pomysłów wymagających wykonania. Postaram się zrobić to jak najszybciej.
W związku z tym mam pytanie: Co chcecie na początek?
a) dokończenie op Aoi x Ruki.
b) oneshot Uruha x Reita
c) Aoi x Reita
Błagam ludzie, udzielajcie się xd.
~ Warumono
Wraz z końcem wakacji, mam kilka nowych pomysłów wymagających wykonania. Postaram się zrobić to jak najszybciej.
W związku z tym mam pytanie: Co chcecie na początek?
a) dokończenie op Aoi x Ruki.
b) oneshot Uruha x Reita
c) Aoi x Reita
Błagam ludzie, udzielajcie się xd.
~ Warumono
środa, 7 sierpnia 2013
One big family.
Ostatnio mam przypływ weny i maksymalnie go wykorzystuję. Wiem mógłbym to przedłużyć i wprowadzić parting, ale to tylko przerywka między kolejną częścią Aoi x Ruki ;3
~~
- Kouyou! - rozległ się doniosły głos, świadczący, że nie wywoływał mnie po raz pierwszy.
Zerwałem się z miejsca, omal przy tym wywracając stół zapełniony dokumentami.
- Przepraszam, zamyśliłem się.
- Co z Tobą? Wyglądasz jakbyś w ogóle nie spał tej nocy.
- Tak właśnie było. Wyobraź sobie, że.. - przerwało mi huczne wejście lidera.
- Dzień dobry - ziewnął, przeciągając się. Miał na sobie podkoszulek z logiem zespołu oraz nie pasujące kolorystycznie rzucające się w oczy bokserki. Oskarżycielsko wskazałem na niego palcem.
Obaj spojrzeli na mnie zdziwieni.
- To przez tego idiotę - warknąłem patrząc na nowo przybyłego z mordem w oczach. Hitsugi wyszczerzył się szeroko. Sposób w jaki to zrobił mógł przerazić w połączeniu z taką ilością kolczyków jaką się szczycił.
Uraczyłem go tym samym spojrzeniem. - wyobraź sobie, że przyszedł do mojego pokoju i zaczął walić pałeczkami w szafkę, udając, że gra na perkusji.
- Ja? - Tanabe wskazał na siebie z nie dowierzaniem.
- A wiesz co było w tym najgorsze? - kontynuowałem, nie zwracając uwagi - nawet moje krzyki go nie powstrzymały.
Nim któryś cokolwiek odpowiedział do kuchni wtoczył się Ruki.
- Zabiję cię Takshima- wymamrotał niewyraźnym głosem, zatoczył się i głośno osunął na ostatnie wolne miejsce siedzące. - twoje darcie mnie obudziło i nie mogłem ponownie zasnąć - chwycił kubek Hitsugiego, przywłaszczając sobie pozostałą w nim kawę. Gitarzysta nawet nie protestował, nauczył się już, że tej małej zrzędzie się nie odmawia.
- Gdyby nie Kai, nie musiałbym tego robić. - Takanori spojrzał wściekle na obiekt naszej rozmowy. Perkusista zakłopotany, zaczął powolutku przesuwać się do drzwi. Uniemożliwił mu to Aoi, wyglądający niewiele lepiej niż my.
- Albo ten dom jest nawiedzony albo komuś mieszkającemu koło mnie kompletnie odwaliło - trzepnął najniższego w głowę.
- Co się stało? - zapytałem, nie mając pojęcia o co może chodzić.
- Przez bite parę godzin ktoś walił w ścianę, wiesz coś może o tym? - ponowił czynność.
- Nie bij go! - w drzwiach stał basista, oburzony zachowaniem przyjaciela przybrał groźny wyraz twarzy.
- To zabierz go do siebie, nie mogłem przez niego spać i nie mam ochoty, żeby się to powtórzyło.
- Też nie mogłeś spać szlachetny obrońco? - Hitsugi z trudem opanowywał śmiech. Rzeczywiście, sytuacja z obcego punktu widzenia była komiczna.
- No, a co?
- Ja tam się wyspałem - szepnął bębniarz, niby to sam do siebie.
Wszyscy zawiesili na nim wzrok.
- Czyżby? - wstałem ociężale - co to miało być?
- Ale co?
- To co robiłeś w moim pokoju.
- Przecież tam nawet nie byłem
- Nie zgrywaj idioty!
- Uruha, o co ci chodzi? - zaczął się jeszcze bardziej wycofywać, aż przywarł plecami do ściany.
- Właśnie, co tam robił? - wokalista trzymał dłoń z tyłu głowy, w miejscu gdzie przed momentem oberwał.
- Bawił się w perkusistę.
- Że co? - Aoi na moment oderwał się od dźgania Rukiego w bok.
- Przecieżbym pamiętał - pisnął lider.
- Chyba muszę częściej wpadać do was na śniadanka - Gitarzysta zaprzyjaźnionego zespołu już nie krył się z rozbawieniem.
- Zapraszamy - Kai uśmiechnął się nerwowo, pokazując przy tym swoje urzekające dołeczki.
- Trzymajcie mnie bo zaraz go zatłukę - westchnąłem zrezygnowany, łapiąc się za głowę. Trudno, stało się, nie ma co się obrażać i wyzywać. W końcu jesteśmy prawie jak jedna wielka rodzina. A zemsta będzie słodka.
~~
- Kouyou! - rozległ się doniosły głos, świadczący, że nie wywoływał mnie po raz pierwszy.
Zerwałem się z miejsca, omal przy tym wywracając stół zapełniony dokumentami.
- Przepraszam, zamyśliłem się.
- Co z Tobą? Wyglądasz jakbyś w ogóle nie spał tej nocy.
- Tak właśnie było. Wyobraź sobie, że.. - przerwało mi huczne wejście lidera.
- Dzień dobry - ziewnął, przeciągając się. Miał na sobie podkoszulek z logiem zespołu oraz nie pasujące kolorystycznie rzucające się w oczy bokserki. Oskarżycielsko wskazałem na niego palcem.
Obaj spojrzeli na mnie zdziwieni.
- To przez tego idiotę - warknąłem patrząc na nowo przybyłego z mordem w oczach. Hitsugi wyszczerzył się szeroko. Sposób w jaki to zrobił mógł przerazić w połączeniu z taką ilością kolczyków jaką się szczycił.
Uraczyłem go tym samym spojrzeniem. - wyobraź sobie, że przyszedł do mojego pokoju i zaczął walić pałeczkami w szafkę, udając, że gra na perkusji.
- Ja? - Tanabe wskazał na siebie z nie dowierzaniem.
- A wiesz co było w tym najgorsze? - kontynuowałem, nie zwracając uwagi - nawet moje krzyki go nie powstrzymały.
Nim któryś cokolwiek odpowiedział do kuchni wtoczył się Ruki.
- Zabiję cię Takshima- wymamrotał niewyraźnym głosem, zatoczył się i głośno osunął na ostatnie wolne miejsce siedzące. - twoje darcie mnie obudziło i nie mogłem ponownie zasnąć - chwycił kubek Hitsugiego, przywłaszczając sobie pozostałą w nim kawę. Gitarzysta nawet nie protestował, nauczył się już, że tej małej zrzędzie się nie odmawia.
- Gdyby nie Kai, nie musiałbym tego robić. - Takanori spojrzał wściekle na obiekt naszej rozmowy. Perkusista zakłopotany, zaczął powolutku przesuwać się do drzwi. Uniemożliwił mu to Aoi, wyglądający niewiele lepiej niż my.
- Albo ten dom jest nawiedzony albo komuś mieszkającemu koło mnie kompletnie odwaliło - trzepnął najniższego w głowę.
- Co się stało? - zapytałem, nie mając pojęcia o co może chodzić.
- Przez bite parę godzin ktoś walił w ścianę, wiesz coś może o tym? - ponowił czynność.
- Nie bij go! - w drzwiach stał basista, oburzony zachowaniem przyjaciela przybrał groźny wyraz twarzy.
- To zabierz go do siebie, nie mogłem przez niego spać i nie mam ochoty, żeby się to powtórzyło.
- Też nie mogłeś spać szlachetny obrońco? - Hitsugi z trudem opanowywał śmiech. Rzeczywiście, sytuacja z obcego punktu widzenia była komiczna.
- No, a co?
- Ja tam się wyspałem - szepnął bębniarz, niby to sam do siebie.
Wszyscy zawiesili na nim wzrok.
- Czyżby? - wstałem ociężale - co to miało być?
- Ale co?
- To co robiłeś w moim pokoju.
- Przecież tam nawet nie byłem
- Nie zgrywaj idioty!
- Uruha, o co ci chodzi? - zaczął się jeszcze bardziej wycofywać, aż przywarł plecami do ściany.
- Właśnie, co tam robił? - wokalista trzymał dłoń z tyłu głowy, w miejscu gdzie przed momentem oberwał.
- Bawił się w perkusistę.
- Że co? - Aoi na moment oderwał się od dźgania Rukiego w bok.
- Przecieżbym pamiętał - pisnął lider.
- Chyba muszę częściej wpadać do was na śniadanka - Gitarzysta zaprzyjaźnionego zespołu już nie krył się z rozbawieniem.
- Zapraszamy - Kai uśmiechnął się nerwowo, pokazując przy tym swoje urzekające dołeczki.
- Trzymajcie mnie bo zaraz go zatłukę - westchnąłem zrezygnowany, łapiąc się za głowę. Trudno, stało się, nie ma co się obrażać i wyzywać. W końcu jesteśmy prawie jak jedna wielka rodzina. A zemsta będzie słodka.
wtorek, 6 sierpnia 2013
Aoi x Ruki -i don't know anything about you, my friend. cz.2
Powoli zaczynam się załamywać brakiem komentarzy. Q.Q bo mi nigdy nic nie wychodzi.
~~
Dojazd okazał się dziecinnie prosty i przyjemny. Ruki nawet nie drgnął skulony pod materiałem.
- to tu? - zatrzymałem się przed 3 piętrowym budynkiem. Wszak nie było to najnowsze budownictwo, już z zewnątrz sprawiał wrażenie przytulnego. Sądzę ze w środku znajduje się nie więcej jak 9 mieszkań. Odpowiedziała mi cisza. Brak sprzeciwu musi oznaczać iż eis nie mylę. Szczęście mi dopisywało. Miejsce parkingowe tuż pod drzwiami było puste. Zaparkowałem samochód i wysiadłem Może faktycznie jestem już stary. Nie mogło obyć się bez rozprostowania kości Przechylając głowę na lewą stronę usłyszałem nieprzyjemny dźwięk strzykających kości. Dokładniej moich kości.
- Hej pomogę ci - podbiegłem do nieczekającego na mnie Rukiego.
- Zostaw- jego marny humor niepodważalnie uległ pogorszeniu.
- Otwórz - położył drobne, prawie że kobiece dłonie na klapie bagażnika. Kompletnie zapomniałem o jego bagażu.
Otworzyłem i wyciągnąłem pudło, wydawało mi się, że ostatnim razem było lżejsze.
- Daj - kierował w moim kierunku tylko krótkie rozkazy, poczułem się przez to jak pies.
- Zaniosę to.
- A..
- Nic nie mów tylko rusz się no już. - popchnąłem go delikatnie w kierunku budynku.
Zatrzymał się pod drzwiami żeby znaleźć klucze. Nerwowo przerzucał wszystko w torbie, zauważyłem , że ręce mu się trzęsą.
- Widzisz, po o nosisz tyle gratów.
Nawet na mnie nie spojrzał, zirytowany zaczął wyrzucać przedmioty na ziemię.
- Spokojnie, poszukaj w kieszeniach - zacząłem go uspokajać, strata kluczy jest poważną sprawą ale nie na tyle aby wkładać w to swoje zdrowie i nerwy. Zresztą na pewno gdzieś są, mały ma talent do krótkotrwałego gubienia wszystkiego. Zwykle sam odnajduje dany obiekt w najmniej spodziewanym miejscu.
Coraz to mocniej zdenerwowany począł gwałtownie szarpać się z kieszeniami spodni oraz kurtki. Nic w nich nie odkrywszy, zrezygnowany oparł się o bramę, odwracając przy tym głowę.
- Nic mi kurwa nie wychodzi - wymamrotał na tyle głośno, że słowa wyraźnie dotarły do moich uszu.
- Każdemu może się zdarzyć.
- Ale mnie się zdarza ciągle. Dosłownie ciągle.
- Uspokój się, w ten sposób nic nie wskórasz. Przypomnij sobie gdzie je ostatnio kładłeś.
- Kurwa nie pamiętam, tak?! - do oczu młodszego napłynęły łzy. Zrobiło mi się smutno, nie mogłem patrzyć jak płacze.
- Nie płacz Taka. Proszę Cię. - przytuliłem go delikatnie do siebie. Czułem, ze ma ochotę się wyrwać. Wstydził się swych łez. To co zrobił było całkowicie odwrotne z jego jak zwykle racjonalnym umysłem. Wtulił się we mnie bez opamiętania, jego ciało drżało, nie tylko z powodu łez.
Drzwi do bramy się otworzyły, a z środka wyszedł pewnie sąsiad Ruksa, starał się na nas chamsko nie gapić ale coś mu nie wyszło, przynajmniej spełnił dobry uczynek. Chwyciłem drzwi nim zdążyły się zamknąć, przez cały czas nie odsuwając od siebie przyjaciela.
- Wchodź bo zamarzniesz. - szepnąłem spokojnie.
- Ale moje rzeczy - pociągnął nosem. Zawsze potrafił znaleźć jakieś ale.
- Pozbieram je. - wolałem zrobić to sam, niż żeby ten roztrzęsiony, ranny dzieciak zajmował się tym. Poprowadziłem go do grzejnika, każąc mu usiąść na podłodze obok i poczekać na mnie.
Sam wróciłem przed bramę, wcześniej blokując drzwi przed całkowitym zamknięciem.
Zacząłem wszystko wrzucać do kartonu. Ciekawe po co nosi przy sobie kilka par okularów.
Z dłoni wypadł mi mały notesik, przy upadku otwierając się mniej więcej w połowie. Podniosłem go, chcąc nie chcąc zaglądając do środka.
Treść była krótka i jednoznaczna. Pokręciłem głową żeby się otrząsnąć i wrzuciłem notes do reszty rzeczy, w pudle coś zabrzęczało, zauważyłem pęk breloczków, przyczepiony do 3 kluczy. Baka.
Wróciłem do przytulonego do źródła ciepła przyjaciela. Był załamany, cichy, oczy same mu się zamykały. Kolejny raz pociągnął nosem
- Patrz co znalazłem mały pechowcu- odstawiłem pudło obok windy.
Klęknąłem koło chłopaka i podałem mu do łapki klucze.
Wszelkie troski odpłynęły z jego twarzy, ustępując miejsca słodkiemu uśmiechowi.
- Dziękuję - szepnął uradowany.
- Nie ma za co. Zmęczony? - moje pytanie było bezsensowne, wypowiedziałem je be przemyślenia.
- Nie - ziewnął.
- Kłamczuch- wstałem i podałem mu rękę, chwycił ją bezwładnie, próbując wstać.
Podciągnąłem go. Winda już czekała.
- Które piętro? - spytałem, wodząc palcem między guzikami.
- Drugie - starałem się udawać, że nie widzę jak wlepia we mnie te swoje oczka. Może to tylko moja wyobraźnia po odkryciu tamtego wpisu.
Drzwi do mieszkania Matsumoto były wymalowane rysami. Otworzył je 1 kluczem, w dodatku przekręcając jedynie raz.
- Widzę, że włamań to ty się nie boisz - zaśmiałem się cicho.
- A po co? - otworzył je.
Wszedłem do salonu i odstawiłem jego manele, zapaliłem światło i dopiero w tej chwili ujrzałem jaki panuje tu chaos. Opakowania po lodach, butelki po napojach oraz inne papierki po słodyczach, pościel leżała na podłodze. Góra kabli plątała się na podłodze, obwiązując wszystko wokoło.
Gdzieniegdzie leżały opakowania płyt dvd i mangi.
Pogniecione ubrania kłębiły się na każdym meblu, podłodze i nawet telewizorze.
Buty walały się bez pary.
Nas stole leżały reszki pizzy.
Stałem z otworzonymi ustami przyglądając się temu.
- T.. to dlatego nigdy tu nie byłem? - wybełkotałem przerażony.
- No co? Czepiałbyś się. - nie przejmując się, że gniecie sobie koszulę usiadł na kanapie, i podkulając nogi pod brodę.
Nie, tym razem nie zrobię mu wykładu. Swoją drogą to przeurocze. Duże dziecko, wróć, wzrostem też nie mógł się pochwalić.
Uśmiechnąłem się, siadając obok niego.
- Oglądniemy jakiś film? - odezwał się po chwili krępującego milczenia.
- Chcesz to wybierz - byłem jego kolekcji. Chwycił płytę leżącą najbliżej.
- Nie wiem co to, sprawdzimy? - Kiwnąłem głową.
Po 15 minutach od rozpoczęcia seansu, głowa Rukiego zjechała na moje ramię, jego oddech był spokojny, nie mogłem się oprzeć żeby nie pogłaskać go po włosach.
Przestań. Aoi, przestań! krzyknąłem w duchu.
Odsunąłem go delikatnie, żeby móc wziąć na ręce.
Nie znam jego mieszkania i nie wiem gdzie znajduje się sypialnia. No i nawet czy da się wejść, czy jest tak zawalona gratami, ze nie idzie otworzyć drzwi.
Sam poszedłem się rozglądnąć.
Naprzeciwko znajdowała się mała kuchni, po prawej łazienka. Białe drzwi na końcu korytarza były zamknięte.
Otworzyłem je, lekko wystraszony co mogę tam zastać.
Prócz łóżka, stał tam stolik, zapełniony zeszytami, słuchawkami i połamanymi ołówkami.
To chamskie, nie powinieneś. Powiedziałem sobie.
Otworzyłem pierwszy z brzegu z czarną okładką.
"Ach, zawsze, przez cały ten czas,
Zawsze, nie robiłem nic poza zasmucaniem Cię.
Ach, z pewnością Cię zraniłem.
Nawet teraz nadal nie mogę się ruszyć.
Ach, dlaczego tak boli, gdy chcę Cię dotknąć?
Myślę, że to dlatego, iż boję się, że popełnię ten sam błąd i Cię stracę.
Zbliżając się, próbowałem usunąć ten dzień, którego nie mogłem całkowicie zapomnieć.
A Ty, nie pytając o nic, trzymasz mnie za rękę.
Nawet jeśli Twoje uczucia do jutra wybledną,
Będę Cię ciągle, niezmiennie kochał.
Nawet jeśli nie będziesz mnie mogła jutro ujrzeć,
Będę Cię ciągle, niezmiennie kochał.
Będę iść razem z nieobiecaną przyszłością.
Idziemy z nią dalej wspólnie do przyszłości, w której jesteś Ty…
Myśląc o Tobie, przynajmniej mogę zapomnieć o wszystkich trudnych chwilach.
Licząc noce bez Ciebie moje serce usycha z tęsknoty..."
~~
Dojazd okazał się dziecinnie prosty i przyjemny. Ruki nawet nie drgnął skulony pod materiałem.
- to tu? - zatrzymałem się przed 3 piętrowym budynkiem. Wszak nie było to najnowsze budownictwo, już z zewnątrz sprawiał wrażenie przytulnego. Sądzę ze w środku znajduje się nie więcej jak 9 mieszkań. Odpowiedziała mi cisza. Brak sprzeciwu musi oznaczać iż eis nie mylę. Szczęście mi dopisywało. Miejsce parkingowe tuż pod drzwiami było puste. Zaparkowałem samochód i wysiadłem Może faktycznie jestem już stary. Nie mogło obyć się bez rozprostowania kości Przechylając głowę na lewą stronę usłyszałem nieprzyjemny dźwięk strzykających kości. Dokładniej moich kości.
- Hej pomogę ci - podbiegłem do nieczekającego na mnie Rukiego.
- Zostaw- jego marny humor niepodważalnie uległ pogorszeniu.
- Otwórz - położył drobne, prawie że kobiece dłonie na klapie bagażnika. Kompletnie zapomniałem o jego bagażu.
Otworzyłem i wyciągnąłem pudło, wydawało mi się, że ostatnim razem było lżejsze.
- Daj - kierował w moim kierunku tylko krótkie rozkazy, poczułem się przez to jak pies.
- Zaniosę to.
- A..
- Nic nie mów tylko rusz się no już. - popchnąłem go delikatnie w kierunku budynku.
Zatrzymał się pod drzwiami żeby znaleźć klucze. Nerwowo przerzucał wszystko w torbie, zauważyłem , że ręce mu się trzęsą.
- Widzisz, po o nosisz tyle gratów.
Nawet na mnie nie spojrzał, zirytowany zaczął wyrzucać przedmioty na ziemię.
- Spokojnie, poszukaj w kieszeniach - zacząłem go uspokajać, strata kluczy jest poważną sprawą ale nie na tyle aby wkładać w to swoje zdrowie i nerwy. Zresztą na pewno gdzieś są, mały ma talent do krótkotrwałego gubienia wszystkiego. Zwykle sam odnajduje dany obiekt w najmniej spodziewanym miejscu.
Coraz to mocniej zdenerwowany począł gwałtownie szarpać się z kieszeniami spodni oraz kurtki. Nic w nich nie odkrywszy, zrezygnowany oparł się o bramę, odwracając przy tym głowę.
- Nic mi kurwa nie wychodzi - wymamrotał na tyle głośno, że słowa wyraźnie dotarły do moich uszu.
- Każdemu może się zdarzyć.
- Ale mnie się zdarza ciągle. Dosłownie ciągle.
- Uspokój się, w ten sposób nic nie wskórasz. Przypomnij sobie gdzie je ostatnio kładłeś.
- Kurwa nie pamiętam, tak?! - do oczu młodszego napłynęły łzy. Zrobiło mi się smutno, nie mogłem patrzyć jak płacze.
- Nie płacz Taka. Proszę Cię. - przytuliłem go delikatnie do siebie. Czułem, ze ma ochotę się wyrwać. Wstydził się swych łez. To co zrobił było całkowicie odwrotne z jego jak zwykle racjonalnym umysłem. Wtulił się we mnie bez opamiętania, jego ciało drżało, nie tylko z powodu łez.
Drzwi do bramy się otworzyły, a z środka wyszedł pewnie sąsiad Ruksa, starał się na nas chamsko nie gapić ale coś mu nie wyszło, przynajmniej spełnił dobry uczynek. Chwyciłem drzwi nim zdążyły się zamknąć, przez cały czas nie odsuwając od siebie przyjaciela.
- Wchodź bo zamarzniesz. - szepnąłem spokojnie.
- Ale moje rzeczy - pociągnął nosem. Zawsze potrafił znaleźć jakieś ale.
- Pozbieram je. - wolałem zrobić to sam, niż żeby ten roztrzęsiony, ranny dzieciak zajmował się tym. Poprowadziłem go do grzejnika, każąc mu usiąść na podłodze obok i poczekać na mnie.
Sam wróciłem przed bramę, wcześniej blokując drzwi przed całkowitym zamknięciem.
Zacząłem wszystko wrzucać do kartonu. Ciekawe po co nosi przy sobie kilka par okularów.
Z dłoni wypadł mi mały notesik, przy upadku otwierając się mniej więcej w połowie. Podniosłem go, chcąc nie chcąc zaglądając do środka.
Treść była krótka i jednoznaczna. Pokręciłem głową żeby się otrząsnąć i wrzuciłem notes do reszty rzeczy, w pudle coś zabrzęczało, zauważyłem pęk breloczków, przyczepiony do 3 kluczy. Baka.
Wróciłem do przytulonego do źródła ciepła przyjaciela. Był załamany, cichy, oczy same mu się zamykały. Kolejny raz pociągnął nosem
- Patrz co znalazłem mały pechowcu- odstawiłem pudło obok windy.
Klęknąłem koło chłopaka i podałem mu do łapki klucze.
Wszelkie troski odpłynęły z jego twarzy, ustępując miejsca słodkiemu uśmiechowi.
- Dziękuję - szepnął uradowany.
- Nie ma za co. Zmęczony? - moje pytanie było bezsensowne, wypowiedziałem je be przemyślenia.
- Nie - ziewnął.
- Kłamczuch- wstałem i podałem mu rękę, chwycił ją bezwładnie, próbując wstać.
Podciągnąłem go. Winda już czekała.
- Które piętro? - spytałem, wodząc palcem między guzikami.
- Drugie - starałem się udawać, że nie widzę jak wlepia we mnie te swoje oczka. Może to tylko moja wyobraźnia po odkryciu tamtego wpisu.
Drzwi do mieszkania Matsumoto były wymalowane rysami. Otworzył je 1 kluczem, w dodatku przekręcając jedynie raz.
- Widzę, że włamań to ty się nie boisz - zaśmiałem się cicho.
- A po co? - otworzył je.
Wszedłem do salonu i odstawiłem jego manele, zapaliłem światło i dopiero w tej chwili ujrzałem jaki panuje tu chaos. Opakowania po lodach, butelki po napojach oraz inne papierki po słodyczach, pościel leżała na podłodze. Góra kabli plątała się na podłodze, obwiązując wszystko wokoło.
Gdzieniegdzie leżały opakowania płyt dvd i mangi.
Pogniecione ubrania kłębiły się na każdym meblu, podłodze i nawet telewizorze.
Buty walały się bez pary.
Nas stole leżały reszki pizzy.
Stałem z otworzonymi ustami przyglądając się temu.
- T.. to dlatego nigdy tu nie byłem? - wybełkotałem przerażony.
- No co? Czepiałbyś się. - nie przejmując się, że gniecie sobie koszulę usiadł na kanapie, i podkulając nogi pod brodę.
Nie, tym razem nie zrobię mu wykładu. Swoją drogą to przeurocze. Duże dziecko, wróć, wzrostem też nie mógł się pochwalić.
Uśmiechnąłem się, siadając obok niego.
- Oglądniemy jakiś film? - odezwał się po chwili krępującego milczenia.
- Chcesz to wybierz - byłem jego kolekcji. Chwycił płytę leżącą najbliżej.
- Nie wiem co to, sprawdzimy? - Kiwnąłem głową.
Po 15 minutach od rozpoczęcia seansu, głowa Rukiego zjechała na moje ramię, jego oddech był spokojny, nie mogłem się oprzeć żeby nie pogłaskać go po włosach.
Przestań. Aoi, przestań! krzyknąłem w duchu.
Odsunąłem go delikatnie, żeby móc wziąć na ręce.
Nie znam jego mieszkania i nie wiem gdzie znajduje się sypialnia. No i nawet czy da się wejść, czy jest tak zawalona gratami, ze nie idzie otworzyć drzwi.
Sam poszedłem się rozglądnąć.
Naprzeciwko znajdowała się mała kuchni, po prawej łazienka. Białe drzwi na końcu korytarza były zamknięte.
Otworzyłem je, lekko wystraszony co mogę tam zastać.
Prócz łóżka, stał tam stolik, zapełniony zeszytami, słuchawkami i połamanymi ołówkami.
To chamskie, nie powinieneś. Powiedziałem sobie.
Otworzyłem pierwszy z brzegu z czarną okładką.
"Ach, zawsze, przez cały ten czas,
Zawsze, nie robiłem nic poza zasmucaniem Cię.
Ach, z pewnością Cię zraniłem.
Nawet teraz nadal nie mogę się ruszyć.
Ach, dlaczego tak boli, gdy chcę Cię dotknąć?
Myślę, że to dlatego, iż boję się, że popełnię ten sam błąd i Cię stracę.
Zbliżając się, próbowałem usunąć ten dzień, którego nie mogłem całkowicie zapomnieć.
A Ty, nie pytając o nic, trzymasz mnie za rękę.
Nawet jeśli Twoje uczucia do jutra wybledną,
Będę Cię ciągle, niezmiennie kochał.
Nawet jeśli nie będziesz mnie mogła jutro ujrzeć,
Będę Cię ciągle, niezmiennie kochał.
Będę iść razem z nieobiecaną przyszłością.
Idziemy z nią dalej wspólnie do przyszłości, w której jesteś Ty…
Myśląc o Tobie, przynajmniej mogę zapomnieć o wszystkich trudnych chwilach.
Licząc noce bez Ciebie moje serce usycha z tęsknoty..."
Reszta tekstu była zamazana. Przewróciłem kartkę.
"19 listopad - już tego dłużej nie zniosę (..) odstęp między kolejną linijką był pokryty zaschniętymi łzami "nie mogę .."
Szelest dobiegający z salonu omal nie doprowadził mnie don zawału, szybko odłożyłem własność młodszego na jej miejsce i na palcach opuściłem pomieszczenie, utrzymywane w wyjątkowym porządku, pewnie dlatego, że bałaganiarz nie spędzał tu czasu.
Wycofałem się do salonu.
Uff ciągle spał. Wziąłem go na ręce i zaniosłem do łóżka.
Rozebrałem go do samych bokserek i szczelnie nakryłem kołdrą.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, usiadłem na skraju posłania.
Wlepiłem wzrok w śpiącego. Lekko uchylone usta, równy oddech, pojedyncze kosmyki opadające na twarz.
Głębia spokoju pośród kłębu nerwów.
Za oknem zaczynało świtać.
Prześpi bite pół dnia, więc mam szanse wypocząć. Pytanie, czy chcę? Czy chcę go opuszczać? Może wydaje się, że to najidiotyczniejsze na świecie ale mam ochotę nieustanie otaczać go ochroną.
Wariuję ze zmęczenia. Musnąłem lekko ustami jego policzek na dobranoc.
Poszedłem do salonu. Przydałoby się posprzątać.
Zebrałem wszystkie ubrania, w łazience znalazłem żelazko i deskę do prasowania, jeszcze z ceną.
Dokładne uprasowanie wszystkiego zajęłoby mi wiele godzin. Starałem się pracować w miarę szybko ale starannie.
Gotowe. Teraz problemem pozostało miejsce gdzie to schować.
Zastanowiwszy się, chyba ani razu nie widziałem go 2 razy w tym samym stroju.
W korytarzu znajdowała się stara, drewniana szafa, jakby powiększenie tych z niektórych horrorów. Większość półek była zapełniona szmatami w stanie jak te sprzed parsowania.
Nie miałem siły, czasu ani chęci na dalszą zabawę z setkami ubrań.
Zabrałem się za zbieranie opakowań.
- Co za brudas - skrzywiłem się, odnajdując między poduszkami ogryzek po jabłku. To nie był koniec kulinarnych niespodzianek, pół mandarynki już od jakiegoś czasu leżało pod komodą w towarzystwie nadgryzionej bułki. Cud, że nie zagościły tu jeszcze karaluchy.
Sprzątanie w domu Takanoriego wydawało się nie mieć końca, powili brakło mi motywacji.
Słońce na dobre zagościło na niebie.
- Przynajmniej jest lepiej - wymamrotałem, głowa już mnie bolała, nieprzespana noc właśnie dawała się we znaki.
Ruszyłem do kuchni. Co jak co ale szacunku do jedzenia to z domu nie wyniósł.
Resztki z talerzy wrzuciłem do kosza i bez chwili zastanowienia poszedłem z nim do zsypu.
Yuu Shiroyama, gosposia z wyboru - tak teraz mógłbym się nazywać.
Zaglądnąłem do lodówki. Nie było tam zbyt wiele.
Przydałby się Kai. On to potrafi stworzyć smaczne danie z niczego.
Zaparzyłem kawę, z ostatnie kilku kromek chleba zrobiłem ubogie śniadanie.
Z talerzem i dwoma kubkami wparowałem do sypialni.
Zegarek pokazywał 11:09.
- Wstawaj mały -nachyliłem się nad nim. Brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Lecz ja nie poddam się tak łatwo.
- Taka-chan - wypowiedziałem mu do ucha.
Odstawiłem jedzenie na stolik i zacząłem go delikatnie łaskotać.
Zerwał się, od razu zachłystując się powietrzem. Krzyknął przerażony, nie wiedząc co się dzieje.
- To tylko ja - zaśmiałem się.
- Co właściwie.. ! - przerwałem, mu zakrywając jego usta dłonią.
- Zrobiłem śniadanie - uśmiechnąłem się promiennie, podając mu kubek kawy i położyłem przed nim talerz.
Zabrał moją dłoń, jego wzrok błądził, unikając moich oczu. Obrał sobie jeden cel, powędrowałem wzrokiem za nim. Wpatrywał się w pamiętnika.
- Spokojnie, nic nie ruszałem - skłamałem.
- Mhm - wziął łyka kawy - Yuu.. - zaczął cicho.
- Tak?
- Eeem, dziękuję za to ile dla mnie robisz - nie był w stanie spojrzeć mi w oczy.
- Wiesz dlaczego to robię? - chwyciłem go pod podbródek, zmuszając tym aby w końcu na mnie spojrzał. - Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu - powiedziałem łagodnie, uśmiechając się w ten sam sposób. Po wydarzeniach ostatniej noc byłem tego najzupełniej pewny. Bez niego, moje życie straciłoby barwy. Jedyna osoba której płacz doprowadzał mnie do płaczu a uśmiech zmuszał do uśmiechu siedziała właśnie przede mną.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, usiadłem na skraju posłania.
Wlepiłem wzrok w śpiącego. Lekko uchylone usta, równy oddech, pojedyncze kosmyki opadające na twarz.
Głębia spokoju pośród kłębu nerwów.
Za oknem zaczynało świtać.
Prześpi bite pół dnia, więc mam szanse wypocząć. Pytanie, czy chcę? Czy chcę go opuszczać? Może wydaje się, że to najidiotyczniejsze na świecie ale mam ochotę nieustanie otaczać go ochroną.
Wariuję ze zmęczenia. Musnąłem lekko ustami jego policzek na dobranoc.
Poszedłem do salonu. Przydałoby się posprzątać.
Zebrałem wszystkie ubrania, w łazience znalazłem żelazko i deskę do prasowania, jeszcze z ceną.
Dokładne uprasowanie wszystkiego zajęłoby mi wiele godzin. Starałem się pracować w miarę szybko ale starannie.
Gotowe. Teraz problemem pozostało miejsce gdzie to schować.
Zastanowiwszy się, chyba ani razu nie widziałem go 2 razy w tym samym stroju.
W korytarzu znajdowała się stara, drewniana szafa, jakby powiększenie tych z niektórych horrorów. Większość półek była zapełniona szmatami w stanie jak te sprzed parsowania.
Nie miałem siły, czasu ani chęci na dalszą zabawę z setkami ubrań.
Zabrałem się za zbieranie opakowań.
- Co za brudas - skrzywiłem się, odnajdując między poduszkami ogryzek po jabłku. To nie był koniec kulinarnych niespodzianek, pół mandarynki już od jakiegoś czasu leżało pod komodą w towarzystwie nadgryzionej bułki. Cud, że nie zagościły tu jeszcze karaluchy.
Sprzątanie w domu Takanoriego wydawało się nie mieć końca, powili brakło mi motywacji.
Słońce na dobre zagościło na niebie.
- Przynajmniej jest lepiej - wymamrotałem, głowa już mnie bolała, nieprzespana noc właśnie dawała się we znaki.
Ruszyłem do kuchni. Co jak co ale szacunku do jedzenia to z domu nie wyniósł.
Resztki z talerzy wrzuciłem do kosza i bez chwili zastanowienia poszedłem z nim do zsypu.
Yuu Shiroyama, gosposia z wyboru - tak teraz mógłbym się nazywać.
Zaglądnąłem do lodówki. Nie było tam zbyt wiele.
Przydałby się Kai. On to potrafi stworzyć smaczne danie z niczego.
Zaparzyłem kawę, z ostatnie kilku kromek chleba zrobiłem ubogie śniadanie.
Z talerzem i dwoma kubkami wparowałem do sypialni.
Zegarek pokazywał 11:09.
- Wstawaj mały -nachyliłem się nad nim. Brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Lecz ja nie poddam się tak łatwo.
- Taka-chan - wypowiedziałem mu do ucha.
Odstawiłem jedzenie na stolik i zacząłem go delikatnie łaskotać.
Zerwał się, od razu zachłystując się powietrzem. Krzyknął przerażony, nie wiedząc co się dzieje.
- To tylko ja - zaśmiałem się.
- Co właściwie.. ! - przerwałem, mu zakrywając jego usta dłonią.
- Zrobiłem śniadanie - uśmiechnąłem się promiennie, podając mu kubek kawy i położyłem przed nim talerz.
Zabrał moją dłoń, jego wzrok błądził, unikając moich oczu. Obrał sobie jeden cel, powędrowałem wzrokiem za nim. Wpatrywał się w pamiętnika.
- Spokojnie, nic nie ruszałem - skłamałem.
- Mhm - wziął łyka kawy - Yuu.. - zaczął cicho.
- Tak?
- Eeem, dziękuję za to ile dla mnie robisz - nie był w stanie spojrzeć mi w oczy.
- Wiesz dlaczego to robię? - chwyciłem go pod podbródek, zmuszając tym aby w końcu na mnie spojrzał. - Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu - powiedziałem łagodnie, uśmiechając się w ten sam sposób. Po wydarzeniach ostatniej noc byłem tego najzupełniej pewny. Bez niego, moje życie straciłoby barwy. Jedyna osoba której płacz doprowadzał mnie do płaczu a uśmiech zmuszał do uśmiechu siedziała właśnie przede mną.
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Random
"Dlaczego jesteś bez serca?"
Zamknąłem laptopa, wstając z fotela. Pokój który mi przydzielono nie był pokaźnych rozmiarów. Ledwo mieściło się tu łóżko, biurko, szafa i fotel.
Musiałem schować walizkę żeby mieć choć odrobinę miejsca do przemieszczania się.
Westchnąłem, miałem nadzieję że ten dzień przebiegnie bez żadnych komplikacji. Lecz już od przebudzenia tkwiło we mnie sceptyczne uczucie. Zignorowałem je. Czy to był błąd?
Zauważyłem, że ręce mi się trzęsą, cholera.
Nerwowo zacząłem chodzić bezsensu po pomieszczeniu. W pewniej chwili zauważyłem worek z kilkoma butelkami piwa, zakupionymi przez Aoia. Zostawił go u mnie i najwidoczniej zapomniał o jego istnieniu.
Wziąłem do ręki jedną z butelek, otworzyłem ją przy pomocy klucza od mieszkania, znajdującego się setki a może i tysiące kilometrów stąd.
Pierwszy łyk. Skrzywiłem się, smakowało paskudnie. Odzwyczaiłem się od alkoholu.
Drugi łyk. Jak dawno powiedział, nie pije się dla smaku a dla efektu. Zamierzam się upić?
Co ja właściwie wyprawiam? Czyżbym tracił kontrolę nad własnym życiem? Staję się do tego stopnia nieporadny, że nie potrafię odnaleźć rozsądnych rozwiązań?
Opadłem z hukiem na nieposłane łóżko, wśród pościeli kłębiła się masa rzeczy, ubrania, kosmetyki, ładowarka do telefonu i z pewnością wiele innych.
Wyrwałem z notatnika kartkę, boki wyrwanej strony były nierówno poszarpane, odnalazłem długopis i zacząłem niedbale bazgrać teks, słowa które aktualnie przychodziły mi do głowy. Niespójne, chaotyczne, być może nawet zdania przeczyły sobie nawzajem.
W czasie pisania zdążyłem otworzyć oraz opróżnić następne 3 butelki.
Zapełnioną bazgrołami stronę zgiąłem na pół, chwilę ściskałem ją w dłoni wpatrując się w widok morza za oknem. Fale były spokojne, za spokojne.
Przymknąłem oczy w których rozbłysły wspomnienia, radosne a jednocześnie bolesne.
Trzaskając za sobą drzwiami wyszedłem na korytarz. Schodami udałem się na wyższe piętro.
Przed pokonaniem ostatniego stopnia wziąłem głęboki oddech.
Zatrzymałem się pod drzwiami z numerem 318. Przez szparę wsunąłem kartkę do wnętrza pokoju i szybkim krokiem odszedłem w kierunku z którego przybyłem, tym razem schodząc na sam dół budynku.
Boczną dróżką udałem się na plażę, słońce właśnie ginęło za horyzontem, nadmorski wiatr otulił moją twarz.
Delikatne fale uderzały o moje nagie nogi, szedłem brzegiem z każdym krokiem oddalając się od cywilizacji.
Starłem się pochwycić spokój ducha. Niespiesznie.
Nagle coś chwyciło mnie za ramiona, a pierwszej chwili nie wiedziałem co się dzieje.
Zrozumiałem gdy moje oczy spotkały się z Twoimi.
Twoje usta przerażająco szybko zetknęły się z moimi.
Oddałem się całkowicie chwili. Wydawało się , że trwa lata, lecz szybko umknęła.
- Takanori - wypowiedziałeś, Twój oddech był niespokojny, jakbyś właśnie przebiegł długi dystans. Tak, właśnie to przed chwilą zrobiłeś. Zauważyłem, że w dłoni ściskasz kawałek papieru zawierającego moje pismo.
W gardle miałem gulę, zabraniającą wypowiedzi.
- Ty idioto - dodałeś, twoje ramiona pochwyciły mnie, a palce zacisnęły się na materiale koszulki.
Wtuliłem się jak najmocniej. Trwaliśmy w milczeniu, zakłócanym jedynie odgłosami morza i szybkim biciem naszych serc. Słowa zdawały się być zbędne.
Nim się od siebie oderwaliśmy wokół nas zapadła ciemność.
Ruszyłem w dalszą drogę u Twego boku, ściskałeś moją dłoń, a może to ja Twoją. Zawsze byłeś blisko ale nigdy aż tak blisko.
Już zawsze będziemy iść razem. Zachowaj tę niewypowiedzianą letnią nocą obietnicę.
Zamknąłem laptopa, wstając z fotela. Pokój który mi przydzielono nie był pokaźnych rozmiarów. Ledwo mieściło się tu łóżko, biurko, szafa i fotel.
Musiałem schować walizkę żeby mieć choć odrobinę miejsca do przemieszczania się.
Westchnąłem, miałem nadzieję że ten dzień przebiegnie bez żadnych komplikacji. Lecz już od przebudzenia tkwiło we mnie sceptyczne uczucie. Zignorowałem je. Czy to był błąd?
Zauważyłem, że ręce mi się trzęsą, cholera.
Nerwowo zacząłem chodzić bezsensu po pomieszczeniu. W pewniej chwili zauważyłem worek z kilkoma butelkami piwa, zakupionymi przez Aoia. Zostawił go u mnie i najwidoczniej zapomniał o jego istnieniu.
Wziąłem do ręki jedną z butelek, otworzyłem ją przy pomocy klucza od mieszkania, znajdującego się setki a może i tysiące kilometrów stąd.
Pierwszy łyk. Skrzywiłem się, smakowało paskudnie. Odzwyczaiłem się od alkoholu.
Drugi łyk. Jak dawno powiedział, nie pije się dla smaku a dla efektu. Zamierzam się upić?
Co ja właściwie wyprawiam? Czyżbym tracił kontrolę nad własnym życiem? Staję się do tego stopnia nieporadny, że nie potrafię odnaleźć rozsądnych rozwiązań?
Opadłem z hukiem na nieposłane łóżko, wśród pościeli kłębiła się masa rzeczy, ubrania, kosmetyki, ładowarka do telefonu i z pewnością wiele innych.
Wyrwałem z notatnika kartkę, boki wyrwanej strony były nierówno poszarpane, odnalazłem długopis i zacząłem niedbale bazgrać teks, słowa które aktualnie przychodziły mi do głowy. Niespójne, chaotyczne, być może nawet zdania przeczyły sobie nawzajem.
W czasie pisania zdążyłem otworzyć oraz opróżnić następne 3 butelki.
Zapełnioną bazgrołami stronę zgiąłem na pół, chwilę ściskałem ją w dłoni wpatrując się w widok morza za oknem. Fale były spokojne, za spokojne.
Przymknąłem oczy w których rozbłysły wspomnienia, radosne a jednocześnie bolesne.
Trzaskając za sobą drzwiami wyszedłem na korytarz. Schodami udałem się na wyższe piętro.
Przed pokonaniem ostatniego stopnia wziąłem głęboki oddech.
Zatrzymałem się pod drzwiami z numerem 318. Przez szparę wsunąłem kartkę do wnętrza pokoju i szybkim krokiem odszedłem w kierunku z którego przybyłem, tym razem schodząc na sam dół budynku.
Boczną dróżką udałem się na plażę, słońce właśnie ginęło za horyzontem, nadmorski wiatr otulił moją twarz.
Delikatne fale uderzały o moje nagie nogi, szedłem brzegiem z każdym krokiem oddalając się od cywilizacji.
Starłem się pochwycić spokój ducha. Niespiesznie.
Nagle coś chwyciło mnie za ramiona, a pierwszej chwili nie wiedziałem co się dzieje.
Zrozumiałem gdy moje oczy spotkały się z Twoimi.
Twoje usta przerażająco szybko zetknęły się z moimi.
Oddałem się całkowicie chwili. Wydawało się , że trwa lata, lecz szybko umknęła.
- Takanori - wypowiedziałeś, Twój oddech był niespokojny, jakbyś właśnie przebiegł długi dystans. Tak, właśnie to przed chwilą zrobiłeś. Zauważyłem, że w dłoni ściskasz kawałek papieru zawierającego moje pismo.
W gardle miałem gulę, zabraniającą wypowiedzi.
- Ty idioto - dodałeś, twoje ramiona pochwyciły mnie, a palce zacisnęły się na materiale koszulki.
Wtuliłem się jak najmocniej. Trwaliśmy w milczeniu, zakłócanym jedynie odgłosami morza i szybkim biciem naszych serc. Słowa zdawały się być zbędne.
Nim się od siebie oderwaliśmy wokół nas zapadła ciemność.
Ruszyłem w dalszą drogę u Twego boku, ściskałeś moją dłoń, a może to ja Twoją. Zawsze byłeś blisko ale nigdy aż tak blisko.
Już zawsze będziemy iść razem. Zachowaj tę niewypowiedzianą letnią nocą obietnicę.
środa, 31 lipca 2013
Aoi x Ruki -i don't know anything about you, my friend. cz.1
Przepraszam, że tak długo mnie nie było ; __ ; Co prawda jestem w domu od ponad tygodnia, ale jakoś nie miałem siły pisać, czasu również - prawie codziennie jestem u jakiegoś lekarza. E tam nie będę opowiadać o swoim zdrowiu. Mam nadzieję, ze wasze wakacje są udane :3. Dziękuję Reiko za informacje.
No cóż, kolejny raz pojawia się Ruki (przepraszam taka mała obsesja ._.' xd) Jak narazie tylko tyle, z czasem pojawia się kolejne części, sam jeszcze nie wiem jak dużo ich będzie. Zostawiajcie komentarze i do następnego. ~ Warumono
- A ja sądzę, że jednak sobie nie poradzisz - uśmiechnąłem się szeroko na widok przyjaciela niosącego niemal zakrywające go całkowicie ozdobne pudło, widok był naprawdę zabawny i dość niecodzienny.
- Cicho, muszę się skoncentrować - odpowiedział stanowczy głos z wyczuwalną odrobiną irytacji, której zwykle nie braknie.
- Oczywiście - zaśmiałem się - UW.. - nie zdążyłem dokończyć ostrzeżenia, a chłopak w mgnieniu oka wraz z obciążeniem przeleciał przez krawężnik. Zawartość pudełka wyleciała na ulice, w środku była niezliczona ilość słodyczy, gier, płyt dvd i przeróżnych gadżetów.
- Kurde, na co Ci tyle tego?! - Chwilę trwało nim oderwałem wzrok i przeniosłem go na ich właściciela. - Wszystko w porządku? - zawahałem się Podszedłem do niego, trzymał ręce na ukrytej w wysokich butach lewej kostce.
- Jaki skurwysyn to tu postawił - warknął, chcąc zwalić winę na cokolwiek innego niż własna nieuwaga i upartość.
- Pomóc ci wstać? - wyciągnąłem dłoń w jego kierunku, sądząc, że od razu ją odsunie. Ku mojemu zdziwieniu chwycił ją bez słowa sprzeciwu. Pociągnąłem drobną postać do góry, gdy już stanął na obu nogach na jego twarzy pojawił się grymas bólu a z ust wyrwał się cichy syk. - mówiłem abyś uważał - nie było opcji żebym mu tego nie wypomniał.
Uraczył mnie wyjątkowo mrożącym spojrzeniem - mogłeś mówić, że tam jest ten pierdolony krawężnik.
- Nie złość się już. Dasz radę iść czy cię ponieść? - zaśmiałem się, co było nietaktowne w tej sytuacji i mogło wyglądać złośliwie.
- Prędzej doczołgam się stąd do Kyoto niż ty spełnisz swoją obietnicę.
- Chcesz sprawdzić?
- Nie?
Uśmiechnąłem się po raz kolejny, zostawiłem go na moment bez podparcia żeby sprzątnąć nadal leżące bezpańsko manele, następnie wrzuciłem pudło do bagażnika mojego samochodu.
- Co mnie okradasz?! - usłyszałem za plecami.
- Zamierzasz jechać tak do domu? Zabieram Cię do lekarza, żebyś nie marudził biorę i to - wyjaśniłem.
- Po co do lekarza? Sam pojadę do domu, obaj lepiej na tym wyjdziemy - powoli przeszedł kilka kroków i znów się zatrzymał.
- Uwierz mi, wolałbym iść się napić ale Cię tak nie zostawię, nie myśl sobie- zatrzasnąłem klapę, odwróciłem się żeby podejść do młodszego i pomóc mu przejść resztę krótkiego dystansu, lecz ten uparciuch stał ze mną oko w oko. - nie przemęczaj się - wyminąłem go, żeby otworzyć drzwi samochodu.
- Nie traktuj mnie jak kalekę - burknął. A jak miałem ? W końcu tymczasowo nim był. Zajął miejsce, odetchnął cicho kiedy już odciążył uszkodzoną nogę.
Usiadłem za kierownicą i odjechałem z biurowego parkingu.
- Dla kogo tego nakupiłeś? - to pytanie nie dawało mi spokoju
- Przywaliłeś się, weź zmień temat - starał się wymigać, co dodatkowo podsyciło moją ciekawość. Jednak wiedziałem że muszę dać spokój.
Nie potrzebowałem wiele czasu by wymyślić kolejne pytanie. Z zupełnie innej kategorii.
- Kai robi imprezę w sylwestra.
- Nie znudziło mu się po zeszłorocznym?
- Jak widać, widok gołego Uru w swoim łóżku go nie zniechęcił.- zaśmiał się cicho i nerwowo po czym zapadła niezręczna cisza.
- Eeee.. Aoi, pamiętasz co się wtedy stało ? - spytał po chwili.
- No co ty, nie pamiętam nawet co miałem na sobie. - dobrze wiedział jaką wagę przywiązuję do swojego wyglądu i potrafię zapamiętać swoje wszelkie stylizacje.
- Chyba nie za dużo - przyciszył ton, mając nadzieje, że nie usłyszę tej wypowiedzi, niestety musiałem go zawieść.
- Spójrz na siebie. Kto skakał do basenu z balkonu na 4 piętrze? - nie mogłem sobie wybaczyć niezapamiętania tego wydarzenia, na całe szczęście Reicie w tej części imprezy nie brakło determinacji do filmowania wszystkiego wokoło.
- Jakbyś mi nie podsuwał tych swoich drinków to nic bym nie zrobił, co to w ogóle było? Ohyda.
- Wódka z mlekiem i whisky. Och nie zwalaj wszystkiego na mnie. Minął już prawie rok, daj na zapomnienie.
- Taa, spoko. Święty Shiroyama, nic nie widziałem, nic nie słyszałem, normalnie ciemny jestem.
- Wiesz co, jakbyś się choć chwilę wahał to sam bym cię wypchnął marudo.
- Przed tym byś się upewnił czy w basenie nie ma wody, mogę się założyć, jakimś cudem by nagle wyparowała - sam uśmiechnąłem się na widok śnieżnobiałych zębów uśmiechających się lekko w moim kierunku. Jego uśmiech jest wręcz na wagę złota.
- Nie marzę o niczym innym.
- Nie zdziwię się jak nie dożyję 2 stycznia. - odparł sarkastycznie.
Zatrzymałem się pod szpitalem
- I po co to? Nie zaszkodzi Ci czasem mnie posłuchać.
- Przykro mi, ale jesteś zdany na moją łaskę - wysiadłem i przeszedłem żeby mu pomóc.
- Puszczaj! - nie widziałem innego sposobu, więc najzwyczajniej w świecie chwyciłem go w pasie i wziąłem na ręce, niziołek mimo bólu nogi próbował stawiać opór.
- Jesteś taki uroczy maluchu
- Wal się - nie zdawał sobie sprawy, ze poprzez wulgaryzmy jedynie utwierdzał mnie w tym przekonaniu.
Zaprowadziłem go pod drzwi gabinetu, na nasze szczęście na korytarzu nie było wielu osób i już po 15 minutach oczekiwań Ruki został zaproszony do środka. Zostałem na korytarzu, w końcu byłem jedynie namolnym kolegą, nawet nie wiem czy przyjacielem. Usiadłem na wolnym siedzeniu, rozbrzmiał dźwięk telefonu. Watkin Tudor Jones - Be kind to animals, piosenka która zawsze źle działała na moje nerwy. Kilkakrotnie prosiłem Ruksa żeby zmienił dzwonek Bezskutecznie.
Zacząłem szukać aparatu w czarnej, torbie, chłopak nosił przy sobie dosłownie wszystko co niepotrzebne. Cały wachlarz różności, od ulotek reklamujących premierę filmu wchodzącego do kin 2 lata temu po młotek i klamkę od drzwi, znalazłbym więcej szokujących przedmiotów gdybym się uparł.
Zdążyłem odebrać nim osoba po 2 stronie się rozłączyła. Postanowiłem poczekać aż to ona coś powie.
- Taka-chan? - nigdy wcześniej nie słyszałem tego głosu, należał do chłopaka, to bez wątpienia. Nie byłem pewny co do jego wieku, nie brzmiał poważnie i dorośle.
- Ruki w tej chwili nie może rozmawiać, przekazać mu coś? - nic lepszego nie przyszło mi do głowy
- Hę? Kim jesteś? Eee, powiedz mu żeby do mnie zadzwonił
- A dokładniej do kogo?
- A no tak, Sora.
- Dobra, powiem mu. - kim do cholery jest ten cały Sora? Nie miałem zamiaru wspominać Rukiemu o telefonie, rozłączyłem się, wszedłem w spis połączeń i usunąłem dowód rozmowy.
W momencie kiedy ponownie zapinałem torbę z gabinetu wyszła ta mała ofiara.
- I co? - zerwałem się z miejsca.
- Stłuczona - burknął wściekły na cały świat. - mam się oszczędzać blablabla.. No, dzięki, że mnie podwiozłeś. Do jutra.. Wróć, przecież są święta. To do Sylwestra. A nie, zapomniałem! Przecież mnie nie będzie
- Ruki, zjedz Snikersa?
- Po co?
- Widocznie jesteś głodny bo zaczynasz być cholernie upierdliwy.
- Zabiję
- Nie dasz rady kaleko, za silny i za wysoki jestem jak dla ciebie.
- Tylko się zbliż.
- A co mi zrobisz? - powolnym krokiem przybliżyłem się do drobnej osóbki.
Chwycił mnie za nadgarstek i wbił w niego szereg ostrych kłów.
Pozostawił po sobie, widoczny czerwony ślad.
- Ej, ugryzłeś mnie! To boli! Na kolana i błagaj o wybaczenie niziołku! - złapałem go w pół i zachowując resztki ostrożności zacząłem go łaskotać
- Przestań! Aoi przestań! Aoi! - zrobił się czerwony od śmiechu, z oczu zaczęły mu lecieć pojedyncze łzy.
- Błagaj! - nie zamierzałem tak łatwo odpuścić.
- Błagam - pisnął, dusząc się kolejnym napadem śmiechu, puściłem go niechętnie, dbając żeby się nie przewrócił. Zachwiał się ale z moją drobną pomocą szybko złapał równowagę. - nienawidzę cię - wysapał.
- Też cię kocham - podałem mu torbę - Nie mam pojęcia co tam nosić ale to waży z 5 kilo - kłamstwem była jedynie pierwsza cześć mojej wypowiedzi.
- To wszystko jest mi potrzebne - musiałem się wysilić żeby nie wybuchnąć śmiechem, 'po co ci klamka?' zapytałem w myślach
- Zachowujesz się jak baba.
- No, no no jestem 100 razy bardziej męski niż ty.
- Chciałbyś, dzieciaczku. Chodźmy stąd
- Nie wiesz co odpowiedzieć? Nie umiesz okłamywać sam siebie. Racja, już późno,ostatni pociąg mi ucieknie.
- Jaki pociąg, jedziesz ze mną.
- Do ciebie? Nie ma mowy.
- Do ciebie, muszę pilnować żebyś nie narobił sobie więcej siniaków, a, że potrwa to jakiś czas nie widzę innego rozwiązania ale będę musiał pobyć dłużej.
- Właśnie wpraszasz się do MOJEGO domu czy tylko mi się wydaje?
- Nie wydaje ci się.
- Wykluczone!
- Ukrywasz coś przede mną? Jesteś psychopatą trzymającym w piwnicy koty na grilla? - nigdy u niego nie byłem, przez tyle lat nie zdradził swojego adresu.
- Grrr
- Trudno - podniosłem go do góry - będziemy jeździć tak długo póki nie podasz swojego adresu dzikusie.-
zabrałem go z powrotem do wozu.
- Może pd razu zapisz mnie do przedszkola.
- Już nawet Snikers nie pomoże.
- Yuu, jestem dorosły i dam sobie w życiu radę.
- Zrozum, martwię się o ciebie i nie chcę żebyś sobie narobił więcej kłopotów.
Widocznie nie wiedział co ma odpowiedzieć albo był tak zmęczony, ze dał sobie spokój, lecz nadal nie zamierzał zaprosić mnie do miejsca swego zamieszkania.
Od ponad 45 minut krążyłem po niewielkich Tokijskich uliczkach.
Mój współtowarzysz siedział z założonymi rekami.
Wraz z dobrze znanym mi sygnałem informującym o powolnym końcu paliwa poddałem się.
Nie chciałem zabierać go do siebie. Nic lepszego nie jestem w stanie wymyślić.
- Wygrałeś Na jakiś czas zamieszkasz u mnie - pomysł był tak beznadziejny, że jakaś cześć mnie modliła się brutalna odmowę.
- Dobra - zamiast tego otrzymałem szyderczy uśmieszek.
Westchnąłem bezgłośnie i skręciłem w lewo, prosto na drogę biegnąca wzdłuż parku Yoyogi. Kolejne minuty powolnej jazdy wystarczyło żeby Ru usnął.
No cóż, kolejny raz pojawia się Ruki (przepraszam taka mała obsesja ._.' xd) Jak narazie tylko tyle, z czasem pojawia się kolejne części, sam jeszcze nie wiem jak dużo ich będzie. Zostawiajcie komentarze i do następnego. ~ Warumono
- A ja sądzę, że jednak sobie nie poradzisz - uśmiechnąłem się szeroko na widok przyjaciela niosącego niemal zakrywające go całkowicie ozdobne pudło, widok był naprawdę zabawny i dość niecodzienny.
- Cicho, muszę się skoncentrować - odpowiedział stanowczy głos z wyczuwalną odrobiną irytacji, której zwykle nie braknie.
- Oczywiście - zaśmiałem się - UW.. - nie zdążyłem dokończyć ostrzeżenia, a chłopak w mgnieniu oka wraz z obciążeniem przeleciał przez krawężnik. Zawartość pudełka wyleciała na ulice, w środku była niezliczona ilość słodyczy, gier, płyt dvd i przeróżnych gadżetów.
- Kurde, na co Ci tyle tego?! - Chwilę trwało nim oderwałem wzrok i przeniosłem go na ich właściciela. - Wszystko w porządku? - zawahałem się Podszedłem do niego, trzymał ręce na ukrytej w wysokich butach lewej kostce.
- Jaki skurwysyn to tu postawił - warknął, chcąc zwalić winę na cokolwiek innego niż własna nieuwaga i upartość.
- Pomóc ci wstać? - wyciągnąłem dłoń w jego kierunku, sądząc, że od razu ją odsunie. Ku mojemu zdziwieniu chwycił ją bez słowa sprzeciwu. Pociągnąłem drobną postać do góry, gdy już stanął na obu nogach na jego twarzy pojawił się grymas bólu a z ust wyrwał się cichy syk. - mówiłem abyś uważał - nie było opcji żebym mu tego nie wypomniał.
Uraczył mnie wyjątkowo mrożącym spojrzeniem - mogłeś mówić, że tam jest ten pierdolony krawężnik.
- Nie złość się już. Dasz radę iść czy cię ponieść? - zaśmiałem się, co było nietaktowne w tej sytuacji i mogło wyglądać złośliwie.
- Prędzej doczołgam się stąd do Kyoto niż ty spełnisz swoją obietnicę.
- Chcesz sprawdzić?
- Nie?
Uśmiechnąłem się po raz kolejny, zostawiłem go na moment bez podparcia żeby sprzątnąć nadal leżące bezpańsko manele, następnie wrzuciłem pudło do bagażnika mojego samochodu.
- Co mnie okradasz?! - usłyszałem za plecami.
- Zamierzasz jechać tak do domu? Zabieram Cię do lekarza, żebyś nie marudził biorę i to - wyjaśniłem.
- Po co do lekarza? Sam pojadę do domu, obaj lepiej na tym wyjdziemy - powoli przeszedł kilka kroków i znów się zatrzymał.
- Uwierz mi, wolałbym iść się napić ale Cię tak nie zostawię, nie myśl sobie- zatrzasnąłem klapę, odwróciłem się żeby podejść do młodszego i pomóc mu przejść resztę krótkiego dystansu, lecz ten uparciuch stał ze mną oko w oko. - nie przemęczaj się - wyminąłem go, żeby otworzyć drzwi samochodu.
- Nie traktuj mnie jak kalekę - burknął. A jak miałem ? W końcu tymczasowo nim był. Zajął miejsce, odetchnął cicho kiedy już odciążył uszkodzoną nogę.
Usiadłem za kierownicą i odjechałem z biurowego parkingu.
- Dla kogo tego nakupiłeś? - to pytanie nie dawało mi spokoju
- Przywaliłeś się, weź zmień temat - starał się wymigać, co dodatkowo podsyciło moją ciekawość. Jednak wiedziałem że muszę dać spokój.
Nie potrzebowałem wiele czasu by wymyślić kolejne pytanie. Z zupełnie innej kategorii.
- Kai robi imprezę w sylwestra.
- Nie znudziło mu się po zeszłorocznym?
- Jak widać, widok gołego Uru w swoim łóżku go nie zniechęcił.- zaśmiał się cicho i nerwowo po czym zapadła niezręczna cisza.
- Eeee.. Aoi, pamiętasz co się wtedy stało ? - spytał po chwili.
- No co ty, nie pamiętam nawet co miałem na sobie. - dobrze wiedział jaką wagę przywiązuję do swojego wyglądu i potrafię zapamiętać swoje wszelkie stylizacje.
- Chyba nie za dużo - przyciszył ton, mając nadzieje, że nie usłyszę tej wypowiedzi, niestety musiałem go zawieść.
- Spójrz na siebie. Kto skakał do basenu z balkonu na 4 piętrze? - nie mogłem sobie wybaczyć niezapamiętania tego wydarzenia, na całe szczęście Reicie w tej części imprezy nie brakło determinacji do filmowania wszystkiego wokoło.
- Jakbyś mi nie podsuwał tych swoich drinków to nic bym nie zrobił, co to w ogóle było? Ohyda.
- Wódka z mlekiem i whisky. Och nie zwalaj wszystkiego na mnie. Minął już prawie rok, daj na zapomnienie.
- Taa, spoko. Święty Shiroyama, nic nie widziałem, nic nie słyszałem, normalnie ciemny jestem.
- Wiesz co, jakbyś się choć chwilę wahał to sam bym cię wypchnął marudo.
- Przed tym byś się upewnił czy w basenie nie ma wody, mogę się założyć, jakimś cudem by nagle wyparowała - sam uśmiechnąłem się na widok śnieżnobiałych zębów uśmiechających się lekko w moim kierunku. Jego uśmiech jest wręcz na wagę złota.
- Nie marzę o niczym innym.
- Nie zdziwię się jak nie dożyję 2 stycznia. - odparł sarkastycznie.
Zatrzymałem się pod szpitalem
- I po co to? Nie zaszkodzi Ci czasem mnie posłuchać.
- Przykro mi, ale jesteś zdany na moją łaskę - wysiadłem i przeszedłem żeby mu pomóc.
- Puszczaj! - nie widziałem innego sposobu, więc najzwyczajniej w świecie chwyciłem go w pasie i wziąłem na ręce, niziołek mimo bólu nogi próbował stawiać opór.
- Jesteś taki uroczy maluchu
- Wal się - nie zdawał sobie sprawy, ze poprzez wulgaryzmy jedynie utwierdzał mnie w tym przekonaniu.
Zaprowadziłem go pod drzwi gabinetu, na nasze szczęście na korytarzu nie było wielu osób i już po 15 minutach oczekiwań Ruki został zaproszony do środka. Zostałem na korytarzu, w końcu byłem jedynie namolnym kolegą, nawet nie wiem czy przyjacielem. Usiadłem na wolnym siedzeniu, rozbrzmiał dźwięk telefonu. Watkin Tudor Jones - Be kind to animals, piosenka która zawsze źle działała na moje nerwy. Kilkakrotnie prosiłem Ruksa żeby zmienił dzwonek Bezskutecznie.
Zacząłem szukać aparatu w czarnej, torbie, chłopak nosił przy sobie dosłownie wszystko co niepotrzebne. Cały wachlarz różności, od ulotek reklamujących premierę filmu wchodzącego do kin 2 lata temu po młotek i klamkę od drzwi, znalazłbym więcej szokujących przedmiotów gdybym się uparł.
Zdążyłem odebrać nim osoba po 2 stronie się rozłączyła. Postanowiłem poczekać aż to ona coś powie.
- Taka-chan? - nigdy wcześniej nie słyszałem tego głosu, należał do chłopaka, to bez wątpienia. Nie byłem pewny co do jego wieku, nie brzmiał poważnie i dorośle.
- Ruki w tej chwili nie może rozmawiać, przekazać mu coś? - nic lepszego nie przyszło mi do głowy
- Hę? Kim jesteś? Eee, powiedz mu żeby do mnie zadzwonił
- A dokładniej do kogo?
- A no tak, Sora.
- Dobra, powiem mu. - kim do cholery jest ten cały Sora? Nie miałem zamiaru wspominać Rukiemu o telefonie, rozłączyłem się, wszedłem w spis połączeń i usunąłem dowód rozmowy.
W momencie kiedy ponownie zapinałem torbę z gabinetu wyszła ta mała ofiara.
- I co? - zerwałem się z miejsca.
- Stłuczona - burknął wściekły na cały świat. - mam się oszczędzać blablabla.. No, dzięki, że mnie podwiozłeś. Do jutra.. Wróć, przecież są święta. To do Sylwestra. A nie, zapomniałem! Przecież mnie nie będzie
- Ruki, zjedz Snikersa?
- Po co?
- Widocznie jesteś głodny bo zaczynasz być cholernie upierdliwy.
- Zabiję
- Nie dasz rady kaleko, za silny i za wysoki jestem jak dla ciebie.
- Tylko się zbliż.
- A co mi zrobisz? - powolnym krokiem przybliżyłem się do drobnej osóbki.
Chwycił mnie za nadgarstek i wbił w niego szereg ostrych kłów.
Pozostawił po sobie, widoczny czerwony ślad.
- Ej, ugryzłeś mnie! To boli! Na kolana i błagaj o wybaczenie niziołku! - złapałem go w pół i zachowując resztki ostrożności zacząłem go łaskotać
- Przestań! Aoi przestań! Aoi! - zrobił się czerwony od śmiechu, z oczu zaczęły mu lecieć pojedyncze łzy.
- Błagaj! - nie zamierzałem tak łatwo odpuścić.
- Błagam - pisnął, dusząc się kolejnym napadem śmiechu, puściłem go niechętnie, dbając żeby się nie przewrócił. Zachwiał się ale z moją drobną pomocą szybko złapał równowagę. - nienawidzę cię - wysapał.
- Też cię kocham - podałem mu torbę - Nie mam pojęcia co tam nosić ale to waży z 5 kilo - kłamstwem była jedynie pierwsza cześć mojej wypowiedzi.
- To wszystko jest mi potrzebne - musiałem się wysilić żeby nie wybuchnąć śmiechem, 'po co ci klamka?' zapytałem w myślach
- Zachowujesz się jak baba.
- No, no no jestem 100 razy bardziej męski niż ty.
- Chciałbyś, dzieciaczku. Chodźmy stąd
- Nie wiesz co odpowiedzieć? Nie umiesz okłamywać sam siebie. Racja, już późno,ostatni pociąg mi ucieknie.
- Jaki pociąg, jedziesz ze mną.
- Do ciebie? Nie ma mowy.
- Do ciebie, muszę pilnować żebyś nie narobił sobie więcej siniaków, a, że potrwa to jakiś czas nie widzę innego rozwiązania ale będę musiał pobyć dłużej.
- Właśnie wpraszasz się do MOJEGO domu czy tylko mi się wydaje?
- Nie wydaje ci się.
- Wykluczone!
- Ukrywasz coś przede mną? Jesteś psychopatą trzymającym w piwnicy koty na grilla? - nigdy u niego nie byłem, przez tyle lat nie zdradził swojego adresu.
- Grrr
- Trudno - podniosłem go do góry - będziemy jeździć tak długo póki nie podasz swojego adresu dzikusie.-
zabrałem go z powrotem do wozu.
- Może pd razu zapisz mnie do przedszkola.
- Już nawet Snikers nie pomoże.
- Yuu, jestem dorosły i dam sobie w życiu radę.
- Zrozum, martwię się o ciebie i nie chcę żebyś sobie narobił więcej kłopotów.
Widocznie nie wiedział co ma odpowiedzieć albo był tak zmęczony, ze dał sobie spokój, lecz nadal nie zamierzał zaprosić mnie do miejsca swego zamieszkania.
Od ponad 45 minut krążyłem po niewielkich Tokijskich uliczkach.
Mój współtowarzysz siedział z założonymi rekami.
Wraz z dobrze znanym mi sygnałem informującym o powolnym końcu paliwa poddałem się.
Nie chciałem zabierać go do siebie. Nic lepszego nie jestem w stanie wymyślić.
- Wygrałeś Na jakiś czas zamieszkasz u mnie - pomysł był tak beznadziejny, że jakaś cześć mnie modliła się brutalna odmowę.
- Dobra - zamiast tego otrzymałem szyderczy uśmieszek.
Westchnąłem bezgłośnie i skręciłem w lewo, prosto na drogę biegnąca wzdłuż parku Yoyogi. Kolejne minuty powolnej jazdy wystarczyło żeby Ru usnął.
Omal nie wjechałem w barierkę, co zmusiło mnie do oderwania od niego wzroku.
Spojrzałem w okno na 9 piętrze mieszkalnego budynku, światło było zapalone.
- Ruki - szturchnąłem go lekko. - Ruki - powtórzyłem, nie otrzymawszy odzewu. Znów nic. Wysiadłem i przeszedłem na 2 stronę by wziąć go na ręce, faktycznie musi być wykończony.
Z trudem otworzyłem drzwi wejściowe. Na szczęście rzadko kiedy działająca winda przyjechała za naciśnięciem guzika.
Otwarcie drzwi mieszkania zajęło mi niewiele mniej, przy czym chłopak prawie nie prawie wylądował na ziemi.
Wszedłem do środka najciszej jak to tylko możliwe
- Yuu? O Której to się wraca do domu? - kolejny raz omal nie puściłem Rukiego, podskakując wystraszony.
- Cii, zaraz ci wszystko wyjaśnię - odszepnąłem, zanosząc młodszego do sypialni. Położyłem go na łóżku, ściągnąłem z niego buty i kurtkę, resztą zajmę się później. Wychodząc zamknąłem drzwi. Skierowałem się do kuchni gdzie czekała na mnie nieprzyjemna rozmowa.
- Więc? - kobieta siedziała przy kuchennym stolę z kubkiem herbaty i gazetą przed sobą.
- Mój przyjaciel miał mały wypadek i trochę czasu nam zleciało. - usiadłem naprzeciwko.
- To ten którego przyprowadziłeś? - Przytaknąłem.
- Jakiś pijak, schlał się do nieprzytomności i teraz będzie spał
- Nic nie pił.
- Mam sprawdzić? - odpowiedziała z niedowierzaniem, przez tyle lat ile żyję na tym świecie nie mogła ani razu wierzyć mi na słowo.
- Daj mu spać, zostanie tu kilka dni.
- O nie nie, mój drogi. Nie ma mowy, z samego rana ma wracać do domu, zrozumiano? - nie mogę na to pozwolić, nie tym razem.
- Nie! To mój dom a ty jesteś w nim jedynie gościem. Pozwoliłem ci zostać bo są święta i nie chciałem żebyś spędzała je sama, więc nie rządź się tak, mam prawo przyprowadzać kogo chcę. - starałem się nie podnosić głosu. Rozumiałem, że starsza kobieta troszczy się o mnie i stara się ochronić mnie przed wszystkim co złe, ale nie mogła bezpodstawnie oskarżać Rukiego.
- Ja tylko chciałam.. Masz racje, Yuu jesteś już dorosły, muszę się do tego przyzwyczaić, śpij dobrze - szybko wyszła z pomieszczenia. W tej chwili zrobiło mi się przykro, mogłem powiedzieć to delikatniej, nie chciałem jej urazić.
Dopiero teraz dotarło do mnie jaki jestem głodny, przez cały dzień nic nie jadłem, to nie zdrowe opychać się na noc ale w przeciwnym wypadku nie będę w stanie zasnąć.
W lodówce znalazłem ostatni kawałek ciasta. Nieszczególnie miałem ochotę na dawkę cukru, lecz brakło mi również sił na szykowanie czegokolwiek innego.
Nalałem sobie z dzbanka zimnej herbaty.
Oparłem się o blat, wyglądając przez okno, w ciemności niewiele widziałem. Gwiazd na niebie praktycznie nie było, zajęte egzystencją pochowane za czarnymi chmurami.
Jedynie biały śnieg okrywający ziemie odbijał zimne światło latarni.
Jakiś szelest dobiegał z głębi mieszkania, pewnie to kwestia mojej wyobraźni.
Kolejny raz i w kuchni pojawił się opatulony kocem Ruki.
- Wiesz w jakim szoku byłem budząc się w obcym domu? - jego głos był zachrypnięty co dowodziło, że jeszcze chwilę temu smacznie spał. Wyglądał przeuroczo.
- Przepraszam, mogłem zostawić kartkę. - uśmiech mimowolnie zahaczył się o moje usta. Chłopak opadł na krzesło, kładąc się przy tym w połowie na stole.
- Ładne mieszkanie - ziewnął.
- W końcu moje.
- Pasuje do ciebie, jest tak samo puste jak twój umysł. - położyłem dłonie na jego ramionach.
- Masuj - zamruczał, nie domyślając się, że właśnie z tym zamiarem wykonałem ten ruch.
Posłusznie zacząłem spełniać rozkaz - wisisz mi jedną przysługę.
- Jeszcze czego , jestem ofiarą idiotyzmu japońskich architektów a ty chcesz się mną wysługiwać, pff - powoli się rozbudzał, jego ciało potrzebowało masażu, był strasznie spięty.
- Przez całe życie nim nie będziesz skarbie.
- Skarbie?
- Zbyt pedalsko?
- No co ty nie powiesz, ale to całkiem .. przyjemne - czyżby się zarumienił?
- Przyjemne? To też jest przyjemne? - powiedziałem prosto do jego ucha, muskając nosem szyje niższego. Na co powolnie i ociężale odwrócił się twarzą do mnie. Znajdował się przerażająco blisko,
Światło w korytarzu rozbłysło
- Mieszkasz z kimś? - odsunął się ode mnie na kilka centymetrów.
W ramach mojej odpowiedzi do kuchni weszła ona.
- O tej godzinie się śpi - jej głos brzmiał całkowicie trzeźwo, opętało mnie wrażenie, ze podsłuchiwała całą rozmowę. Spojrzałem na Rukiego, jego mina była zabójcza, coś pomiędzy zdziwieniem a frustracją.
- Rozmawiamy. To właśnie jest Ruki. Możesz właśnie zauważyć, że nie jest pijany. - powiedziałem aby Matsumoto nie mógł się wcześniej wtrącić.
- Dobrze, wierzę ci. Ale czy moglibyście już iść spać? Rano nie będziesz w stanie wstać.
- Dobranoc - byłem na przegranej pozycji, chwyciłem Rukiego pod ramie.
Zamknąłem za nami drzwi sypialni i przekręciłem klucz.
- Co to kurwa miało być ? - nie wiedział czy się roześmiać - kto to? Twoja matka?
- Babcia. - opadłem na łóżko - przyjechała bez zapowiedzi, nie chciałem żeby spędzała święta sama w domu, zresztą nie miałem wyboru, nie wiem jak długo tu zostanie.
- Ja pierdole jaka ona musi być stara jeżeli ty jesteś już tak stary.
- Rozumiem, że nie mówisz an co dzień literacką japońszczyzną ale proszę przynajmniej w tym domu wyrażaj się kulturalnie - dobiegło zza drzwi.
- Nie, to już przesada - Mimo wszystko ściszył głos do szeptu.
Machnąłem dłonią żeby dał spokój.
- Rozumiemy się? - nie odeszła. Ruki kuśtykając podszedł do drzwi, otworzył je, stając oko w oko z moją babcią. Nie święci się nic dobrego, a wręcz przeciwnie.
- Nie! Będę mówił jak mi się kurna podoba! A pani niech po prostu nie podsłuchuje! Jestem prawie u siebie a ty się tu sprowadziłaś i wszystkim przeszkadzasz! - 'prawie u siebie?' co on wyprawia?
- Ru, uspokój się - wstałem z miejsca
- Siadaj! - oboje warknęli. Wróciłem więc na miejsce
- Mam prawo odwiedzać mojego wnuka kiedy chcę! I jakiś gówniarz nie będzie mnie pouczał!
- Nie będziesz mi rozkazywać ani mnie obrażać! Również mam prawo przebywać tu ile chcę, kiedy chcę! Więc się nie wpierdalaj!!
- Ruki!
- Nie wtrącaj się! - znów odpowiedział mi chórek.
Zrezygnowałem.
- Nie podnoś głosu gdy do mnie mówisz! I wynocha w tej chwili z tego domu! Liczę do 3 i już cię tu nie ma!
- Jeszcze chwila a to ty stąd wylecisz! Aoi powiedz coś! - zdecydowałby się kiedyś.
- Sądzę, że jest już późno i moglibyście się zachowywać nieco ciszej bo jeszcze ktoś wezwie policję i to ja będę miał kłopoty - powiedziałem spokojnie, dwie pary nienawistnych spojrzeń przygwoździło mnie do ściany.
- Zabieram cię do siebie! - osiągnąłem swój cel, szkoda tylko, że właśnie w taki sposób.
Babcia nie fatygowała się zatrzymywaniem mnie.
Zegarek wskazywał 4:12 kiedy wsiadaliśmy do samochodu.
- Zawsze musisz być taki agresywny? - zapytałem, widząc, że Takanori cały czas jest niespokojny.
- A co to moja wina, że masz wkurwiającą babcię? Przynajmniej dowiedziałem się po kim to - czasem mam ochotę strzelić go w łeb za te uwagi. Ale muszę stwierdzić, że uwielbiam tego dzieciaka.
- Nie o to mi chodzi.. Bierzesz wszystko na serio, to niezdrowe.. Zresztą. - i tak mnie nie posłucha. - lepiej daj mi ten adres.
- To konieczne? Możemy jechać do Kai'a.
- Nie, kochany teraz już się nie wywiniesz - uśmiechnąłem się szyderczo.
- Takamatsu, Nerima 21- 3. Mam zacząć się bać, starszy człowieku?
- Jak znajdę odpowiedni sznur to owszem. -oplotłem dłońmi jego chudą szyję, udając, że sprawdzam jej obwód.
- Jak będę chciał umrzeć to wiem do kogo mam się zgłosić. Nie obchodzi mnie co będzie się działo z moim ciałem.
- Sugerujesz, że mam coś wspólnego z nekrofilią?
- Nieeeee no wcale - zaśmiał się cicho - możemy już jechać? Zimno mi.
- Chcesz moją kurtkę? - zaproponowałem.
- Mhm.- Zdjąłem część ubrania i okryłem go nią - dzięki.
- Spoko.
Dotarcie pod wskazany adres sprawiło mi mały problem, nigdy nie byłem w tej części miasta. Wskazówki Rukiego były mało pomocne. Po pewnym czasie stwierdził, że tak samo wie gdzie jesteśmy jak ja.
- Mówiłem żebyś skręcił w lewo- zamarudził zmęczony.
- Chwilę temu miało być prawo.
- Lewo, nie wpieraj mi, że lewo, wiem lepiej.
Zatrzymałem się na środku drogi, o tej porze nikt tędy nie jeździł.
- Aoi? Co.. Co ty? - zacząłem szukać nawigacji między nogami niższego.
- Nie ruszaj się - mruknąłem, nie zabierając ręki. Oczywiste było, że nie posłucha, gwałtownie przesunął biodro w lewo, przez co osunąłem się w jego stronę a moja dłoń wylądowała idealnie na jego kroczu
Z gardła wokalisty wyrwał się cichy syk, ku memu zdziwieniu wcale nie odskoczył.
- Mówiłem, żebyś się nie ruszał idioto - wstanie byłoby najlepszym rozwiązaniem, gdyby nie to, że musiałbym jeszcze bardziej go wymacać.
- Aoi proszę zabierz tą rękę .. JUŻ.
- Tylko się nie ruszaj. Jasne? NIE RUSZAJ. - czułem, ze dzieje się coś niedobrego, ręką wyczułem jak w kroczu chłopaka powstaje wybrzuszenie.
Podniecił się. Ja go podnieciłem?
Szybko się podniosłem.
Ruki był cały czerwony, unikał kontaktu wzrokowego. Będą wolnym od razu podciągał nogi, dodatkowo zasłaniając krok kurtką.
- Wpiszę adres i za kilka minut powinniśmy być na miejscu - przyjąłem strategię jakby nic się nie stało. Czasem lepiej przemilczeć niektóre sprawy.
piątek, 5 lipca 2013
Uruha x Kai - pozytywna zmiana poglądów-
Ohayo. Trudno było oderwać się od South parku, ale jakoś się udało. Tylko proszę, mnie nie bić, jeżeli się nie spodoba ^ ^'
Zdyszany zatrzymałem się na peronie.
~*~
Zdyszany zatrzymałem się na peronie.
- Ja pierdolę - warknąłem pod nosem, właśnie uciekł mi pociąg. Kolejny przyjedzie dopiero za godzinę. Nie mam zamiaru czekać tak długo na mrozie. Być może przesadzam, w rzeczywistości kalendarzowa zima skończyła się ponad 3 tygodnie temu ale pogoda na najbliższe dni nie zapowiadała się kolorowo.
Ruszyłem przed siebie. W pierwszej chwili wpadłem na pomysł odwiedzenia przyjaciela z czasów liceum, od jakiegoś czasu planowałem odnowienie tej znajomości.
Jednak skończyłem jak zwykle przy kieliszku wódki w obskurnym barze na przedmieściach.
Ostatnio co raz więcej czasu spędzałem w tego typu miejscach, niegdyś po pracy codziennie spotykałem się ze znajomymi, nie koniecznie przy alkoholu. Miło spędzaliśmy czas na rozmowie, zabawie i weekendowych wypadach za miasto. Lecz wszystko musi się kiedyś skończyć.Tak było i w tym przypadku. Z biegiem czasu powolutku zaczęło się psuć. Zamiast o imprezach i pogawędkach wszyscy po kolei na poważnie zaczęli myśleć o związkach. Znajdowali dziewczyny/ chłopaków. Spotkanie stawały się co raz rzadsze, ale nadal istniały. Co prawda nie obyło się bez kilku rozstań, owocujących długimi nocami w towarzystwie wódki i dobrych kumpli, ale w końcu wcześniej czy później zawierali związki małżeńskie a priorytetem stawała się rodzina i jej powiększanie. Mój najlepszy przyjaciel Yuu niedawno po raz drugi został ojcem. Nie przepadam za dziećmi, w szczególności tymi małymi, mimo to pojawiłem się na przyjęciu zorganizowanym właśnie z tej okazji. Wszyscy zachwycali się małym, okropnym i przerażająco hałaśliwym bachorem. Tylko mnie skutecznie odpychał.
Zostaje niewyjaśnione, co ja właściwie tu robię? Czy nie powinienem spieszyć się teraz do dziewczyny, może nawet żony? Albo chociażby poinformować ją o ucieczce pociągu ? Z całego grona jedynie ja pozostałem sam. Samo słowo związek mnie odrzuca. Za dużo zobowiązań, utrata indywidualizmu, za dużo starań o względy drugiej osoby i wiele innych minusów. Zamiast ciepłego domu w którym zawsze ktoś czeka wybrałem alkohol. Przynajmniej on jeden mnie nie ogranicza. Jedyne czego szczerze nienawidzę to kac. Zdołałem już nabrać wprawy, żeby nie okazywać w pracy w jakim faktycznie stanie jest mój organizm po nocnym piciu. Przez cały tydzień chodzę niewyspany. W dni wole spędzam w łóżku prawie całe 24 godziny.
Zamówiłem kolejne z rzędu, 3 już piwo. Barman z niechęcią napełnił kufel i uważnie prześwietlając mnie wzrokiem postawił naczynie przede mną.
- Hey Satoshi, to co zwykle - miejsce koło mnie zajął szeroko uśmiechnięty brunet. Zapewne miał co świętować. Zresztą nie moja sprawa.
- O pierwszy raz cię tu widzę - odwraca się przodem do mnie.
- nie mieszkam w okolicy - odburknąłem,
- jestem Yutaka ale wolę być nazywany Kai - wysuwa rękę w moim kierunku. Chłopak najprawdopodobniej szuka rozmowy. Z Kimkolwiek. Pech chciał, ze wypadło na mnie.
- Kouyou, po prostu Kouyou - ton mojego głosu nie ulegał zmianie.
- Więc co tu robisz Kou? - właściwie co go to obchodzi? Czy będę niemiły mówiąc "a co się robi w barze, yy?" ?
- pociąg mi uciekł i postanowiłem jakoś przeczekać ten czas - dlaczego w ostatniej chwili zmieniłem wypowiedź? Muszę przyznać jest w nim coś interesującego, pociągającego do głębszego poznania. Urody również mu nie brakowało. W tym momencie rodzi się pytanie dotyczące mojej orientacji, mam racje?
Dla rozwiania wszelkich niepewności, powiem, że nie jestem gejem. Podobają mi się kobiety.. Mężczyźni również. Jak ktoś wpadnie mi w oko to staram się spędzić z nim tę noc. Płeć nie ma dla mnie większego znaczenia.
- pijany raczej daleko nie zajedziesz - uśmiech nie znikał z jego ust, uwydatniając tym urocze dołeczki. W mojej opinii wyglądało to jakby niezbyt wiedział co się wokół niego dzieje bądź też nie miał nic do powiedzenia.
- nie jestem pijany - zaprotestowałem, w głowie tylko lekko mi się kręciło. Wziąłem do ust sporego łyka piwa. W między czasie barman zdążył zaserwować, zamówioną przez niego szklankę whisky.
W odpowiedzi uraczył mnie rozbawionym spojrzeniem.
- czym się zajmujesz ?- zmieniłem temat, Wolę unikać tematu zanim nawet się zaczął. Nie jestem uzależniony, w każdej chwili mogę przestać pić.
- Właściwie to niczym. Kiedy jest ciepło podejmuję prace dorywcze. Zimą chwilę przepracuję tu, chwilę tam. Głównie skupiam się na tym co lubię. Jestem perkusistą. A ty? - zawiesił ramię na moim, jego dłoń przywarła do szyi, miał wyjątkowo miłą w dotyku skórę.
- Nudna robota 12 godzin za biurkiem - nie chcę zanudzać opowieściami o mojej codzienności w pracy agenta ubezpieczeniowego. Od prawie 5 lat pracuję w tej samej firmie. Do Tokyo przyjechałem 9 lat temu. Wydaje się, że to było zaledwie wczoraj. Tamte czasy chociaż nie obfitowały w pieniądze, były najwspanialszymi w moim życiu. Zaczynałem od zera, kompletnie nie znając miasta. Do tamtego momentu ani razu nie byłem w stolicy, większość swojego życia spędzałem w moim ojczystym mieście Kanagawa. Nad przeprowadzką zacząłem intensywnie myśleć wiele miesięcy przed podjęciem tak poważnego kroku. Większe miasto dawało mi większe możliwość rozwoju. Tak też dzień po 17 urodzinach pożegnałem rodziców, wszystkich znajomych i ruszyłem w nieznane.
- hę? Nie wyglądasz na kogoś takiego
- co masz przez to na myśli? - ma racje, mój ubiór całkowicie różni się od formalnego. Firmowy garnitur leżał głęboko w biurowej szafce na 15 piętrze budynku oddalonego kilka kilometrów stąd. Natomiast na sobie miałem już lekko poszarpany czarny t-shirt z logo Iron Maiden, bluzę z kapturem oraz czarną skórzaną kurtkę o kroju zbliżonym do ramoneski. Pomijają strój, moje włosy zawsze sięgały dalej niż za ramiona, w dodatku ostatnimi czasy poprzez zaniedbanie zyskały sporo na długości, do takiego stopnia, że nie jednak dziewczyna z Shibuya mogła się takowymi poszczycić.
- wyglądasz jak ojciec rock'n rolla ! - odstawiłem pusty kufel, gestem dłoni oznajmiłem barmanowi ponowienie zamówienia.
- bez przesady - zaprzeczyłem bezzwłocznie.. Słyszałem całą masę różnych określeń, ale jeszcze nigdy czegoś tak nonsensownego.
-.. kształt twoich ust - zawahał się, uśmiech z jego ust powędrował na moje. Reakcje ludzi na defekt którego jestem posiadaczem nigdy nie przestaną mnie śmieszyć. Fascynujące, jak przez tak małą rzecz łatwo błędnie zaszufladkować człowieka.
Widząc moją reakcje na swoje słowa, sam ciepło się roześmiał.
Czas mijał, ilość pustych naczyń na blacie wraz ze stężeniem alkoholu we krwi nieustannie rosła. Nasza rozmowa stawała się coraz bardziej interesująca i głośniejsza, przez co męcząca dla reszty klientów . Tracę kontrolę nad sobą i swoimi poczynaniami.
- uspokój swojego kochasia, albo stąd spierdalać - dudniący, basowy głos rozbrzmiał za moimi plecami, nieprzejęty tym kontynuowałem opowieść. Dokładniej to niemający sensu zbitek kilku całkowicie niepowiązanych historii.
Kai, będący w o niebo lepszym stanie niż ja (nie ma się co dziwić, jak dotąd wypił jedynie 3 szklanki whisky rozcieńczonej lodem ) zaczął uspokajać wzburzonego osiłka. Czynnikiem skutecznie mu to utrudniającym byłem JA.
- JEŻELI CI CHOĆ TROCHĘ ZALEŻY NA JEGO ZDROWIU BIERZ TEGO SKURWIELA ZA SZMATY I WYPIERDALAĆ! -ryknął, szturchając bruneta łokciem. Mężczyzna do końca stracił panowanie nad sobą. Mógłbym teraz powiedzieć, że wszystko co wydarzyło się dalej jest oczywiste, Yutaka oddalił się nie zważając na mnie, lecz los potoczył się inaczej ...
- Kou proszę, nie mów nic przez chwilę, dobrze? - szepnął wprost do mojego ucha z pełnym spokojem. - pomogę ci wstać, ok?
Zaskoczony jedynie kiwnąłem głową, na co chwycił mnie pod barki i delikatnie ale stanowczo pociągnął ku górze. Zakręciło mi się w głowie, nogi załamały się pod moim ciężarem. Chłopak ma naprawdę dobry refleks, w ostatniej chwili wybawił mnie od spotkania z podłogą.
Majacząc coś pod nosem zostałem wyprowadzony na dwór, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Zimny północny wiatr owiał moje nagie ramiona., w rozgrzanym atmosferą i wydzielającymi ciepło urządzeniami wnętrzu dawno pozbyłem się okrycia wierzchniego.
Domniemany perkusista posadził mnie na ławce, opatulił kurtką i usiadł obok.
Moje powieki stawały się ciężkie. Przez chwilę próbowałem walczyć z sennością. W końcu poddałem się i kompletnie odpłynąłem.
**
- O chłopie, chyba przesadziłeś - powitał mnie nieznajomy głos, ledwo co oprzytomniałem.
Leżę na czymś miękkim, chyba łóżku, głowa mi pęka. - codziennie tyle pijesz? - znów ten sam głos. Zmuszam się do otworzenia oczu, spodziewając się widoku nagiego mężczyzny przy moim boku.
Unoszę jedną powiekę. Mija jakiś czas nim przyzwyczaiłem się do oświetlenia.
Przy skórzanej sofie na której jeszcze chwilę temu spałem, kucał brunet z kubkiem parującej, aromatycznej herbaty. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, było duże i przestrzenne, jedynymi meblami była duża szafa na przeciwko okna i dużo mniejsza komoda przy przesuwanych drzwiach.
- wypij, dobrze ci to zrobi - podsunął mi kubek. Powróciłem wzrokiem do chłopaka. Kim on jest? Co ja tu robię? I co najważniejsze, gdzie tak właściwie jestem?
Odbieram herbatę i pociągam sporego łyka. Napój jest przerażająco słodki.
Wiem! Poznałem go wczoraj w barze, wypiłem z nim jedno czy dwa piwa.. i co dalej? To musi być jego mieszkanie. Spoglądam na swoje ubranie. Hę? Mam na sobie pachnącą proszkiem do prania niebieską koszulkę i luźne szare spodnie.
- przyniosę ci coś przeciwbólowego - oznajmił i wyszedł z pokoju. Gdyby nie rozpierający ból głowy, czułbym się genialnie w miękkiej pościeli.
Podniosłem się do siadu. Nie może przestać nurtować mnie jedno pytanie.
Wraca z opakowaniem paracetamolu. Dopiero teraz dostrzegam, że jest naprawdę pociągający, nawet sposób w jakim się porusza jest przeuroczy.
Uśmiechnął się. Szlag! Musiał zauważyć jak się na niego gapię.
- trochę mi zajęło dotarganie cię tutaj, zdążyłeś opowiedzieć mi o swojej podstawówce. - podał mi tabletki. Bez wahania łykam kilka i popijam ciągle gorącą herbatą - prześpij się jeszcze.
- która godzina? - nie wiem po co pytam, straciłem rachubę, nie wiem nawet jaki dziś dzień.
- 15
- nie powinieneś być w pracy?
- wczoraj się zwolniłem. Zajefajne uczucie. - zaśmiał się. Racja, nie raz korciło mnie wygarnąć szefowi co tak faktycznie o nim sądzę, powstrzymuję się chyba jedynie dlatego, że nie chce mi się szukać nowej pracy. - przepraszam, jeżeli przeze mnie będziesz mieć kłopoty, ale tak słodko spałeś, że nie miałem serca cię budzić.
- najwyżej będziesz mi winny połowę wypłaty - położyłem głowę na jego ramieniu. Coś mnie tchnęło i już nie mogłem, hm.. nie chciałem się wycofać. Od razu poczułem się lepiej. Nie wiem dlaczego.
Jego dłoń wylądowała w moich włosach.
- zdążyłem cię polubić, tyle o sobie opowiadałeś, że mam wrażenie jakby minęło więcej niż niecały 16 godzin.
- Jezu, musiałem cię serio zanudzić. Szkoda tylko, że nic nie pamiętam.
- Pod koniec drogi nie byłem w stanie zrozumieć ani słowa- zmierzwił mi włosy.
- śnił mi się sen o spełnianiu marzeń - nagle mi się przypomniało.
- jakie są twoje?
- czy ja wiem..
- przestań, każdy o czymś marzy! - lekko przytulił mnie do siebie.
Skamieniałem, nie miałem ochoty wyrywać się z uścisku, a wręcz przeciwnie. To właśnie mnie przeraża.
Na usta nasuwał mi się krótka odpowiedź. 'Nie przestawaj'
Ostatnio co raz więcej czasu spędzałem w tego typu miejscach, niegdyś po pracy codziennie spotykałem się ze znajomymi, nie koniecznie przy alkoholu. Miło spędzaliśmy czas na rozmowie, zabawie i weekendowych wypadach za miasto. Lecz wszystko musi się kiedyś skończyć.Tak było i w tym przypadku. Z biegiem czasu powolutku zaczęło się psuć. Zamiast o imprezach i pogawędkach wszyscy po kolei na poważnie zaczęli myśleć o związkach. Znajdowali dziewczyny/ chłopaków. Spotkanie stawały się co raz rzadsze, ale nadal istniały. Co prawda nie obyło się bez kilku rozstań, owocujących długimi nocami w towarzystwie wódki i dobrych kumpli, ale w końcu wcześniej czy później zawierali związki małżeńskie a priorytetem stawała się rodzina i jej powiększanie. Mój najlepszy przyjaciel Yuu niedawno po raz drugi został ojcem. Nie przepadam za dziećmi, w szczególności tymi małymi, mimo to pojawiłem się na przyjęciu zorganizowanym właśnie z tej okazji. Wszyscy zachwycali się małym, okropnym i przerażająco hałaśliwym bachorem. Tylko mnie skutecznie odpychał.
Zostaje niewyjaśnione, co ja właściwie tu robię? Czy nie powinienem spieszyć się teraz do dziewczyny, może nawet żony? Albo chociażby poinformować ją o ucieczce pociągu ? Z całego grona jedynie ja pozostałem sam. Samo słowo związek mnie odrzuca. Za dużo zobowiązań, utrata indywidualizmu, za dużo starań o względy drugiej osoby i wiele innych minusów. Zamiast ciepłego domu w którym zawsze ktoś czeka wybrałem alkohol. Przynajmniej on jeden mnie nie ogranicza. Jedyne czego szczerze nienawidzę to kac. Zdołałem już nabrać wprawy, żeby nie okazywać w pracy w jakim faktycznie stanie jest mój organizm po nocnym piciu. Przez cały tydzień chodzę niewyspany. W dni wole spędzam w łóżku prawie całe 24 godziny.
Zamówiłem kolejne z rzędu, 3 już piwo. Barman z niechęcią napełnił kufel i uważnie prześwietlając mnie wzrokiem postawił naczynie przede mną.
- Hey Satoshi, to co zwykle - miejsce koło mnie zajął szeroko uśmiechnięty brunet. Zapewne miał co świętować. Zresztą nie moja sprawa.
- O pierwszy raz cię tu widzę - odwraca się przodem do mnie.
- nie mieszkam w okolicy - odburknąłem,
- jestem Yutaka ale wolę być nazywany Kai - wysuwa rękę w moim kierunku. Chłopak najprawdopodobniej szuka rozmowy. Z Kimkolwiek. Pech chciał, ze wypadło na mnie.
- Kouyou, po prostu Kouyou - ton mojego głosu nie ulegał zmianie.
- Więc co tu robisz Kou? - właściwie co go to obchodzi? Czy będę niemiły mówiąc "a co się robi w barze, yy?" ?
- pociąg mi uciekł i postanowiłem jakoś przeczekać ten czas - dlaczego w ostatniej chwili zmieniłem wypowiedź? Muszę przyznać jest w nim coś interesującego, pociągającego do głębszego poznania. Urody również mu nie brakowało. W tym momencie rodzi się pytanie dotyczące mojej orientacji, mam racje?
Dla rozwiania wszelkich niepewności, powiem, że nie jestem gejem. Podobają mi się kobiety.. Mężczyźni również. Jak ktoś wpadnie mi w oko to staram się spędzić z nim tę noc. Płeć nie ma dla mnie większego znaczenia.
- pijany raczej daleko nie zajedziesz - uśmiech nie znikał z jego ust, uwydatniając tym urocze dołeczki. W mojej opinii wyglądało to jakby niezbyt wiedział co się wokół niego dzieje bądź też nie miał nic do powiedzenia.
- nie jestem pijany - zaprotestowałem, w głowie tylko lekko mi się kręciło. Wziąłem do ust sporego łyka piwa. W między czasie barman zdążył zaserwować, zamówioną przez niego szklankę whisky.
W odpowiedzi uraczył mnie rozbawionym spojrzeniem.
- czym się zajmujesz ?- zmieniłem temat, Wolę unikać tematu zanim nawet się zaczął. Nie jestem uzależniony, w każdej chwili mogę przestać pić.
- Właściwie to niczym. Kiedy jest ciepło podejmuję prace dorywcze. Zimą chwilę przepracuję tu, chwilę tam. Głównie skupiam się na tym co lubię. Jestem perkusistą. A ty? - zawiesił ramię na moim, jego dłoń przywarła do szyi, miał wyjątkowo miłą w dotyku skórę.
- Nudna robota 12 godzin za biurkiem - nie chcę zanudzać opowieściami o mojej codzienności w pracy agenta ubezpieczeniowego. Od prawie 5 lat pracuję w tej samej firmie. Do Tokyo przyjechałem 9 lat temu. Wydaje się, że to było zaledwie wczoraj. Tamte czasy chociaż nie obfitowały w pieniądze, były najwspanialszymi w moim życiu. Zaczynałem od zera, kompletnie nie znając miasta. Do tamtego momentu ani razu nie byłem w stolicy, większość swojego życia spędzałem w moim ojczystym mieście Kanagawa. Nad przeprowadzką zacząłem intensywnie myśleć wiele miesięcy przed podjęciem tak poważnego kroku. Większe miasto dawało mi większe możliwość rozwoju. Tak też dzień po 17 urodzinach pożegnałem rodziców, wszystkich znajomych i ruszyłem w nieznane.
- hę? Nie wyglądasz na kogoś takiego
- co masz przez to na myśli? - ma racje, mój ubiór całkowicie różni się od formalnego. Firmowy garnitur leżał głęboko w biurowej szafce na 15 piętrze budynku oddalonego kilka kilometrów stąd. Natomiast na sobie miałem już lekko poszarpany czarny t-shirt z logo Iron Maiden, bluzę z kapturem oraz czarną skórzaną kurtkę o kroju zbliżonym do ramoneski. Pomijają strój, moje włosy zawsze sięgały dalej niż za ramiona, w dodatku ostatnimi czasy poprzez zaniedbanie zyskały sporo na długości, do takiego stopnia, że nie jednak dziewczyna z Shibuya mogła się takowymi poszczycić.
- wyglądasz jak ojciec rock'n rolla ! - odstawiłem pusty kufel, gestem dłoni oznajmiłem barmanowi ponowienie zamówienia.
- bez przesady - zaprzeczyłem bezzwłocznie.. Słyszałem całą masę różnych określeń, ale jeszcze nigdy czegoś tak nonsensownego.
-.. kształt twoich ust - zawahał się, uśmiech z jego ust powędrował na moje. Reakcje ludzi na defekt którego jestem posiadaczem nigdy nie przestaną mnie śmieszyć. Fascynujące, jak przez tak małą rzecz łatwo błędnie zaszufladkować człowieka.
Widząc moją reakcje na swoje słowa, sam ciepło się roześmiał.
Czas mijał, ilość pustych naczyń na blacie wraz ze stężeniem alkoholu we krwi nieustannie rosła. Nasza rozmowa stawała się coraz bardziej interesująca i głośniejsza, przez co męcząca dla reszty klientów . Tracę kontrolę nad sobą i swoimi poczynaniami.
- uspokój swojego kochasia, albo stąd spierdalać - dudniący, basowy głos rozbrzmiał za moimi plecami, nieprzejęty tym kontynuowałem opowieść. Dokładniej to niemający sensu zbitek kilku całkowicie niepowiązanych historii.
Kai, będący w o niebo lepszym stanie niż ja (nie ma się co dziwić, jak dotąd wypił jedynie 3 szklanki whisky rozcieńczonej lodem ) zaczął uspokajać wzburzonego osiłka. Czynnikiem skutecznie mu to utrudniającym byłem JA.
- JEŻELI CI CHOĆ TROCHĘ ZALEŻY NA JEGO ZDROWIU BIERZ TEGO SKURWIELA ZA SZMATY I WYPIERDALAĆ! -ryknął, szturchając bruneta łokciem. Mężczyzna do końca stracił panowanie nad sobą. Mógłbym teraz powiedzieć, że wszystko co wydarzyło się dalej jest oczywiste, Yutaka oddalił się nie zważając na mnie, lecz los potoczył się inaczej ...
- Kou proszę, nie mów nic przez chwilę, dobrze? - szepnął wprost do mojego ucha z pełnym spokojem. - pomogę ci wstać, ok?
Zaskoczony jedynie kiwnąłem głową, na co chwycił mnie pod barki i delikatnie ale stanowczo pociągnął ku górze. Zakręciło mi się w głowie, nogi załamały się pod moim ciężarem. Chłopak ma naprawdę dobry refleks, w ostatniej chwili wybawił mnie od spotkania z podłogą.
Majacząc coś pod nosem zostałem wyprowadzony na dwór, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Zimny północny wiatr owiał moje nagie ramiona., w rozgrzanym atmosferą i wydzielającymi ciepło urządzeniami wnętrzu dawno pozbyłem się okrycia wierzchniego.
Domniemany perkusista posadził mnie na ławce, opatulił kurtką i usiadł obok.
Moje powieki stawały się ciężkie. Przez chwilę próbowałem walczyć z sennością. W końcu poddałem się i kompletnie odpłynąłem.
**
- O chłopie, chyba przesadziłeś - powitał mnie nieznajomy głos, ledwo co oprzytomniałem.
Leżę na czymś miękkim, chyba łóżku, głowa mi pęka. - codziennie tyle pijesz? - znów ten sam głos. Zmuszam się do otworzenia oczu, spodziewając się widoku nagiego mężczyzny przy moim boku.
Unoszę jedną powiekę. Mija jakiś czas nim przyzwyczaiłem się do oświetlenia.
Przy skórzanej sofie na której jeszcze chwilę temu spałem, kucał brunet z kubkiem parującej, aromatycznej herbaty. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, było duże i przestrzenne, jedynymi meblami była duża szafa na przeciwko okna i dużo mniejsza komoda przy przesuwanych drzwiach.
- wypij, dobrze ci to zrobi - podsunął mi kubek. Powróciłem wzrokiem do chłopaka. Kim on jest? Co ja tu robię? I co najważniejsze, gdzie tak właściwie jestem?
Odbieram herbatę i pociągam sporego łyka. Napój jest przerażająco słodki.
Wiem! Poznałem go wczoraj w barze, wypiłem z nim jedno czy dwa piwa.. i co dalej? To musi być jego mieszkanie. Spoglądam na swoje ubranie. Hę? Mam na sobie pachnącą proszkiem do prania niebieską koszulkę i luźne szare spodnie.
- przyniosę ci coś przeciwbólowego - oznajmił i wyszedł z pokoju. Gdyby nie rozpierający ból głowy, czułbym się genialnie w miękkiej pościeli.
Podniosłem się do siadu. Nie może przestać nurtować mnie jedno pytanie.
Wraca z opakowaniem paracetamolu. Dopiero teraz dostrzegam, że jest naprawdę pociągający, nawet sposób w jakim się porusza jest przeuroczy.
Uśmiechnął się. Szlag! Musiał zauważyć jak się na niego gapię.
- trochę mi zajęło dotarganie cię tutaj, zdążyłeś opowiedzieć mi o swojej podstawówce. - podał mi tabletki. Bez wahania łykam kilka i popijam ciągle gorącą herbatą - prześpij się jeszcze.
- która godzina? - nie wiem po co pytam, straciłem rachubę, nie wiem nawet jaki dziś dzień.
- 15
- nie powinieneś być w pracy?
- wczoraj się zwolniłem. Zajefajne uczucie. - zaśmiał się. Racja, nie raz korciło mnie wygarnąć szefowi co tak faktycznie o nim sądzę, powstrzymuję się chyba jedynie dlatego, że nie chce mi się szukać nowej pracy. - przepraszam, jeżeli przeze mnie będziesz mieć kłopoty, ale tak słodko spałeś, że nie miałem serca cię budzić.
- najwyżej będziesz mi winny połowę wypłaty - położyłem głowę na jego ramieniu. Coś mnie tchnęło i już nie mogłem, hm.. nie chciałem się wycofać. Od razu poczułem się lepiej. Nie wiem dlaczego.
Jego dłoń wylądowała w moich włosach.
- zdążyłem cię polubić, tyle o sobie opowiadałeś, że mam wrażenie jakby minęło więcej niż niecały 16 godzin.
- Jezu, musiałem cię serio zanudzić. Szkoda tylko, że nic nie pamiętam.
- Pod koniec drogi nie byłem w stanie zrozumieć ani słowa- zmierzwił mi włosy.
- śnił mi się sen o spełnianiu marzeń - nagle mi się przypomniało.
- jakie są twoje?
- czy ja wiem..
- przestań, każdy o czymś marzy! - lekko przytulił mnie do siebie.
Skamieniałem, nie miałem ochoty wyrywać się z uścisku, a wręcz przeciwnie. To właśnie mnie przeraża.
Na usta nasuwał mi się krótka odpowiedź. 'Nie przestawaj'
*2*
- Nie. To nie było tak - chłopak delikatnie palnął mnie w czoło.
- Sugerujesz, że źle zapamiętałem dzień w którym moje życie nabrało sensu, kochanie? - pokazałem mu język.
Tylko pomyśleć, że od tamtych zdarzeń minęło kilka miesięcy. Wszystko odwróciło si do góry nogami,przede wszystkim moje poglądy diametralnie się zmieniły.
- Za każdym razem coś przekształcasz.
- Wcale nie! - zaprotestowałem. Nigdy nie potrafił przyznać się do swojej pomyłki.- jeżeli jesteś taki mądry to sam to opowiedz.
- Litości! Nie wytrzymam kolejnej godziny. Kiedy obiad? - Yuu siedzący po drugim końcu stołu energicznie zamachał rękoma.
- Phi. A ty ciągle o jednym - założyłem ramiona. Kai na którego kolanach spoczywałem zaczął cicho chichotać, co nie obyło się bez mojej reakcji w postaci kuksańca.
- Tak pięknie razem wyglądacie. Mogę wam zrobić zdjęcie? - zapytała dziewczyna której imienia nie pamiętam. Nie, to nie przez alkohol. Od prawie 5 miesięcy nie wypiłem nawet łyka, nie licząc odrobiny szampana, oczywiście jednorazowo.
- nie ma takiej potrzeby. Znajdź w encyklopedii pod słowem 'seksowny' - nie lubię uwieczniania wszystkiego. Zrobi 300 zdjęć, zrzuci na dysk i nigdy więcej do nich nie zajrzy.
- Chwila! To już tak późno?! My się zbieramy. Do następnego - Yutaka pociągnął mnie do wyjścia. Nie zdążyłem się pożegnać. Co on znów najlepszego wymyślił? Odkąd go poznałem przynajmniej nie mogę narzekać na nudę, przy nim to nie istnieje. Prawdziwy dzieciak z adhd i głową pełną przeróżnych pomysłów.
- Co żeś znów wymyślił? - wtuliłem się w jego ramię, aby się ogrzać. Temperatura sięgała nieco ponad zero.
- Czyli z twoją pamięcią nie jest najlepiej, chyba powinienem kupić ci na to jakieś tabletki - troskliwie opatulił moją szyję szalikiem. Nie może mi czegokolwiek zarzucić, dla lepszego spamiętania wszelkie terminy zapisuję w notatniku, który zawsze mam przy sobie.
Co do mojej pracy, Kai nie musiał mnie długo przekonywać.
- W podziękowaniu dostałbyś darmową eksmisje na kanapę na czas nieokreślony.
- Jak możesz być tak okrutny?!
- Mogłeś się nie godzić, na wspólne życie ze mną, skarbie - zatrzymał się na środku chodnika - hę? - również się zatrzymuję.
- Za dużo bym stracił. - wyciąga coś z kieszeni. Zaczyna się tym bawić. Delikatnie się zbliżam, dopiero teraz zauważyłem czym jest ów przedmiot. - chciałem ci kupić kwiatki na rocznicę no aaaa~le tak jakoś wyszło.
Kurwa! Jak mogłem zapomnieć o tak ważnym dniu. Prze pół dnia próbował mi to zasugerować. Mam wrażenie jakbym zaraz miał zapaść się pod ziemię. Nie mam nic dla niego. Nerwowo zacząłem obgryzać paznokcie.
- Kou - przysuwa się na tyle, że swobodnie może zapleść ręce w moim pasie- chociaż zależy jak to liczyć, bo właś..
- Dobra, nic już nie mów - zamknąłem mu usta pocałunkiem. Oderwaliśmy się od siebie po czasie, żeby złapać oddech.
Wręczył mi małe pudełeczko.
- Co to?
- Sam zobacz - uchyliłem wieczko i spojrzałem do środka.
- Baka!
Brunet nie wytrzymał i wybuchnął nieopanowanym śmiechem - też cię kocham! - wydukał w końcu, ciągle nie mogąc się opanować.
Ułożyłem usta na jego szyi i wbiłem zęby.
- Muszę zostać masochistą,
Oderwałem się, pozostawiając po sobie czerwony ślad.
- Kocham cię, wiesz? - szepnąłem.
- Kiedyś nagram to wyznanie i będę słuchać cały dzień.
- Chodź do domu, bo zimno. - wsunąłem ręce kieszenie jego kurtki w poszukiwaniu rękawiczek.
- Chciałbym jeszcze cię gdzieś zabrać, co ty na to?
- Z tobą wszędzie - chwyciłem go za dłoń i pozwoliłem poprowadzić się w nieznane.
Jeżeli kiedykolwiek powiedziałem, że miłość nie istnieje to muszę przyznać. Raz w życiu nie miałem racji.
the end.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


