środa, 30 marca 2016

Kara - Drarry Oneshot

- To znowu twoja wina. Jesteś skończonym kretynem Potter - blond włosy chłopak mruknął z obrzydzeniem podnosząc z podłogi mokrą ścierę. Ich ostatnia kłótnia doprowadziła do tego, że teraz obaj zamiast spędzać czas na odpoczynku w pokojach wspólnych ich dormitoriów musieli za karę posprzątać bałagan który sami stworzyli na popołudniowych zajęciach z eliksirów. Zadanie z pozoru proste, ale w momencie gdy obaj nie mogli użyć przy tym nawet najprostszej magii, a arystokrata nie ma zielonego pojęcia do czego służy mop poprzeczka się podnosi
- Skończ już. Nie wiem jak ty ale mam zamiaru spędzać tu całego wieczoru - westchnął Wybraniec,
ścierając z blatu jednej z ławek lepką, zieloną substancję. Nie miał już siły na dalsze dyskusje ze Ślizgonem. Dzięki temu w jakich warunkach spędził dzieciństwo przynajmniej on wiedział wystarczająco dużo o porządkach domowych.
- No to przecież mówię żebyś robił to szybciej
- Chyba sobie kpisz. Nie będę wykonywał całej roboty za ciebie - Skończywszy doprowadzanie ławki do właściwego stanu, wyprostował się żeby odciążyć ,zaczynające go boleć od nienaturalnie przygarbionej postawy, plecy. Spojrzał na kontemplującego nad wiadrem brudnej wody towarzysza -Po prostu przetrzyj tą podłogę, od dwudziestu minut się do tego zabierasz - ten brak przystosowania Malfoya do normalnego życia wywoływał u Złotego Chłopca napad migreny
- No już, już! Nie poganiaj mnie - widząc na sobie zmęczone spojrzenie bruneta, które najwyraźniej nie miało zamiaru dać mu spokoju do czasu aż zabierze się za swoją część zadania z nieukrywanym zgorszeniem zaczął, na kolanach, myć podłogę - Niech ten staruch tylko poczeka aż mój ojciec się o tym dowie - mamrotał sam do siebie, wściekły za to upokorzenie
Harry aż uśmiechnął się pod nosem, zawsze bawiło go to w jaki sposób Ślizgon wyraża swoje oburzenie. Podwinął rękawy koszuli kompletnie zapominając o tym, że nie powinien tego robić. Bystre oko jasnowłosego szybko dostrzegło pokrywające przedramiona Pottera sznyty.
Wspólnymi siłami w czasie godziny dokończyli sprzątanie, chociaż osiemdziesiąt procent i tak zostało wykonane przez Wybrańca to było to wielkie osiągnięcie ponieważ po raz pierwszy w życiu współpracowali i obaj musieli przyznać, że wcale nie było tak źle. Dumbledor doskonale wiedział co robi wybierając właśnie taką formę kary
- Widziałem twoje ręce - Draco zagrodził brunetowi przejście w drzwiach. Skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na niższego o pół głowy chłopaka oczekując wyjaśnienia
- Śmiało nabijaj się ze mnie. Szczerze mówiąc już mam to gdzieś
- Dlaczego to robisz? - wbrew przypuszczeniom reakcja Malfoya była zupełnie inna
- I tak tego nie zrozumiesz
- To mi wytłumacz - wrodzony upór kazał mu poznać również tą tajemnicę
- Nie wiesz jak to jest kiedy wszyscy na ciebie liczą a ty nie masz na tyle siły by sprostać ich oczekiwaniom. Nie wiesz jak to jest gdy ludzie oddają za ciebie życie, pokładają w tobie wszelkie nadzieję a ty nie jesteś w stanie pokonać własnych demonów. Myślisz, że chcę być Wybrańcem? Cholera, każdego dnia zastanawiam się dlaczego nie mógłbym być normalnym człowiekiem z pełną rodziną. Dla tego byłbym w stanie poświęcić magię. Nie chcę żeby ktokolwiek jeszcze zginął z mojej winy - wyznał Potter, zanim zdążył ugryźć się w język. Mówił szczerze jak po serum prawdy. Zwierzał się swojemu wrogowi, prześladowcy, komuś kto nienawidził go z zasady. Czuł, że jeszcze bardziej się tym pogrąża - Puść mnie, nie mam dziś siły wysłuchiwać jak się ze mnie nabijasz
- Nie mam zamiaru tego robić
- Więc po co to wszystko ? - Wybraniec zmarszczył brwi coraz mniej rozumiejąc zachowanie opanowanego, dziwnie spokojnego i poważnego rówieśnika
- Może nie wiem jak to jest być tobą. Ale wiem co to znaczy nie mieć wyboru i wpływu na własne życie. Kiedy wszyscy wiedzą lepiej co jest dla ciebie najlepsze, kiedy nie możesz sprzeciwić się woli rodziców, podtrzymywać tradycję. Wiem coś o tym
Wybraniec parsknął pod nosem - Czy to nie absurdalne?  Zawsze się nienawidziliśmy a teraz mówisz mi o czymś takim
- Tak naprawdę nigdy cię nienawidziłem. Zawsze uważałem cię za silniejszego ode mnie, zazdrościłem ci tej wytrwałości. Chciałem się z tobą zaprzyjaźnić
- No to właśnie widzisz jaka jest prawda
- Prawda jest taka, że oboje w tym jesteśmy - przyznał Malfoy, odsłaniając fragment prawego nadgarstka na którym widniały blade blizny - Wiem jak ciężko z tym skończyć. Wiem ile razy mówisz sobie, że to był ostatni raz a kilka dni później z płaczem brudzisz się w kałużach własnej krwi, wściekły na siebie, że znów to zrobiłeś. Wiem jak ciężko znaleźć inną metodę wyładowania emocji kiedy ciągle myślisz o tym żeby zadać sobie krzywdę. Dalej uważasz, że nic nie rozumiem Potter? Daj sobie pomóc - jego rozmówca stał wpatrując się w niego tępo. Nie miał powodu, żeby mu nie wierzyć ale szczerość blondyna w dalszym ciągu wydawała mu się podejrzana
- W porządku - powiedział nagle, nie wiedząc do końca na co właściwie się godzi. Draco Malfoy zaskoczył go jeszcze bardziej kiedy schylił się tak by jego usta znalazły się na wysokości jego własnych ust i musnął je tak lekko, jakby chciał poczuć ich smak. Od dawna chciał to zrobić
- Jesteś wspaniałym człowiekiem i nikt nie zginął z twojego powodu. Nie powinieneś się tym obwiniać - szepnął, spoglądając w błyszczące za szkłami przestarzałych okularów szmaragdowe oczy.
- Dlaczego chcesz mi pomóc? - Potter domagał się odpowiedzi
- Nie wiem. Od zawsze mi się podobałeś - Malfoy uśmiechnął się szarmancko. Brunet po raz pierwszy w życiu widział ten szczery uśmiech na twarzy Ślizgona, bez cienia złośliwości, przebiegłości czy kpiny. Wybraniec niespodziewanie poczuł z blondynem dziwną więź, jakby byli dawno nie widzącymi się dobrymi przyjaciółmi. Mieli wspólny problem. Targany impulsem stanął na palcach i obdarzył go niewinnym pocałunkiem, Dracon nie potrzebował większej zachęty by wsunąć język, rozchylając jego ciepłe wargi. Niewinność Harrego wydała mu się naprawdę urocza.
 Złoty Chłopiec przymknął powieki, rozkoszując się badaniem struktury i smaku ust rówieśnika. Przez dłuższą chwilę ciszę w komnacie mąciły jedynie ciche odgłosy dwójki całujących się osób.
Oderwali się od siebie tylko po to aby spojrzeć badawczo na tego drugiego i powrócić do namiętnych pocałunków.
 Potter nie do końca rozumiał co się dzieje. To było jak nowa, niezrozumiała magia. Uczucie którego jeszcze nigdy dotąd nie doświadczył. Wrażenie jakby coś wypełniało tą ,istniejącym w jego pokrytym żalem sercu, pustkę. Nagle przestał się bać.
Arystokrata ośmielił się otulić ramieniem drobne ale wyrzeźbione przez treningi Quiddich'a ciało,
- Mogę? - ciszę przerwał melodyjny głos Malfoy'a. Chłopak chwycił towarzysza za nadgarstek
- Co chcesz zrobić?
- Zobaczysz - z subtelnym uśmiechem odsłonił pocięte ręce Wybrańca, uważnie obserwując przy tym jego mimikę. Przyjrzał się ranom z obojętną miną, tak jakby był to jedyny widok jaki oglądał całymi dniami. Przejechał palcami po zgrubieniach na skórze - Dasz mi się rozebrać? - zapytał z zaskoczenia
- Co? Po co?
-Zadajesz głupie pytania, Potter. Chcę się z tobą kochać - powiedział dobitnie. Harry poczuł jak słowa Malfoya uderzają go, wywołując falę gorąca. Pokiwał głową dając mu tym swoją zgodę, wizja seksu z Draconem podniecała go jak nic co dotąd przeżył. Zwinne palce arystokraty zanurzyły się w materiał szaty Gryfona, pozbywając się tym ubrania znienawidzonego domu. Zielonooki nie pozostawał mu długo dłużny, chciał zobaczyć smukłe ciało Draco w pełnej okazałości. Teraz, natychmiast.  To co ujrzał rozszerzyło mu źrenice. Na porcelanowej skórze rąk wydawało się nie być miejsca niepokrytego chaotycznie skierowanymi we wszystkie możliwe strony białymi przecięciami. Jedne cieńsze, płytsze. Inne grubsze, głębsze i bardziej wypukłe. Ich właściciel nie zdawał się być zaskoczony reakcją kochanka a co najciekawsze wcale nie wstydził się stać przed nim w samej bieliźnie, z niczym co mogłoby zakryć, zdobyte w tak upadlający sposób, obrażenia. Malfoy doskonale wiedział o czym mówi, Złoty Chłopiec przekonał się tego na własne oczy.
- Długo masz zamiar tak stać i się gapić? - zagadnął jasnowłosy, łapiąc go pod uda. Posadził chłopaka na jednej z ławek, złączając przy tym ich wargi w pełnym pożądania pocałunku. Brunet zarzucił ręce na jego szyję, naturalny instynkt kazał mu otrzeć się o erekcję blondyna, wywołał tym podniecający jęk arystokraty, za wywołanie którego szybko został ukarany ukąszeniem w obojczyk. Usta i język Malfoy'a wnikliwie penetrowały ciało Potter'a. Organizmem Harrego targały nadchodzące falami spazmy rozkoszy. Chłodne dłonie zajmowały się jego wrażliwymi sferami, unikając jak dotąd jego twardniejącego penisa. Wybraniec musiał wykazać się ogromną cierpliwością, co było trudne dla jego młodego, nabuzowanego hormonami ciała, chcącego poczuć już to legendarne uczucie zjednoczenia. Jednak jego opanowanie zostało nagrodzone, uwaga Ślizgona  skupiła się na odznaczającej się na czarnym materiale bokserek wypukłości, zbliżył swoje usta i przyssał się do jego krocza, po chwili z bielizny Potter'a została mokra, od śliny i przedorgazmowej  wydzieliny, szmata. Długie palce pianisty szybko się jej pozbyły. Dłonie Dracona zaczęły pieścić biodra i pośladki Gryfona z należytą adoracją. W pewnym momencie jeden z palców zahaczył o dziewicze wejście bruneta. Chłopaka aż przeszył dreszcz
- Nie przestawaj, proszę - wyjęczał, gdy kochanek chciał cofnąć dłoń, wiedział, że swoim błaganiem o dotyk wzbudził w Draconie ogromną satysfakcję. Tym razem jednak już nie tylko dotknął, ostrożnie wsunął palec w jego wnętrze. Harry aż skrzywił się z bólu
- Potter, rozluźnij się trochę bo zrobię ci krzywdę - mruknął wprost do ucha Wybrańca modelowanym głosem.
- Łatwo ci mówić - odciął się brunet, oddychając podręcznikowo. Nie do pomyślenia, że taka prosta czynność sprawiła, że jego mięśnie zaczęły się powoli rozluźniać wpuszczając palec do końca.
Arystokrata zaczął go metodycznie przygotowywać na swoje wejście. Potter odchylił głowę w tył, nie przejął się nawet kiedy jego okulary wylądowały na ziemi, a na jednym ze szkieł powstała rozległa pajęczynka. Nie przejął się także, twardą, niewygodną, nieprzystosowaną do jego pleców ławką na której wpółleżał w wydaje się tak upokarzającej pozycji. Wzdychał głośno za każdym głębszym posunięciem palców Malfoy'a. Wypchnął biodra w przód, przypadkiem napierając kolanem na wzwód partnera. Draco jęknął głucho, czując ucisk na swoim pulsującym, gotowym do działania penisie. Nieuwaga Wybrańca ostatecznie rozwiała jego wahania, zdecydowanie wyjął z bruneta palce i zastąpił je własną męskością, natychmiast wchodząc do samego końca. Z piersi Harrego wyrwał się niepohamowany krzyk, czuł mieszankę przeszywającego bólu i porywającego podniecenia. Podczas pierwszych zdecydowanych pchnięć te dwa uczucia walczyły w nim o dominację. Bolało tak, że chwilami czuł, że nie wytrzyma już sekundy dłużej, a po chwili nastawała ta błoga rozkosz. Potter miał wrażenie jakby jego ciało było jedynie targaną spazmami błogości marionetką, jego głowa szarpała się na boki, nogi drgały, już nie kontrolował wykrzykiwanych myśli, a w głowie miał tylko głębokie, bezwstydne jęki kochanka.
Młody Malfoy obdarzał rozpaloną skórę Wybrańca licznymi pocałunkami. Jego szczęka drgała pod wpływem miłosnego uniesienia. Osiągnął swój cel, posiadł Złotego Chłopca. Tak jakby ta intymność nie była dla niego wystarczająca, pozostawił na szyi Potter'a purpurowe ślady nie do ukrycia pod kołnierzykiem koszuli. Gryfon będzie miał z czego się tłumaczyć.
Gardło bruneta piekło żywym ogniem - Mocniej... Jeszcze.. Tak... O boże jak dobrze - chrypiał
- Spójrz na mnie - polecił jasnowłosy stanowczo. Harry podniósł wzrok na odpływające w ekstazie oblicze Ślizgona. Głęboka zieleń jego oczu ,na które przez brak szkieł i tak nie wiele widział, zaszła mgłą, ledwo co dostrzegał zarysy jego twarzy, ale wiedział o co chodzi tamtemu. Chciał by Potter widział jak mu dobrze, chciał nawiązać z nim coś więcej niż tylko jednorazowy seks - Kończ Potter - to był rozkaz któremu nie mógł się sprzeciwiać. Nie powstrzymywał się już dłużej. Osiągnął szczyt wspaniałości, sklejając ich błyszczące od potu ciała lepkim nasieniem. U skraju orgazmu spiął mięśnie. Zaciskając się na członku Dracona. Blondyn poczuł przechodzące wzdłuż kręgosłupa i biegnące przez spojenie łonowe aż po sam czubek penisa ciarki, to było nie do opanowania. Wbił zęby w splamioną już jego obecnością szyję chłopaka. Poczuł na dziąsłach i języku metaliczny posmak krwi i sam doszedł do końca, głęboko we wnętrzu partnera.
Wybraniec doświadczył wrażenia rozchodzącego się wgłąb niego ciepła, po chwili penetrująca go męskość wysunęła się z niego z łatwością a Malfoy odsunął się od niego. Po opuszczonym ciele Pottera przepłynął podmuch zimnego wiatru. Gryfon podniósł się na łokciach i próbował rozejrzeć, jednak wszystko było niejasne, do momentu gdy znajoma ręka założyła mu na nos popękane okulary. Zza rys widział wyraźnie twarz Draco. Jasna grzywka kleiła się do jego czoła, zaczerwienione wargi były lekko rozchylone,próbując złapać powietrze, na jego skroni wystąpiły drobne krople potu. Mimo tego w dalszym ciągu wyglądał majestatycznie, jak prawdziwy, dumny siebie Malfoy
- Zbieraj się, ja posprzątam - zaoferował
- Chętnie na to popatrzę - Potter uśmiechnął się sam do siebie, odnajdując poszczególne elementy porozrzucanej jak układanka po podłodze garderoby. Ślizgon szybko wsunął na siebie ubrania i starając się ukryć uczucie deprawacji chwycił za ścierkę i zaczął przecierać ławkę z mieszaniny potu i spermy. Harry przyglądał mu się w milczeniu.
Kiedy blondyn skończył, oboje bez słowa wyszli z sali
- Hej Malfoy! - krzyknął Wybraniec za odchodzącym w stronę lochów mieszkańcem domu węża. Dracon obrócił się i widząc, że zanosi się na dłuższe pytanie podszedł do bruneta
- Co chcesz?
- Jutro w Pokoju Życzeń? Po kolacji?
- Tak ci się spodobało?
- Chciałbyś
- To widzimy się po kolacji.
- Nie powiesz nic więcej?
- Co?
- Nie wiem
- Kretyn z ciebie Potter, od początku miałem rację  - uśmiechnął się do niego i odszedł




poniedziałek, 28 marca 2016

Wrigley's - Drarry oneshot

Pięć lat po ostatecznej przegranej Czarnego Pana, Złoty Chłopiec wcale nie czuł się szczęśliwy. Ożenił się z kobietą, której nie kochał, która nie kochała jego bądź też nie potrafiła tego należycie okazać, ale tak było wtedy wygodniej.
  Po tym jak najmłodsza z Weasley'ów oznajmiła, że po raz drugi jest w ciąży Harry Potter potrzebował solidnego drinka. A najlepiej kilku kolejek solidnych drinków. Przy pierwszym dziecku ta kobieta niemal doprowadziła go do postradania zmysłów swoim nieznośnym zachowaniem, że na samą myśl o powtórce z rozrywki robiło mu się słabo.
Brunet wszedł do pierwszego, lepszego pubu po drodze z ich mieszkania w zachodniej części Londynu do Ministerstwa Magii. Zrzucił z siebie czarny prochowiec i otrzepał mokre od ulewnego deszczu, niesforne włosy. Wybraniec zauważył wolne miejsce przy barze i od razu skierował swoje kroki w jego stronę. Nie zauważył jednak siedzącego dwa krzesła po prawej znajomego mężczyzny. Być może z nieuwagi a być może dlatego, że Draco Malfoy również sporo się zmienił przez te pięć lat. Jego zawsze perfekcyjnie ułożone włosy sterczały na wszystkie strony. Zadbane dłonie pokrywały teraz liczne blizny i zadrapania, a na twarzy widniał kilkudniowy zarost.Alabastrowa skóra zdawała się być o kilka odcieni bledsza niż podczas ich ostatniego spotkania.
 Potter skinął ręką na barmana, aby ten podał mu podwójną whisky z colą, którą od razu wypił jednym łykiem. Po sześciu takich kolejkach poczuł, że jest już trochę wstawiony, w dodatku potrzebował pójść do łazienki. Podniósł się z miejsca i zachwiał się na nogach. Chwiejnym krokiem ruszył w kierunku toalet. Po chwili,kiedy Chłopiec który przeżył mył ręce, do pomieszczenia wszedł także były Ślizgon. Spojrzenia obu mężczyzn niespodziewanie się spotkały
- Malfoy...
- Potter..- blondyn najchętniej uciekłby w tej chwili gdyby tylko miał taką możliwość. Przez te wszystkie lata tak właśnie robił. Mieszkał w jednej z rodowych posiadłości na Malcie. Do Anglii wrócił dwa dni temu żeby po śmierci ojca wysłuchać jego ostatniej woli i podpisać niezbędne dokumenty. Pech chciał, że w pubie do którego przyszedł się napić po pogrzebie Lucjusza Malfoya pojawił się również jego dawny.. Ciężko było określić łączące, przez ostatnie dwa lata Hogwartu, relację obu mężczyzn. Na kilka dni przed zakończeniem piątego roku nauki w szkole doszło miedzy nimi do czegoś co miało już na zawsze zmienić ich życia, stworzyć skrywaną głęboko tajemnicę do istnienia której obaj panicznie bali się przyznać
- Co tu robisz? Myślałem, że nienawidzisz mugoli - brunet jako pierwszy otrząsnął się z początkowego szoku
- Wódka tu czy tam,co za różnica? - Spadkobierca majątku Malfoy'ów wzruszył ramionami
- Słyszałem o twoim ojcu.. Moje kondolencje. Nie spodziewałem się, że mimo wszystko się pojawisz. Co się z tobą działo przez te wszystkie lata? Zniknąłeś bez śladu po wojnie..
- Wyjechałem z kraju - jego odpowiedzi były krótkie i zwięzłe, chciał jak najszybciej zakończyć rozmowę, która wzbudziła w nim dawne wspomnienia. Nie chciał drugi raz przez to przechodzić. Nie teraz, kiedy wszystko sobie poukładał
-Szukałem cię Draco - w ojcu i mężu rodziny Potter'ów jakby też coś się obudziło
- Nie mów tak do mnie
- Tak masz na imię
- Dlaczego znów mi to robisz? Nie masz własnego życia? Możemy wyjść za te drzwi i zapomnieć o wszystkim?
- Uważasz, że tak łatwo będzie ci zapomnieć?
- Nienawidzę cię Potter - warknął rozdrażniony arystokrata, kierując się do wyjścia
- Kocham cię Draco
- Co ty powiedziałeś?
- To co słyszałeś
- Jesteś pijany, nie wiesz o czym mówisz idioto - blondyn zacisnął pięści, wahając się. Potter znów wywołał mętlik w jego głowie - Po pięciu latach nagle mówisz mi, że mnie kochasz, tak? A gdzie byłeś wtedy?
- Posłuchaj.. - brunet poczuł, że musi oprzeć się o ścianę, inaczej pewnie w końcu straciłby równowagę - nie rozumiałem tego póki byłeś obok, nie rozumiałem tego jak rozpaczliwie cię potrzebuję, jak ważny dla mnie jesteś. Tamtego dnia, gdy odszedłeś z rodzicami poczułem, że muszę cię znaleźć. Zrozumiałem, że to zawsze byłeś ty.. Dwa lata spędziłem jak duch, aż w końcu straciłem jakąkolwiek nadzieję. Dałem się wciągnąć w zaaranżowane małżeństwo z Ginny w którym z dnia na dzień czuję coraz większą pustkę. Jedynym promykiem słońca w tym wszystkim jest mój syn. Al to naprawdę wspaniały dzieciak, ma prawie trzy lata. Nawet nie wiem kiedy ten czas zleciał - Draco milczał dłuższą chwilę, musiał to wszystko sobie poukładać
- Więc daj mi spokój, wytrzeźwiej i idź zająć się synem - próbował nie dopuścić do siebie jakichkolwiek uczuć.Wybraniec nie był mu obojętny. Gdyby tak było nie spędziłby tylu nocy zlany potem, spadając z łóżka kiedy próbował zaspokoić żądze swojego ciała, myśląc o Potterze w niezdrowy dla mężczyzny sposób. Do jego oczu napłynęły łzy tęsknoty, których nie potrafił zatrzymać dłużej dla siebie
- Draco.. - Złoty Chłopiec podszedł do dawnego kochanka i zagrodził mu drogę ucieczki własnymi ramionami - Zostań ze mną. Nie popełnię więcej tego błędu. Potrzebuję cię, kocham cię i nie chcę cię więcej tracić - szeptał, jego usta zbliżyły się do delikatnych ust Malfoy'a i już miał złożyć na nich pełen tęsknoty pocałunek
- Fu, śmierdzisz alkoholem Potter - przerwał mu zapłakany arystokrata, zasłaniając usta bruneta dłonią
- Sam piłeś
- Ale to co innego. Zrób coś z tym jeżeli chcesz mnie całować
- Przynajmniej zgadzasz się żebym cię pocałował, to już sukces - uśmiechnął się brunet, wyprowadzając swojego partnera przed lokal,uprzednio wręczył barmanowi banknot 50 funtowy i zabrał ich płaszcze
- Zaczynasz mnie drażnić, uważaj bo zmienię zdanie
- Nie byłbyś w stanie - uśmiech nie schodził z twarzy Wybrańca, co prawda miał zamiar zdradzić żonę tej nocy ale  przecież jego małżeństwo było fikcją i przez wdzięk trzymanego w objęciach po tylu latach rozłąki mężczyzny nie był w stanie się opanować.
 Potter dobrze znał okolicę, dzięki czemu w czasie kilku minut znaleźli się w jednym z pokoi pobliskiego hotelu. Po drodze, starą, mugolską metodą kupił paczkę cynamonowych gum do żucia, które doskonale maskowały smak alkoholu w jego ustach
- Zrobiłeś to specjalnie, przyznaj się - dobry humor aurora zaczął się udzielać również jego towarzyszowi  - Specjalnie kupiłeś akurat te - pokręcił głową z niedowierzaniem w czyny Harrego. Siedem lat temu, podczas ich pierwszego pocałunku usta Pottera smakowały tą samą cynamonową ostrością. Malfoy pamiętał to jakby to było wczoraj, jak śmiałby zapomnieć
- Zawsze mówiłeś, że lubisz ten smak - wytłumaczył się ciemnowłosy mężczyzna, przyciągając do siebie smukłe ciało arystokraty
- Zamknij się już - ręce Ślizgona ściągnął okulary z nosa Złotego Chłopca,  ręce blondyna owinęły się wokół jego szyi , ich usta złączyły się w nieśmiałym pocałunku, nie potrzebowali długiej zachęty by ten niewinny pocałunek nabrał namiętności i pożądani. Dracon zaczął ściągać z Gryfona koszulę z taką niecierpliwością, że kiedy materiał uporczywie trzymał się na piersi kochanka, jasnowłosy mężczyzna szarpnął go tak mocno, że odleciała połowa guzików, które tworząc kilkusekundową kakofonię rozprysły się po całym pokoju. Zadowolony z siebie spojrzał na odsłonięty fragment ciała Wybrańca. Opuszki jego palców zaczęły badawczo zataczać kółka wokół sutków Pottera, który aż zacisnął zęby na wardze Malfoya by powstrzymać, wywołane szarpiącym w podbrzuszu podnieceniem, westchnienie. Auror zjechał z dłońmi na jędrne pośladki blondyna. Nim się obejrzeli obaj zostali w samych bokserkach. Obaj mężczyźni czuli jak ich członki twardnieją. Draco spojrzał na Wybrańca z subtelnym uśmiechem i padł przed nim na kolana,po drodze ściągając zębami materiał bielizny ciemnowłosego. Ujął jego męskość w dłoń i zaczął nią miarowo poruszać. Zachęcony narastającymi odgłosami zachwytu wziął penisa Harrego do ust i zaczął ssać. Z początku delikatnie z opanowaniem lecz pod wpływem coraz to głośniejszych jęków bruneta zrobił się bardziej zachłanny. Potter niespodziewanie zapragnął poczuć pieszczotę jeszcze intensywniej. Chwycił blondyna za włosy i przycisnął jego głowę bliżej swojego fallusa jednocześnie wypychając biodra do przodu. Arystokrata z chęcią przyspieszył ruchy głową, a kiedy Wybraniec z głuchym jękiem doszedł prosto w jego usta gorącą strugą nasienia bez sprzeciwu przełknął jego spermę.
Potter pomógł kochankowi zebrać się z podłogi i rzucił go na łóżko. Kolejny raz złączyli się w pełnym rozkoszy brutalnym pocałunku, podczas którego jasnowłosy ręką stymulował  męskość Harrego by ten mógł natychmiast stanąć na wysokości zadania
- Pieprz mnie - zamruczał gdy odsunęli się od siebie by zaczerpnąć powietrza. Potter nie potrzebował dodatkowej zachęty, natychmiast ostro wszedł w ciało mężczyzny. Draco głośno wypuścił powietrze z płuc, czuł przeszywający go na wskroś ból, lecz po chwili kompletnie o nim zapomniał, wijąc się w spazmach rozkoszy. Łkał z poczucia przyjemności jaką sprawiała mu poruszająca się w nim męska siła. Dostosował ruch bioder do pchnięć partnera. Ich obsceniczne jęki wypełniały całe pomieszczenie. Po raz pierwszy w życiu kochali się tak namiętnie. Ich ciała były siebie spragnione.
Młody Malfoy jeszcze nigdy nie czuł tak ogromnego podniecenia, wypychał pośladki w stronę pulsującego, gorącego penisa aurora, jednocześnie próbując opanować się by za szybko nie skończyć. Jego jedynym marzeniem teraz było by ta chwila nie miała końca.
Harry osiągnął już drugi tego wieczora orgazm, wykrzykując przy tym imię kochanka. Zdyszani opadli na klejące się do ich spoconych ciał prześcieradło. Blondyn wtulił się w pierś Gryfona i zaczął składać na niej krótkie, delikatne jak muśnięcie ptasiego piórka pocałunki.
 Wybraniec teraz był już w zupełności pewien co przyniesie mu przyszłość. Z uśmiechem na ustach zasnął, tuląc do siebie ciało jedynej osoby, którą kiedykolwiek w życiu tak silnie kochał, której zawsze pragnął. Wtedy nie był gotów go przy sobie zatrzymać, nie dorósł do tego.
 Kolejne miesiące jego życia były najpiękniejszymi jakie kiedykolwiek przeżył. Czuł, że odżywa. Ginny bez większych problemów dała mu rozwód i nie sprawiała problemów by widywał się z synem, który szybko polubił jego nowego partnera. Draco był wręcz zauroczony dzieckiem Pottera. Arystokrata nigdy już nie powrócił do domu na Malcie. Postanowił także sprzedać odziedziczoną po ojcu posiadłość a za pieniądze ze sprzedaży wspólnie kupili ich własny dom.
Wszystko układało się po ich myśli
- Wiesz co? Sądzę, że tamto wyjście do pubu było moją najlepszą decyzją - stwierdził pewnego dnia Wybraniec
- Twoją najlepszą decyzją było pokochanie akurat mnie Potter - blondyn spojrzał z Malfoyowskim uśmiechem na partnera i zaraz go pocałował - Kolejną będzie pójście teraz spać. Jak tak dalej potrwa to nie wstaniesz jutro na misję
- Jak zwykle masz rację kotku - auror oddał arystokracie pocałunek, objął go silnym ramieniem i przymknął oczy. W momentach jak ten czuł,ze trzyma w rękach cały świat.



poniedziałek, 2 listopada 2015

Słodko-słony cios R2




Mam już jeden nóż w plecach
i nie ma tam miejsca
na następny.
Ja przyszedłem się kochać .
Odpada dylemat:
Kawa-herbata. Ja
Przyszedłem się kochać
przyszedłem tu umrzeć



- Potter
Strach na jego bladym obliczu sprawnie przerodził się w grymas niezadowolenia.
- Śledziłeś mnie ?- burknął ozięble.
- Chciałbyś -  odparł bez zastanowienia, drobnymi kroczkami próbował zbliżyć się do niego jak do nieufnego stworzenia, którym poniekąd był. Małym, zbłąkanym kotkiem. Brunet aż się uśmiechnął na tę myśl.
- Nie podchodź do mnie-  nogi Malfoya odruchowo zaczęły się cofać, tak, że Ślizgon po chwili poczuł jak w jego nienagannie czystych butach chlupocze lodowata woda. Był w potrzasku.
- Nie wydurniaj się Draco - Potter nigdy w życiu nawet w myślach nie nazwał blondyna po imieniu,dlatego też te słowa wywołały u oby z nich niemałe zdziwienie.
- Co ty odpierdalasz Potter?! -  Dalsze cofanie nie miało sensu, z każdym krokiem robiło się głębiej a szanse natrafienia na zapaść rosły. Jego umysł zdążył już otrząsnąć się z szoku. Przecież nie był zwykłym człowiekiem, słabym, kruchym, bezbronnym w swojej naturze, potrzebującym cudzej pomocy. Mógł w jednej chwili powalić tego cholernego Pottera. Wynikłoby z tego male zamieszanie, ale ojciec pewnie pociągnąłby za kilka sznurków w Ministerstwie i cała sprawa odeszłaby w niepamięć. Na jego wargach pojawił się typowy dla Malfoyów cyniczny uśmieszek. Niedbałym lecz bardzo zgrabnym krokiem wybrnął na brzeg. O ile wcześniej było mu zimno, to teraz było to kurewsko lodowato.
Harry zauważył, że to cudowne, stojące na przeciw niego ciało całe się trzęsie. Nie myśląc za długo, ściągnął z siebie bluzę i wręczył ją Draconowi.
- Po co mi to coś? - chwilę rozważał swój kolejny ruch.Ostatecznie odebrał od bruneta ubranie i okrył się nim jak najszczelniej. Zabrał to co mu się należało. Jak zawsze - mugolska szmata- nie mógł się powstrzymać od komentarza.
Harry zaśmiał się głośno. Malfoy zmierzył go przenikliwie. Nie chciał jeszcze wracać do zamku, nie chciało mu się wysłuchiwać gadek podpitego Zabiniego, ogarniać płaczącej mu w ramię Parkinson.     Usiadł pod pobliskim dębem, opierając plecy o szorstką korę. Liczył na to, że chłoptaś zrozumie ten gest i da mu spokój. Jak bardzo się przeliczył. Potter nie dał za wygraną i usiadł koło niego, zdecydowanie za blisko. Blondyn nonszalancko narzucił kaptur na twarz, na niego też nie miał ochoty patrzeć.
Harry odczuwał ulgę, spokój, pociechę przy jego boku natomiast Draco sprawiał wrażenie jakby znajdował się w szkolnej kozie i tylko odliczał minuty do końca odsiadki. Nawet nie miał już ochoty dogryzać Potterowi. Po paru chwilach ta cisza zaczęła mu nawet odpowiadać, ale tylko wtedy kiedy zamykał oczy i odcinał się od świata rzeczywistego.
- Więc, co tu robisz? - niewychowany mugolub zniszczył tę piękną atmosferę.
- Mogę o to samo spytać ciebie- burknął z wciąż zamkniętymi oczyma.
- Chciałem chwilę pomyśleć na spokojnie. Chyba sam rozumiesz dlaczego nie robię tego w Dormitorium.
- Taaa - po kilku kolejkach, któryś z szóstorocznych wpadł na pomysł, żeby puścić muzykę. Mugolską muzykę. O dziwo cały dom, prócz niego, Draco Malfoya ochoczo się zgodził. Dopił drinka i wymknął się.
- Sądziłem, że lubisz pić na umór- ponownie zaśmiał się ciepło. Podejrzanie. Jakby czytał w jego myślach.
- Powiedzmy -odparł krótko. Podniósł głowę i spojrzał tymi chłodnymi szarobłękitnymi oczyma wprost w szmaragdowe oczy Gryfona. Bruneta aż przeszył dreszcz - z faktu, że naruszyłeś mój spokój, jesteś mi coś winny.
- Chcesz mnie o coś prosić? Zapowiada się ciekawie. Co to takiego? - jego myśli były już hen hen daleko w nieprzyzwoitej krainie. Fala gorąca powoli zalewała jego twarz.
- Chyba nie wyraziłem się dość jasno. To nie jest prośba -zawzięcie w jego oczach nie pozwalało na sprzeciwy. Cudowny, nieugięty książę Slytherinu.
- Tak?
- Uderz mnie.
- Proszę? - myślał, że się przesłyszał
- Uderz mnie Potter.Jak najmocniej potrafisz - wstał. Myśli w głowie Harrego zaczęły niebezpiecznie się kumulować . Co jeżeli to kolejna oślizgła sztuczka? Spojrzał na wyczekujące spojrzenie Malfoya,  było w nim coś niepopodrabianie autentycznego, coś krzyczącego, że jego właściciel tego właśnie w tym momencie potrzebuje. Tak jak niektórzy przytulenia, pocałunku, miłego słowa uspokajającego zszargane nerwy. On nie znał tych delikatnych gestów. Malfoyowie nigdy nie okazywali swojemu synowi rodzicielskiej miłości.
Z westchnięciem podniósł się z ziemi. Nie chciał okaleczać tej pięknej twarzy, tego wspaniałego ciała, ale pragnął mu pomóc, tak mocno, że mógłby zostać jego workiem treningowym.Przez chwilę przymierzał się do zadania pierwszego ciosu po czym wymierzył chłopakowi solidny prawy sierpowy, prosto w twarz. Draco zachwiał się na nogach, odruchowo zakrył obolałe miejsce dłonią. Gryfon już miał przeprosić
- No nieźle Potter - nie tracąc czasu,zdał brunetowi cios prosto w brzuch. Harry zgiął się w pół, wydawało się, że tylko po to by natychmiast powrócić do naturalnej pozy i odwdzięczyć się napastnikowi tym samym. Po kilkunastu ofensywach, kilku krwotokach i wielu mniej lub bardziej bolesnych obrażeniach udało mu się przygnieść Dracona na ziemię. Czuł na swoim ciele każdy płytki, szybki oddech blondyna. Wdech, wydech, wdech, wdech. Jego usta były przerażająco blisko. Chciał móc zatopić się w nich bez opamiętania,lecz zamiast tego dostał solidnego kopniaka. Nie obraziłby się gdyby zęby chłopaka zacisnęły się na jego szyi. Ukąsiły wrażliwą skórę.
 Po kolejnej 'rundzie' na powrót odzyskał kontrolę. Miał wrażenie, że każdy fragment jego ciała płonie żywym ogniem, a przecież był silniejszy od Malfoya. Zerknął na dyszącego pod nim chłopaka. Jeszcze nigdy nie widział go tak spokojnego. To było trochę jak seks. Bardziej po męsku. To samo poczucie intymności, czegoś wspólnego,bardzo osobistego. Podniósł się do siadu, w taki sposób, że jego krok znajdował się na kroczu Ślizgona.  'Usługa za usługę' pomyślał i nachylił się by złożyć delikatny pocałunek na zakrwawionych, kusząco rozwartych wargach.
- Potter! - warknął, rozumiejąc co zaraz się zdarzy.
- Jest tam kto?! - na lewo, w sporej odległości od nich Hagrid był w trakcie drogi do Zakazanego lasu,w znanym tylko sobie celu. Przez wczesną porę nie był w stanie rozpoznać czy to zwierze czy ludzie kręcą się w miejscu gdzie nie powinno ich o tej godzinie być. Postanowił to sprawdzić.
Gryfon, widząc zbliżającą się w ich kierunku znajomą sylwetkę półolbrzyma zerwał się na równe nogi, pomógł wstać blondynowi i po chwili oboje resztkami sił biegli przez las.
- Ach ci młodzi, zakochani - zaśmiał się gajowy. Gdyby tylko wiedział..
**
Harry miał ochotę się śmiać.  Mocno ściskał kościstą dłoń szarookiego, ciągnąc go za sobą. Nic innego się nie liczyło, nic. Słońce powoli wschodziło budząc świat ze słodkiego, sennego otępienia a on biegł, biegł trzymając go za rękę.
Cóż może być piękniejsze?
Nim się obejrzał stali pod gmachem zamku. Draco miał trudności ze złapaniem oddechu, jego mięśnie wytworzyły tyle kwasu mlekowego, że jeszcze chwila a przerósłby on ilość krwi pompowanej przez bijące w zawrotnym tempie serce.
- Do następnego, Potter -  rozstali się na zamkowych schodach. Trzy proste słowa, zawiązały między nimi pakt.
Gwiżdżąc pod nosem, udał się do skrzydła szpitalnego. Chciał uniknąć natrętnych pytań przyjaciół.
Pani Pomfey wcisnął  kit, że spadł ze schodów.Nie uwierzyła, ale nie zadawała zbędnych pytań.
Podała mu kilka eliksirów, założyła kilka opatrunków i po godzinie był jak nowo narodzony. Jak wspaniały jest żywot czarodzieja.
Podłoga pokoju wspólnego Gryffindoru była zasłana śpiącymi uczniami. Uśmiechnął się na widok śpiącej na kanapie pary obejmujących się przyjaciół. Poszedł się umyć.
Kiedy wrócił Ron i Hermiona już nie spali. Rudzielec uparcie tłumaczył coś dziewczynie.
- Gdzie się podziewałeś Harry ? - zawołała na jego widok
- Poszedłem wziąć prysznic. Wam radzę to samo
**
Poczekał na przyjaciół po czym wspólnie udali się na śniadanie do Wielkiej Sali.
Nałożył sobie porcję jajek z bekonem, co wywołało obrzydzenie w siedzącym naprzeciw rudzielcu. Choroba dnia poprzedniego.
Do sali wkroczył, a raczej dokuśtykał Malfoy w towarzystwie swoich przygłupawych goryli. Prawie się zakrztusił herbatą. Dlaczego chłopak nie zrobił nic z obrażeniami? Jego twarz była cała w siniakach.
Ron na ten widok nieoczekiwanie się rozpromienił.
- Ktoś w końcu dołożył temu palantowi - skomentował z zadowoleniem. Mina zrzedła mu gdy Ślizgon ruszył w ich kierunku. Podszedł do Harrego i bez słowa wręczył mu zakrwawioną bluzę.
Okularnik zaklął w myślach. Draco, dlaczego akurat teraz musiałeś to zrobić?
- H.. Harry? Skąd ta gnida miała twoją bluzę? - Ron spoglądał z przerażeniem to na przyjaciela, to na spoczywający w jego dłoni fragment odzienia. Lecz Harry nie odpowiadał. Myślami był przy wczorajszej nocy. W co on się wpakował w tym roku? Zwyciężenie Bazyliszka było nieporównywalnie prostsze od rozgryzienia Malfoya. Przeżycie w Turnieju Trójmagicznym  bardziej oczywiste, a wizja walki z Voldemortem mniej przerażająca niż utrata tego ...
- Harry! Mówimy do ciebie! Harry!- Hermiona wraz z Ronem nie dawali spokoju.
- Spotkałem go wczoraj. Zaczął się mnie czepiać, więc chcąc mieć spokój dałem mu to czego chciał. Oczywiście mowa o bluzie. Najwidoczniej było mu zimno. Tyle - skłamał
- Nie widzisz w tym nic dziwnego? Naprawdę?
- Nie i skończmy już. Chciałbym dokończyć śniadanie, bo za dziesięć minut zaczynają się eliksiry. Mmm, te jajka są dziś wyjątkowo dobre. Na pewno się nie skusisz Ron?
Rudzielec pobladł i nic już nie mówił.




wtorek, 27 października 2015

Słodko-słony cios. R1

Akcja rozgrywa się podczas szóstego roku nauki w Hogwarcie.  Wiele rzeczy zostało zmienione. Miłego czytania.


Oczywiście że nie ma miłości

nie ma

i nigdy nie było
nawet to
cośmy robili
w żaden sposób
nie zahacza o termin miłość

Oczywiście że nie ma miłości
można już odetchnąć
można wetchnąć
resztkę swojego ciepła
w resztki ciepła świata
~


       Dworcowy peron, pociąg, niewielka garstka uczniów którzy po wydarzeniach ostatniego roku odważyli się jeszcze wracać do szkoły, a wśród nich dwie doskonale mu znajome postacie. Na jego widok jedna z nich energicznie pomachała ręką w jego kierunki a następnie ciągnąc za sobą towarzysza ruszyła slalomem na przełaj przez zgromadzonych i już po chwili cała trójka ściskała się i witała po ponad dwumiesięcznej rozłące.
- Harry! Strasznie się zmieniłeś. - nie omieszkała skomentować rudowłosa. Chłopak niemal wszystkie letnie dni spędził z nosem w książkach. Wieczory natomiast upływały mu na wzmacnianiu swojej siły fizycznej. Po śmierci Syriusza zrozumiał, że jest za słaby by stanąć oko w oko z Voldemortem i jego posłusznymi Śmierciożercami i nie zawiść wszystkich którzy jeszcze w niego wierzyli. Gdyby tylko wtedy w Departamencie..
- Spójrzcie - Ron ukradkiem wskazał palcem na zmierzającego w ich stronę blondyna- nie spodziewałem się, że Malfoy odważy się jeszcze wrócić do szkoły.
Przyjaciele skierowali wzrok na chłopaka, ale ten nawet nie uraczył ich najkrótszym spojrzeniem.
On również sporo się zmienił. Harremu przeszło przez myśl, że wygląda wręcz olśniewająco. Jego twarz nabrała męskości, fryzura idealnie się z nią komponowała a prawie, że biała skóra zdawało się odbijała promienie słoneczne. Wychudzona sylwetka oraz głębokie sińce pod oczyma tylko dodawały mu wdzięku. Zapominając o przyjaciołach, wpatrywał się uparcie we wsiadającego do pociągu Ślizgona.
- Harry!A tobie co? - na ziemie sprowadziła go dopiero pięść Rona. Pokiwał głową, jakby chciał wyrzucić z niej ostatnią myśl.
-Gdzie jest Ginny?- szybko zmienił temat.
- Ledwo co uprosiłem mamę, żeby pozwoliła jechać mi- nie musiał kończyć. Harry już wiedział. Rudzielec widząc minę przyjaciela szybko dodał - To nie tak, że przestała wierzyć w działania Dumbledora, ciebie czy Zakon . Po prostu.. - brunet położył dłoń na ramieniu przyjaciela.
- Dziękuję Ron - powiedziawszy to udał się spokojnym krokiem w stronę wagonu. Pociąg miał za chwilę odjechać. Weasley jedynie spojrzał na równie zdziwioną dziewczynę i oboje bez słowa podążyli za Wybrańcem.
 Znalezienie wolnego przedziału nie sprawiło im w tym roku najmniejszego problemu.
Ruszyli.
***
- Mówię wam Malfoy coś kombinuje. Jeszcze nie wiem co, ale jestem tego pewien - upierał się rudzielec. Za oknem padał deszcz. Harry spoglądał na spływające smutno po szybie strużki wody.
- No proszę cię Ron. Według ciebie on zawsze ma jakiś niemiłosiernie okrutny plan. A kończy się na kilku wyzwiskach, jego płaczu i okrzyku, że o wszystkim dowie się jego ojciec.
- Bo jak dotąd ta przeklęta fretka nie wygrała z Gryffindorem - napuszył się chłopak - z resztą jak znów nazwie cię szlamą to chyba go zabiję - wymamrotał, na tyle głośno że dziewczyna była w stanie zrozumieć jego słowa. Na jego policzkach wyskoczyły delikatne rumieńce.
- Zajebię tego cholernego Malfoya! - dodał, tym razem definitywnie za głośno i definitywnie w nieodpowiednim momencie gdyż jasnowłosy akurat przechodził korytarzem. Słysząc swoje nazwisko przystanął. Hermiona posłała Ronowi karcące spojrzenie. Harry oderwał się od szyby by zaobserwować dlaczego nagle zapadła krępująca cisza. Jego wzrok natychmiast wyhaczył Draco, który po raz kolejny już tego dnia nawet na nich nie spojrzał. Ruszył tylko dalej. Tym swoim dumnym krokiem. Zero emocji.
- Ha! A nie mówiłem!? Oni mu tam chyba zrobili pranie mózgu! - wykrzyknął Weasley na tyle szybko by powstrzymać, przynajmniej na chwilę, dziewczynę od bolesnego skarcenia jego zachowanie - normalnie już by się przypieprzył i oberwał w ten zarozumiały ryj.
- Ronaldzie Weasley! Pierwszy dzień szkoły jeszcze się dobrze nie zaczął a ty już poszukujesz kłopotów.
Harry nie mogąc na powrót skupić się na krajobrazie, wstał i bez słowa wyszedł z przedziału. Postanowił pójść za blondynem.
- Widzisz? Nawet Harry tak uważa - Hermiona w odpowiedzi machnęła z rezygnacją ręką i rozsiadła się wygodniej. Czy Harry na pewno wie co robi?
***
Po krótkiej chwili dogonił Malfoya. Ślizgon poświęcał się tej samej czynności co on kilka minut temu. Nie wiedział dlaczego tak go do niego ciągnie. Jeszce kilka miesięcy temu oddałby wiele by ten nadęty dupek gdzieś zniknął. A teraz? Teraz nie był już pewny czy te słowa należały do niego czy do Rona. Bez wątpienia chłopak oddziaływał na niego jak magnes. Może miało to coś wspólnego z Voldemortem?
Rozmyślania przerwał chłodny głos Dracona.
- Mamusia nie nauczyła cię szacunku do czyjejś prywatności, co Potter? - jego nazwisko zabrzmiało tak jakby ledwo przeszło blondynowi przez gardło.
- Ja.. Przepraszam - nie wiedział za bardzo co odpowiedzieć. Zaraz? Czy on właśnie przeprosił chłopaka, którego podobno tak nie znosił. W dodatku przecież nic mu nie zrobił.
 Malfoy poczuł się równie zaskoczony jak Harry, z tą różnicą, że nie dal tego po sobie poznać. Na twarzy Harrego szybko wymalował się solidny rumieniec. Który pogłębił się momentalnie w chwili gdy pociąg gwałtownie zwolnił przez co obaj chłopcy wpadli na siebie nieoczekiwanie. Gryfon odruchowo objął Draco w pasie.
- Puszczaj mnie Ty .. - Blondyn bezzwłocznie wyszarpnął się z objęć i nie czekając chwili dłużej szybkim krokiem wrócił tam skąd przyszedł.
Harrego zamurowało. Cała ta sytuacja była dość dziwna, ale najgorsze w tym wszystkim było to, że jemu się to spodobało. Zakrył usta w geście jakby chciał powstrzymać odruch wymiotny. Czyżby..?
- Coś nie tak?- za plecami usłyszał głos Rona - pospiesz się. Już dojeżdżamy.
***
Podczas uczty powitalnej niemal nie odrywał wzroku od stołu Slytherinu. A konkretniej od jednego osobnika , który robił wszystko byle na niego nie spojrzeć. No co za..
- Harry, na pewno wszystko ok? Nic nie zjadłeś - Hermiona nie raz,nie dwa zachowywała się jak matka której nie było mu dane  poznać.
- Nie jestem głodny - rozmowę przerwało im melodyjny stukanie łyżeczką o kieliszek. Czas na ponowne wystąpienie dyrektora.
- Moi drodzy! Pragnę wam przedstawić nowego członka kadry, który w tym roku przejmie stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią. Starsi uczniowie zapewne go kojarzą. Profesor Remus Lupin.
Po sali rozbrzmiały szepty. Dumblerdor odczekał chwilę po czym przedstawił zasady panujące w szkole, plany zajęć na jutro i pozwolił im się rozejść do swoich dormitoriów, dodając jeszcze żeby nie siedzieli za długo bo lekcje zaczynają się punkt ósma. A wcześniej przecież jeszcze trzeba zjeść śniadanie.
Blondyn niemal wyleciał z sali jako pierwszy,  za nim ruszył Zabini i reszta Ślizgonów.
- Co zrobiłeś Potterowi? Wpatrywał się w ciebie jak w promocję mioteł - zagadał z sarkastycznym uśmieszkiem gdy tylko znaleźli się na korytarzu.
- Zamknij się - wysyczał przez zęby Dracon.
- Podobasz mu się. Haha, czyżby się w tobie zakochał? - na te słowa blondyn stanął jak wryty, na jego twarzy malował się gniew zmieszany z odrazą. Ręce trzęsły mu się ze złości. Z szybkością światła sięgnął do kieszeni po różdżkę. Blaise zanim się obejrzał znajdował się zaledwie kilka centymetrów od Malfoya, który zawzięcie dociskał różdżkę do szyi przyjaciela. Wszyscy uczestnicy zgromadzenia zamarli.
- Jeszcze słowo - warknął nienawistnie. Trwali tak chwilę, patrząc sobie prosto w oczy. Po czym Draco najzwyczajniej w świecie uciekł szybkim, nerwowym krokiem.
**
"Impreza" w Dormitorium Gryfonów trwała w najlepsze. Piwo kremowe lało się hektolitrami a wszyscy imprezowicze odczuli nagłą chęć zaimponowania innym co takiego interesującego robili podczas tegorocznych wakacji. Nie licząc oczywiście tych którym zabrakło sił aby na dobry początek pozbierać się z podłogi.
Tylko on, Chłopiec-Który-Przeżył nudził się jak mops u boku kolejnej naiwnej uwodzicielki.
Dziewczyna co chwilę szeptała mu do ucha słodkie słówka, jaki to on nie jest dzielny, że podjął się ratunku świata czarodziejów przed okropnym Voldemortem. Tego wieczora irytowało go to jak nigdy dotąd. Co innego mógł zrobić? Los go do tego zmusił. Równie dobrze ktoś inny mógłby zostać tym pieprzonym wybrańcem. Oczywiście, bez mrugnięcia okiem  pomógłby w walce ze złem, ale w tym scenariuszu może udałoby mu się pozostać w śród żywych na trochę dłużej.
-   Podobam ci się  Harry? - Alison wyszeptała zmysłowym głosem, który zamiast ekscytacji seksualnej budził w nim obrzydzenie. Dziewczyna nie była brzydka, wręcz przeciwnie, cieszyła się dużym zainteresowaniem wśród czwarto i piątorocznych. Lecz coś się zmieniło. Nawet Cho, do której przez ostatnie 2 lata, jak to powiedział Ron "ciągnęło go jak do kotki w rui", wydawała mu się zupełnie inna. Dostrzegał w niej coraz więcej wad i niedoskonałości.
- Jesteś naprawdę ładna Alison, ale ja już muszę iść - w kilku susach dotarł do sypialni. Ze skrzyni wyciągnął skrywaną na samym dnie mapę. Nie chciał marnować więcej czasu na szukanie peleryny niewidki więc ostatecznie postanowił iść bez niej. Nie takie rzeczy się już robiło.
Potrzebował się przewietrzyć, pomyśleć. Zatopić na moment w osobistej świątyni dumania.
Przedarcie się przez zamkowe korytarze nie sprawiło mu najmniejszej trudności. Ogólną ciszę mąciły tylko odgłosy dudniącej muzyki dochodzące z Dormitorium Slytherinu. Smells like teen spirit o ile się nie mylił. Hulaj dusza póki Snape nie wkroczy do akcji.
Wychodząc na dwór poczuł ogromne zadowolenie z siebie, że zabrał ze sobą najcieplejszą bluzę jaką posiadał. Nie patrząc na mapę ruszył w kierunku błoni. Był niemal pewny, że o 2 w nocy nie spotka tam żywego człowieka.
Jakieś 200 metrów od jeziora nad którego brzegiem uwielbiał przesiadywać usłyszał podejrzany szelest. To pewnie jedno z wielu magicznych stworzeń zamieszkujących okolicę wybrało się na żer.
Upewnił się, że różdżka spoczywa bezpiecznie w  kieszeni spodni.Wolał trzymać ją w pogotowiu.
Rajd między przeszkodami w ciemnościach nie należał do najprostszych, ale wizja, że tam za rogiem czeka na niego hipogryf, jednorożec bądź inny równie fascynujący stwór dodawała mu motywacji.
Już prawie. Jeszcze kilka kroków. Między liśćmi prześwitywała już blond grzywa. Najciszej jak tylko mógł wychynął z zarośli. Och, ale cóż to? Na brzegu zamiast pięknego rumaka siedział skulony smok.
Nie najgorzej. Chciał podejść bliżej, chciał go dotknąć, chciał na niego patrzeć, obserwować, pożądać.
Ta przedwczesna euforia szybko przyniosła mu zgubę. Z nieuwagi potknął się o wystający z ziemi korzeń.
Obiekt jego westchnień zerwał się na równe nogi. Wyglądał jak przerażona sarenka, zagoniona przez myśliwego w kozi róg. Nie mógł ukryć, że podnieciło go to jeszcze intensywniej.
- Potter - wyrwało się cicho z jego bladych warg.






wtorek, 7 stycznia 2014

Aoi x Ruki - Zimowy koszmar.

Spojrzałem sennie przez okno. Auta pospiesznie przemykały po równym asfalcie, mącąc ciszę skowytem silników. Słońce skrywało się za mglistą kotarą, zbierało się na śnieżycę. Westchnąłem i ponownie zamknąłem oczy. Jazda samochodem dziwnie na mnie wpływa, nigdy nie potrafię przetrwać całej podróży bez chociażby króciuteńkiej drzemki. Nagle poczułem coś mokrego na policzku. Za moimi plecami rozbrzmiewał tłumiony śmiech i flesz aparatu. Z mruknięciem niezadowolenia otworzyłem oczy. W odległości dwóch centymetrów od mojej twarzy nachylał się uśmiechnięty od ucha do ucha Aoi.
Siedzący z tyłu Uruha nie wytrzymał i parsknął śmiechem, pozostała trójka mu zawtórowała.
Zmarszczyłem czoło i z niesmakiem otarłem rękawem wilgotny policzek.
- Co wy odpierdalacie? - na moje pytanie odpowiedziała jeszcze donośniejsza salwa śmiechu - grry jak ja was nienawidzę - dodałem po czym obróciłem się na bok, i zasłoniłem twarz kapturem.

 Na dworze zaczynało grzmieć, kiedy samochód zatrzymał się u celu. Z ciemności wynurzał się  spory, stary budynek.
- Kai, czy to na pewno tu? - spytał zaniepokojony Uruha. Na dźwięk błyskawicy aż podskoczył na co basista w spółce ze starszym gitarzystą zaczęli rechotać.
- Przestańcie - uciszył ich lider - chyba wiem gdzie spędziłem połowę swojego dzieciństwa.
-  No czy ja wiem. Jak ktoś potrafi się zgubić w osiedlowym sklepie to co dopiero w drodze przez pół kraju. - wymamrotał pod nosem Aoi. Rozbrzmiała kolejna fala śmiechu.
Chwyciłem spoczywający w kieszeni telefon i rzuciłem nim w chłopaka.
- Weź ty się czasem zamknij. Wkurzasz mnie. - powiedziawszy, co miałem do powiedzenia wysiadłem z pojazdu.
Lodowaty wiatr opatulił mnie na powitanie. Skuliłem się w niedostosowanej do tej pory roku skórzanej kurtce. Ten człowiek irytuje mnie samą swoją obecnością. Dlaczego to właśnie tego błazna muszę tak beznadziejnie kochać?
- Wszystko w porządku? - Kai położył mi dłoń na ramieniu, wyrywając mnie z zadumy. Uśmiechnąłem się blado, odpowiadając kiwnięciem głowy. Chcąc uniknąć kolejnych pytań szybko skierowałem się do bagażnika po zajmującą ponad połowę jego objętości walizkę.
- Daj. - Shiroyama wyrósł przede mną jak z podziemi.
- Spadaj - odburknąłem, tylko jego pomocy mi brak.
Kolejny piorun z impetem uderzył jeszcze bliżej domu.
- Aaaaa ... A-Aoś! - przerażony Uruha taranując mnie po drodze, wpadł w ramiona czarnowłosego i wtulił się w niego czule. Odwróciłem się, nie chcąc podjuszać swojej zazdrości.

Po wejściu do wnętrza, nie dało się nie zauważyć, że posiadłość stała porzucona. Ozdobne tapety odchodziły od ścian. Żarówka w holu nie działała a deski skrzypiały pod stopami.
- Fajnie, że ktoś mi powiedział, że to wycieczka szlakiem japońskich nawiedzonych domów - powiedział kąśliwie Uruha.
- Przynajmniej znamy już odpowiedź dlaczego Kai jest taki nawiedzony - Reita, przepchnął się między nami, zmierzając do pomieszczenia naprzeciwko. - miałem nadzieję, że mają tu jakieś stuletnie konserwy. Padam z głodu! Chłopaki nie wzięliście nic do jedzenia?
- Spytaj Kaia, mnie ten cały wypad za miasto wyobrażał się całkiem inaczej. Myślałem, że Kaiowa mama coś upichci, zrobi herbatkę i pościeli łóżeczka. - Aoi rzucił na ziemię kolejną torbę. Akira wyciągnął z kieszeni telefon, po trwającej kilka sekund rozmowie z stojącym przed domem liderem, niezadowolony oznajmił, że ten również nie zabrał prowiantu.
Niepewnie usiadłem na chybotliwym kuchennym krześle, spuściłem głowę, kładąc ją na blacie. Po chwili do pomieszczenia wszedł Kai i rozpętało się piekło. Cała trójca przekrzykiwała się nawzajem kierując zażalenia.
- Wiecie co mam pomysł. Zamknijcie się wszyscy - powiedział spokojnie lecz stanowczo. - kiedy się tak przekrzykujecie nic nie idzie zrozumieć.
- Gdzie ty nas wywiozłeś? Chcesz nas zgwałcić i poćwiartować a później wygotować nasze kości? - rzucił basista.
- Czemu wygotować? - zaciekawił się Takashima, robiąc jedną ze swoich najdurniejszych min.
- Oj no, głodny jestem.
- Przecież dwie godziny temu jadłeś ciastka. - Uruha, korzystając z każdej okazji, oparł się o Yuu prowokująco.
- Jestem dorosłym mężczyzną. Co ty myślisz, ze najem się jakimiś nędznymi ciasteczkami ? Tym bardziej jeżeli KTOŚ powydłubywał z nich kawałki czekolady.
- Eh, pojadę poszukać jakiegoś sklepu. Kai, daj kluczyki. - wstałem. Większość mnie stanowczo sprzeciwiała się temu pomysłowi.
- Ruki, jesteś tego pewien? Nie znasz okolicy. - perkusista niechętnie ale podał mi kluczyki.
- Spokojnie, niedługo wrócę.
- Przywieź mi chipsy a mianuję cię bohaterem narodowym - rzucił za mną Suzuki.

Wsiadłem do środka srebrnej Toyoty. Spojrzałem w lusterko i przetarłem dłońmi twarz.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce, pojazd zapalił. Niespodziewanie, drzwi po stronie pasażera otworzyły się z impetem i do środka wpadł Aoi.
- Co ty wyprawiasz?! - wrzasnąłem.
- Jeżeli myślałeś, że puścimy cię samego to się grubo myliłeś - powaga w jego głosie mnie zawstydziła.
Ruszyłem z miejsca.

To zabawne, chciałem uciec żeby nie musieć na niego patrzeć, a teraz siedzi pół metra ode mnie i udaje że patrzy na drogę a tak naprawdę wpatruje się we mnie. Czuję na sobie jego przenikliwe spojrzenie. Piękną głębie lśniących oczu.
- SKRĘCAJ! - w ostatniej chwili wykonałem rozkaz unikając kolizji z drzewem. Zatrzymałem się wstrząśnięty. Droga była całkowicie pusta więc mogłem sobie na to pozwolić. Zapadła cisza.
- Ruki, ty płaczesz? - odgarnął kosmyk włosów z mojej twarzy - spokojnie, nic się nie stało.
-  Spierdalaj.Nie płaczę.
- Tak, tak. Tylko oczy ci się pocą. - zachichotał, chcąc rozładować istniejące między nami napięcie. Widząc moją irytację spoważniał - naprawdę aż tak się wystraszyłeś? - jego ramię objęło mnie niezręcznie jak nastoletnią dziewczynę na pierwszej kinowej randce.
- Daj sobie spokój. Po prostu jestem zmęczony. - strząsnąłem je z siebie. Ruszyłem w dalszą drogę.
Po chwili przerwał ją kolejny problem.
- Co jest? Dlaczego zgasł? - walnąłem pięścią w kierownice. Starszy spojrzał na deskę rozdzielczą.
- Nie ma paliwa - oznajmił całkiem poważnie. - musimy zepchnąć go na pobocze - wysiadł z samochodu, ja tuż za nim. Temperatura spadła solidnie poniżej 0. Wiatr jedynie przybrał na sile.
- Kai nas zabije - stwierdziłem.
- Niestety masz rację. Jeszcze jedna sprawa, nie pomyślałeś, że nawet jeżeli w pobliżu jest jakiś sklep to o tej porze raczej stoi zamknięty na pięć spustów.
- Dlaczego nie powiedziałeś tego wcześniej? - skarciłem się w myślach jak mogłem o tym nie pomyśleć. Przecież to nie Tokyo gdzie na każdym kroku roi się od całodobowych sklepików.
W odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami.

Gdy pojazd stał już pod gałęziami drzew, nie czułem rąk ani palców u stóp.
- I co teraz? - zaszczękałem zębami.
- Nie możemy tak stać w miejscu bo zamarzniemy. Spróbujmy wrócić szosą, to nie może być daleko. Jeżeli będziemy mieć szczęście może ktoś będzie przejeżdżał i nas podwiezie.
- Ja już zamarzłem. - wyobraziłem sobie, że zamiast palców w moich butach kryje się 10 kostek lodu.
- To co? Zrzucamy ciuszki i rozgrzewamy się własnymi ciałami by przetrwać?
- Może jeszcze będziemy się ruchać? - wcisnąłem dłonie do kieszeni. Na podwózkę nie było szans, tą drogę nikt nie jeździł, z trudem szedłem po skutym lodem asfalcie.
- Nie mam nic przeciwko. Hej, Ruki, też to widzisz? Czy to tylko fatamorgana? - wskazał palcem budynek prześwitujący między drzewami.
- Kto normalny buduje dom na takim zadupiu w dodatku w środku lasu? - zdziwiłem się, nie widząc drogi wjazdowej.
- Psychopaci. Wolisz zamarznąć na śmierć czy przenocować w tym domu? - obie opcje mnie nie pociągały, ale jeżeli już mam wybierać wolę umrzeć rozszarpany piłą mechaniczną niż spędzić kolejną godzinę na mrozie. Ruszyliśmy przez zaspy śniegu.
Biały puch sięgał mi do pasa i krępował każdy ruch. W końcu wykończeni stanęliśmy przed schodami. W oknie widniało światło. Nad drzwiami wisiała tablica z napisem "Hotel pod białym niedźwiedziem".
Chłopak nacisnął na klamkę, drzwi z oporem się otworzyły.
Przed kamiennym kominkiem stał stary fotel w którym ktoś siedział. Kobieta na nasz widok uśmiechnęła się miło. Nie wyglądała na psychopatkę, kanibalkę.
- Dawno już nikogo tu nie było. W czym mogę służyć? - podniosła się i zajęła miejsce przy recepcji.
- Wie pani jak dojść do tego opuszczonego domu? - Aoi oparł się o ladę, ja w tym czasie popędziłem do kominka, by chociaż odrobinę ogrzać zziębnięte ciało.
- Opuszczonego domu? Chodzi ci o ten elegancki dworek? Mój chłopcze, to piętnaście kilometrów stąd, w taką pogodę nie warto wychylać nosa z domu. W dodatku zanosi się na zamieć.
- Chcielibyśmy przed nią tam dojść. - upierał się gitarzysta.
- Droga nocą jest niebezpieczna, po ciemku łatwo się zgubić, a nie jedno czyha w krzakach. - łypnąłem na drzwi czy na pewno są zamknięte i nic niepożądanego się tu nie dostanie. - jeżeli tylko chcecie możecie tu przenocować.
- Tak. - wtrąciłem się. Właścicielka podała nam klucz, wskazała drogę i życzyła spokojnej nocy.

- Jak myślisz co miała na myśli, mówiąc "nie jedno czyha w krzakach" - weszliśmy do przydzielonego nam pokoju, było w nim lodowato. Najwidoczniej woda w kaloryferach musiała zamarznąć.  
- Na pewno lisy, wilki i inne leśne zwierzątka potrafiące egzystować przy tej temperaturze. - w pokoju znajdowało się. tylko jedno łóżko. Podwójne - dziś śpimy razem - oznajmił ochoczo.
- Przynajmniej mnie ogrzejesz - wskoczyłem pod kołdrę w samych bokserkach i w miarę suchej bluzie - stara jędza się teraz grzeje przy kominku a my zamarzamy - pisnąłem - w dodatku umieram z głodu.
- Wołałbyś spać na dworze?
- Nie, po tym co powiedziała nawet tu nie czuję się bezpieczny.
- A przy mnie? - gitarzysta zrzucił mokre od stopniałego śniegu ubranie i wpełzł pod kołdrę obok mnie.
- A przy tobie tym bardziej. - wtuliłem się w niego w poszukiwaniu ciepła. Objął mnie mocno. Zapadła cisza.
- Aoi śpisz? - spytałem w końcu.
- Nie. Co się stało?
- Łączy się coś z Kouyou? Wiesz o co mi chodzi. - szepnąłem, nie mogłem powstrzymać się od zadania tego pytania.
- Co? Dlaczego pytasz? - również szeptał, jego ciepły oddech owiał moją szyję, wywołując u mnie dreszcze.
- Tak po prostu, widzę jak na ciebie patrzy. - pominąłem to, jak  mnie to boli. Mój głos posmutniał.
- Jedynie się przyjaźnimy. Z resztą darzę uczuciem kogoś innego. - przytulił mnie mocniej.
- Ten ktoś nie byłby zadowolony gdyby dowiedział się co teraz robimy. - znów miałem ochotę się rozpłakać, tylko co by to zmieniło. Zacisnąłem powieki.
- Więc, pozwolisz, że spytam go o to. Ruki, kochanie masz coś przeciwko, że przytulam się z tobą by przetrwać? -  zamarłem. Nie, to nie dzieje się naprawdę. Balansuję na granicy jawy i snu albo mam halucynację. Mój mózg sam to wymyślił. Przeinaczył słowa mojego obiektu pożądania.
- Aoi co powiedziałeś? - zapytałem, czując gulę w gardle.
CDN

~~
Liczę na aktywne komentowanie. Krytyka bardzo mile widziana. :3

sobota, 16 listopada 2013

Kartka z dziennika. part. |

Dawno mnie tu nie było O.O
~
22 stycznia. Czwartek
Wstałem dziś wcześniej niż zadzwonił budzik. Nie mogłem już zasnąć, poszedłem o kuchni żeby coś zjeść, za oknem było ciemno, wydawało mi się, że o tej porze słońce już powinno świecić, przynajmniej tak było parę może paręnaście dni temu. Na samą myśl że miałem iść do pracy łapałem doła. Ostatnio dziwnie się czuję.  Zmusiłem się do wyjścia, nie potrafiłem wysiedzieć na miejscu, więc poszedłem do parku. Gdybym wiedział, że ze wszystkich możliwych miejsc on wybierze właśnie to , omijałbym je szerokim łukiem.
Biegał. Wyglądał tak cudownie, że nie potrafiłem oderwać od niego wzroku, modląc się w duchu żeby tylko mnie nie zauważył. Wykrakałem. Kiedy pomachał w moją stronę, szybko uciekłem. Co ze mnie za idiota.
Po drodze do studia wstąpiłem do Starbucks po kawę. Chyba uzależniłem się od kofeiny.
Wyjątkowo nie mieliśmy wiele roboty, nagrania mają się zacząć za 4 dni. Mam nadzieję, że w tym czasie nie zwariuję.
23 stycznia. Piątek
Mój organizm musiał odespać, wczorajsze ranne wstawanie. Spiesząc się do studia prawie wpadłem pod samochód. Mało brakowało.
Kai chwilę  na mnie ponarzekał i poszliśmy na spotkanie w sprawie omówienia strojów. Straszna nuda, odkąd współpracujemy z innymi projektantami, trudno jest się z nimi dogadać, albo stałem się okropnie wybredny. Siedziałem wprost na przeciwko niego, tak jak myślałem w końcu spytał się dlaczego wczoraj zwiałem na jego widok. Wzruszyłem ramionami, znów wychodzę na idiotę.
24 stycznia. Sobota
Monotonia. Tym razem udało mi się przyjść na czas.
Cieszę się, że potrafi oddzielić życie prywatne od zawodowego.
Wieczorem miałem iść na zakupy, w prawdzie miałem to zrobić wczoraj..
Odnoszę wrażenie, że robi to specjalnie, śledzi mnie, jestem tego pewien. Inaczej nie da się wyjaśnić co robił w tym samym czasie w tym samym sklepie, z tego co wiem woli kupować gdzie indziej.
Tym razem nie miałem dokąd uciekać. Nasza rozmowa polegała bardziej na tym, że to on mówił ja jedynie co jakiś czas potwierdzałem.
25 stycznia. Niedziela
Ciągle chodzą mi po głowie słowa wypowiedziane wczoraj przez Akirę: "Co się stało z naszą przyjaźnią?".
Co miałem mu odpowiedzieć? "Kocham cię, przez co nie mogę na ciebie patrzeć."? To uciążliwe.
26 stycznia. Poniedziałek.
W końcu nadszedł pierwszy dzień nagrań, zaczynało się życie po 19 godzin i tylko 5 snu. Mamy spore opóźnienie i żeby nie zawieść fanów musimy dawać z siebie więcej niż jesteśmy w stanie. Okazało się, że w Starbucks mają małą awarię i musiałem iść do innej kawiarni, przez ten felerny park. Zastałem ten sam widok. Wyglądał na zmęczonego. Nie powinien się teraz przemęczać. Przemykając między drzewami nie zostałem zauważony. Punkt do kamuflażu dla mnie.
Kupiłem 5 kaw, w ramach czego dostałem 6 gratis.
W pokoju panowała nerwowa atmosfera. Kai chodził, wydzierając się na rozweselonego Rukiego, który w ostatniej chwili wprowadzał poprawki w tekstach.
Zajęliśmy się dziś nagrywaniem partii basu. Wlepiałem oczy w Reitę zgrabnie szarpiącego struny. Odpłynąłem.
Straciłem poczucie czasu. Było tak zimno, że nie miałem ochoty iść na piechotę. Na przystanku okazało się, że ostatni autobus dawno już odjechał. Poratował mnie Aoi. Był na tyle zmęczony, że nie odzywał się przez całą drogę. Jedynie zajeżdżając życzył mi dobrej nocy i dodał : "Tylko nie śnij zbyt dużo o nim".
Skąd on..? Może jednak się przesłyszałem.
27 stycznia. Wtorek.
Coraz mniej czasu. W nocy grałem zamiast spać. Kompozycje Kaia są naprawę świetna ale też wyczerpująco trudne. Poszedłem spać o 7 żeby na 9:30 być gotów. To raczej drzemka.
Nie ważne co ubiorę i tak mi zimno. Musiałem się przeziębić. Znalazłem sposób na zaoszczędzenie kilku groszy. Odnalazłem w szafce zapomniany kubek termiczny, od dziś każdego ranka będę robił sobie kawę w domu.
Posłuchałem chwilę nagrań perkusji i poszedłem do osobnego pokoju przećwiczyć kolejną piosenkę.
Pech nadal mnie prześladuję, trzy razy zerwałem czwartą strunę. Po raz pierwszy od dawna napadła mnie myśl, żeby to pieprznąć. Zapaliłem, żeby się zrelaksować i podszedłem do tego na spokojnie.
A co jeżeli nie damy rady z mojej winy?
28 stycznia. Środa.
Wstałem niewyspany z myślą, że superbohaterowie zawsze mają pełno energii, więc dlaczego ja nie?
Ubrałem się pierwsze co wpadło mi pod rękę i pędem pobiegłem do studia. Dopiero po drodze dotarło do mnie, jak jest wcześnie. Udało mi się wyjść tak wcześnie, że zostałem świadkiem otwarcia najszybciej otwierającej się kawiarni w której tłumy pędzących o świcie Tokijczyków zaopatrywało się w kofeinę.
Z braku innych pomysłów, postanowiłem przesiedzieć tam najbliższe półtorej godziny. Zamówiłem podwójne espresso i zająłem się czytaniem gazety codziennej przy stoliku na końcu sali.
 Mam paranoję albo faktycznie jestem prześladowany, nie zdążyłem dopić napoju, gdy w pomieszczeniu rozległy się dwa głosy, oba bardzo znajome. Pierwszy, należący do Akiry spokojnie tłumaczył drugiemu na czym polega powstawanie zakwasów. Drugiego nawet nie musiałem kojarzyć by po odpowiedzi odgadnąć, że jego właścicielem jest Yuu. Nie przerywałem czytania, nagle dobiegł do mnie melodyczny krzyk. "Uruha-chan!" W mgnieniu oka obaj bez pytania przysiedli się do mojego stolika. Aoi był czymś zachwycony, nie słuchałem lecącej z jego ust niezrozumiałej paplaniny. Reita starał się go uspokoić, kiepsko mu to wychodziło. Obwieściłem, że idę do łazienki. Przez kolejne pięć minut wpatrywałem się w swoje odbicie w lustrze. Coś wewnątrz mnie pęka jak tylko na niego patrzę, tak za każdym razem.
Spokój zakłócił mi mój największy problem, pytając czy wszystko ok. Uśmiechnąłem się słabo. Moja odpowiedź nie mogła być bardziej fałszywa.
Dzień w studiu był jeszcze bardziej męczący. Noc spędziłam na kanapie w socjalnym
29 stycznia. Czwartek.
Obudził mnie słodki, lecz lekko zachrypnięty głosik. "Wstawaj ślicznotko", powtarzało się w kółko. Na moment zapomniałem o bożym świecie, będąc pewnym, że to jedynie ciąg dalszy mojego pogmatwanego snu. Kubeł zimnej wody wylądował na mojej głowie. Zerwałem się jak poparzony, zachłystając się płynem. Między moimi nogami klęczał Ruki i pustym naczyniem. Zacząłem się na niego wydzierać. Sądziłem, że zareaguje śmiechem, zamiast tego z zaskoczenia zamknął mi usta własnymi, bez zastanowienia wpychając w nie język. Zaplanował to idealnie, z całej siły zaplatając ręce na moim karku, biodrami przygniatał mi żebra.
Jednostronne pocałunki nabierały brutalności, w tym samym momencie krocze napastnika ocierało się o moje.
Jednego wszak nie przewidział, drzwi otwarły się ociężale a w nich stanął zaspany Reita, na nasz widok natychmiastowo otrzeźwiał. Moja mina musiała sprawiać wrażenie ofiary gwałtu. Złapał Matsumoto za koszulkę i mocno odczepił go od już prawie całkowicie nagiego mnie. Wyprowadził go za drzwi. Zostałem sam.  Ciekawsko, wybyłem na korytarz. " (..) Nie pamiętasz co mi obiecywałeś?! Popierdoliło cię do reszty?! Zabroniłem ci go dotykać, zapomniałeś już?!(..)" Słyszałem tylko urywki, więc nie mogę sobie niczego wyobrażać.
Wysłałem Kai'owi sms'a, że będę dziś później i wyłączyłem telefon. Muszę odetchnąć.
30 stycznia. Piątek.
Skończyło się na tym, że wcale nie pojawiłem się w studiu. Wiem, że odwlekanie chwili w której będę musiał stanąć twarzą w twarz z Takanorim. W dodatku owładnęło mną paniczne poczucie winy, zespół nie może pracować. A ja czuję się beznadziejnie. Dodatkowo reakcja Akiry, jego słowa. Może za dużo o tym wszystkim myślę, komplikuję tak proste sprawy.
 Zatrzymałem się z ręką na klamce, przed salą prób. Robię z siebie ciotę? Odpowiedź chyba jest oczywista. Kouyou weź się w garść! Bądź facetem!
31 stycznia. Sobota.
Wydanie albumu zbliża się wielkimi krokami. Utworzyłem dwa pudełka, jedno z podpisem "praca" a drugie  "życie osobiste". Czy w ten sposób uda mi się je perfekcyjnie rozdzielić? Kolejny dzień pracy przede mną. Nie ma mowy o wolnym. Moja wizyta w Kanagawie musi jeszcze poczekać. Dziś Aoi ma mnie podwieźć, przynajmniej nie zmarznę.
Ostatki nocy przyniosły nową myśl.
1 luty. Niedziela.
Rozpoczyna się nowy miesiąc, nowa płyta, nowe działania. Wyznam mu co czuję, on mnie znienawidzi, ucieknę z miasta i będę cierpiał do końca swoich dni. Plan idealny. Kiedy stałem się okropnym pesymistą? Nieważne.
Po skończonej na ten dzień pracy, podszedłem do niego, pytanie czy znajdzie jutro chwilę wolnego ledwo przeszło mi przez gardło. "Po co czekać do jutra? Idziemy na piwo?" Zgodziłem się.
Poszliśmy do zapełnionego baru w pobliżu..
~ To be continued.

środa, 16 października 2013

Aoi x Ruki - i don't know anything about you, my friend. cz4 (end?)

Minęło sporo czasu. Mimo wszystko chciałbym, aby czekanie się opłaciło. Miłego czytania :3
~~

Wszystko układało się idealnie. Cały czas poświęcałem Rukiemu. Pełne czułości dni i obfitujące w sex noce sprawiały, ze ten czas mogłem zaszufladkować jako najlepszy w swoim życiu.
Do czasu. W końcu nadszedł dzień corocznej odbywającej się w domu Kaia imprezy.
 Znudzony siedziałem przed telewizorem, kątem oka oglądając program przyrodniczy.
- Aoi! Pomóż! - z drugiego końca mieszkania rozległ się piskliwy krzyk. Zaniepokojony zerwałem się na równe nogi. Przed dotarciem na miejsce uprzedził mnie głośny huk.
W pomieszczeniu zastałem dość interesujący widok. Na podłodze leżała porozrzucana połowa zawartości szafy a między tym Ruki przykryty kartonem.
Widząc to nie mogłem powstrzymać chichotu. Na palcach podszedłem do chłopaka
- Oh kotuś, ciebie to nie można zostawić choć na sekundę samego? - docisnąłem pudło do ziemi, uniemożliwiając mu wydostanie się.
- Puszczaj - z środka dobiegł złowrogi warkot. Tektura aż się zatrzęsła - Spadaj stąd.
- Sam mnie wołałeś - ogarnął mnie głupawy napad śmiechu. Ledwo co mówiłem.
- Za późno. Aoi no !
- Co się mówi? - podroczę się z nim odrobinę.
- WYPIERDALAJ! - przez chwilę miałem uczucie jakbym siłował się z dzikim zwierzęciem.
- Nie, nie o to mi chodziło skarbie. - nie przestawałem się podśmiewać. Odpowiedział mi kolejny, tym razem kompletnie niezrozumiały warkot.
- Wynocha albo zero seksu przez najbliższe dwa tygodnie!! - ryknął na cały głos.
- Nie musisz być tak okropny - udałem rozczarowanie, lecz ciągle nie dawałem za wygraną. - Jakieś lepsze pomysły?
- Tak. Jak tylko cię dorwę to rozszarpię na kawałki i upiekę w piekarniku z jabłkiem w dupie.
- Buu, nie chcę skończyć na czyimś talerzu. A tak właściwie to nie wspominałeś ostatnio o wegetarianizmie?- powolutku zabrałem ręce i odsunąłem się po cichu. Pudło momentalnie odleciało do tyłu, odkrywając podrywającą się postać. Posłał mi mordercze spojrzenie i w mgnieniu oka rzucił się na mnie, wywracając nas obu na ziemię. Przygniótł mnie własnym  ciężarem,obejmując udami moją klatkę.
- O matko! - w dalszym ciągu nie przestawałem się śmiać. Krasnal najwidoczniej nie żartował, jego ostre ząbki wbiły się w skórę mojej szyi. - O matko! Gryzie mnie! - na te słowa, poczułem jak kiełki wbijają się mocniej. Krwiożercza bestia. - Zabiło mnie!
Oderwał się tylko po to by zatopić się w inne miejsce. Kilkakrotnie powtórzył czynność.
Na koniec z lekkim, nieziemsko uroczym uśmiechem opadł na mnie, wtulając się niewinnie. Nie mogłem się powstrzymać od pogłaskania go po głowie.
- Więc zamiast obiadem stałem się kanapą?
- Muszę cię rozczarować, ale nadal jesteś głupim Shiroyamą.
- Czyli nadal mogę zrobić to - przyciągnąłem jego twarz bliżej swojej i złożyłem na ustach sowity pocałunek.  Trwaliśmy tak pewną chwilę, w końcu obaj potrzebowaliśmy zaczerpnąć oddechu.
- Aoi - ten głos nie mógł zwiastować niczego dobrego.
- Tak? - już szykowałem się na  pytanie z serii  'kochasz mnie chociaż trochę' albo 'no bo wiesz, widziałem taką fajną torebkę, może poszedłbyś ze mną do sklepu' w ostateczności także 'kupisz mi...?'
- Nie spij się w trupa - szepnął jakby nieśmiało, co nieco nie pasowało do obrazu Takanoriego sprzed momentu.
- Hę? - zapomniałem już. Przecież to dziś.
- Nie mam zamiaru taszczyć cię do domu.
- Spokojnie, łóżko Kaia jest całkiem wygodne.
- Świnia.
- No co? - czy moja wypowiedź była nie na miejscu? Czy wszystko musi się kojarzyć z jednym. - po kilku głębszych wylądujesz tam razem ze mną... Chyba, że pomylę Cię z kimś innym. Chociaż to mało prawdopodobne, tylko ty jesteś taki niski.
- Już mówiłem jak bardzo mnie irytujesz?
- Dzisiaj tylko 80 razy. '
- To dobrze - jego aksamitne wargi musnęły mój nos. Nie oddałbym tego uczucia za żadne skarby.
- Kocham cię niziołku. - wyszczerzyłem się tak mocno, że mięśnie twarzy zaczęły mnie boleć.

Siedziałem z nogami na stole, wpatrując się w wolno przesuwającą się wskazówkę zegarka. Czekałem na Rukiego. Szykował się już od bitych dwóch godzin, kiedy to ja nałożyłem pierwszy z brzegu t-shirt i leżące w tym samym miejscu spodnie.
W końcu nadeszła ta przełomowa chwila. Drzwi łazienki niespodziewanie się otworzyły, w momencie gdy powoli zsuwałem  się z siedzenia.
Jego wejście do pokoju spowodowało, że znalazłem się na podłodze. Wyglądał olśniewająco. Makijaż idealnie pasował do bogatego w dodatki stroju. Na nogach miał wysokie obcasy, dzięki którym był mniej więcej mojego wzrostu.
- Łał - wpatrywałem się w niego jak w święty obrazek.
- Idziemy? Czy masz zamiar tak leżeć? - otrząsnąłem się i szybko wstałem.
Chwyciłem kurtkę i obaj wyszliśmy z mieszkania. Po drodze zatrzymaliśmy się żeby uzupełnić zapas alkoholu.
Dom a raczej willa w której mieszkał  Kai znajdowała się na obrzeżach miasta, w okolicy nie było wielu innych domów. Właśnie dlatego było to idealne miejsce dla takich okazji. Mimo dość wczesnej pory, przed posesją stało już kilka samochodów. Zaparkowałem nico dalej.
Ruki złapał mnie za rękę, pewnie przez to, że ledwo chodził w tych butach. Przemilczałem moje przypuszczenie, nie chcąc się narażać na niebezpieczeństwo. Moją uwagę przyciągnął samochód stojący na podjeździe. Nie miałem wątpliwości co do jego właściciela. W końcu nie każdy jeździ krwiści czerwonym jaguarem.
- Słuchasz mnie w ogóle? - Matsumoto trącił mnie łokciem
- Tak, tak - znów się zamyśliłem.
- To o czym mówiłem?- jakby tu szybko zmienić temat?
- Chodź szybciej bo strasznie tu zimno- nacisnąłem na klamkę, tak jak myślałem drzwi nie były zamknięte. W progu wpadłem na chcącego wyjść Uruhę.
- Ał.  - jęknął, przypadkiem oberwał butelką którą dzierżyłem w ręce.
- Dlaczego wszyscy tylko się na mnie wydzierają, tak nawet bez przywitania
- Aoi! - dopiero teraz zauważył, że miał zaszczyt wpaść właśnie na mnie. Rzucił mi się na szyję. Nie musiałem patrzeć na Rukiego, żeby wiedzieć, że właśnie w myślach przeklina naszego wspólnego przyjaciela. On również wyglądał inaczej niż na co dzień - Co ty taki szary? - byłem pewny, że nie obędzie się bez komentarza na temat mojego wyglądu.
- A ty po co się tak odpicowałeś jak szczur na otwarcie kanału? - zanurzyłem dłoń w gęstwinie jego bujnych loków.
- To ja nie będę wam przeszkadzał - malec z trudem się opanowując, poszedł w stronę kuchni. Chciałem za nim pójść, żeby go jakoś udobruchać.
- Pójdziesz ze mną po fajki? - nie czekając na zgodę, Koyou pociągnął mnie do furtki. Mój plan musiał poczekać.
- Nie chodzi tylko o wycieczkę do sklepu, prawda? - zacząłem rozmowę.
- Jak zwykle jesteś spostrzegawczy - zaśmiał się nerwowo. Wcisnąłem dłonie głęboko do kieszeni. Widzę, że będę musiał wyciągać to z niego na siłę.
- Więc, co jest na rzeczy?
- Eh, wiesz jak jest. Rzygam widząc jak on się z nim obmacuje - nie mogłem spodziewać się niczego innego. Od dawna Takashima był ślepo zakochany w Jinie. Kidy się o tym po raz pierwszy dowiedziałem, odnosiłem wrażenie, że ze wzajemnością.  Do razu pewnego.
- W czym jestem gorszy od tego Nii ?- imię chłopaka ledwo przechodziło mu przez gardło.
- On jest Nii a ty Kou, nie porównuj się do niego i nawet nie próbuj kolejny raz się do niego upodobnić.
- To co mam zrobić? Dlaczego po prostu nie może mi to być obojętne? Dlaczego on nie może być mi obojętny?
- Sądzę, że powinieneś mu w końcu powiedzieć co czujesz - objąłem go, widząc, że zaraz popłacze się jak małe dziecko.
- Nie mogę! Jednocześnie nie chcę tracić z nim kontaktu.
- Zaufaj mi - zatrzymaliśmy się, przed drzwiami sklepu całodobowego. Przez całe zakupy, milczał w zadumie. W drodze powrotnej wymieniliśmy jeszcze kilka zdań temacie. W drzwiach spotkaliśmy Reia taszczącego 3 zgrzewki wódki.
- O Uru coś ty się tak wystroił jak szczur na otwarcie kanału?
- Jak kreatywnie, nie potrafisz wymyślić nic samemu? - Koyou wsunął lodowatą dłoń pod koszulkę chuściaka. Ten pod wpływem zimna, prawie upuścił bagaż.
- Że jak? A właśnie, Aoi muszę ci coś powiedzieć. Zanieś to do salonu - położył zgrzewki przed Uruhą i popędził na górne piętro, dając znak żebym poszedł za nim. Trafiliśmy do łazienki. Zamknął drzwi na klucz.
- O co chodzi? - zapytałem, nie dając mu dojść do głosu. Moje zdziwienie pogłębiło się kiedy przyjaciel wyciągnął tablet.
- Mam najnowszą wersję pokemonów.
- Nadszedł czas na rewanż! - rozpromieniłem się.- tym razem wygram.
- Nie masz szans - zapominając o otaczającym nas świecie w pełni zajęliśmy się grą. Do wygranej brakowało mi tylko paru sekund, gdy drzwi zatrzęsły się.
- Idźcie pieprzyć się gdzie indziej! Zaraz się zesikam! - głos Kyo brzmiał jeszcze bardziej morderczo. Ten człowiek przez 3/4 swojego życia chodził wściekły na otoczenie.
- To sikaj do butelki! - Odkrzyknął mój rywal z satysfakcją.
- Pierdol się Suzuki! - na pożegnanie kopnął w drzwi.
Nie musieliśmy przerywać rozgrywki żeby wyposażyć się w alkohol, Reita wszystko przemyślał, zabierając ze sobą po 3 butelki piwa.
Kilka godzin później w końcu zeszliśmy ponownie na dół. Dom  był przepełniony ludźmi. Byli dosłownie wszędzie.
Mimo mrozu największe zainteresowanie wzbudzał jak zwykle basen.

 Zabawa trwała w najlepsze. Lekko szumiało mi w głowie ale to nic.
W tłumie wychytrzyłem, nieznanego mi przybysza. Pomachałem do niego.
- My się chyba nie znamy. Aoi jestem.
- Ai.
Tak zaczęła się długa, zakrapiana alkoholem rozmowa. Przerwał ją dzwonek telefonu.
- Osz, żeśmy się zagadali. Miło było cię poznać. Do następnego - zostawił mnie samego i zataczając się pijacko uciekł. Opróżniłem butelkę do końca.
Chyba o czymś zapomniałem. Ta myśl prześladowała mnie od samego początku. Cholera nie o czymś tylko o kimś! Ruki! Gdzie on jest? Rozejrzałem się. Nigdzie go nie widziałem. Zamiast tego zauważyłem, idącego w moją stronę szaleńczo radosnego Mayę.
- Hejo pysiu. Czo tam?
- Widziałeś gdzieś Rukiego?- wypaliłem bez przywitania.
- Nie. Chyba nie. Chociaż w sumie mógł to być on. A no chyba tak. Był gdzieś tam - z całej wypowiedzi zrozumiałem jedynie gest wskazujący na korytarz prowadzący na tyły domu.
Bez słowa poszedłem we wskazanym kierunku. Na parapecie siedział Ruki palący papierosa.
- Dlaczego się przede mną ukrywasz kotek? - na jego widok serce zaczęło ochoczej bić.
- Obiecałeś mi coś, tak?
- Nie denerwuj się skarbie - zmarszczyłem brwi. Chciałem oprzeć dłonie o jego kolana, ale uprzedził mnie i wstał. Moje dłonie opadły na chłodną imitację granitu.
- Człowieku ledwo chodzisz. Zawsze tak jest - próba objęcia do skończyła się na podłodze - Zawiodłem się na tobie. Z resztą po co się wysilam - zostawił mnie samego.

Poczułem się jeszcze gorzej, pijąc piwo z sokiem. Co chwilę odwracałem się za siebie z nadzieją, że zobaczę gdzieś Takanoriego. Za każdym razem przeżywałem rozczarowanie. Ciekawe co teraz robi? Gdzie jest?
Przeszedłem kilkukrotnie pokój w kółko i wyszedłem na dwór zapalić.

Pierwszym widokiem jaki zastałem był totalny chaos. Opakowania, pobite szkło, porozrzucane rzeczy i leżące na ziemi ciała. A między tym wszystkim całkowity brak Ruksa. Rozejrzałem się dokładniej. Mój mózg zbyt wolno przetwarzał informację. Rozprostowałem kości i rozpocząłem przeszukiwanie domu.
Nigdzie go nie odnalazłem. Do sprawdzenia pozostał jedynie pokój Tanabe, istna mordownia. Chował tam połowę asortymentu sex shopu. Niepewnie uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. Spod łóżka wystawały buty Takanoriego. Za to na meblu leżał właściciel domu. Nie byłoby w tym nic podejrzanego gdyby nie ubrania obojga z nich przykrywające komodę i kawałek podłogi.
Chwyciłem Kaia za ramiona.
- Kim jesteś? - spojrzał na mnie z przerażeniem.
- Nie wydurniaj się.
- Znamy się? - palnąłem się dłonią w czoło.
- Taa idioto. Jestem Aoi - moja cierpliwość wyczerpywała się w ekspresowym tempie.
- Aaa, Aoi. Nie poznałem cię.
- Czy mógłbyś proszę mi powiedzieć co takiego robiłeś w nocy z panem leżącym pod łóżkiem oraz dlaczego nie masz na sobie ubrania? - bez owijania w bawełnę przeszedłem do rzeczy.
- ... - policzyłem do trzech nim zadałem kolejne pytanie.
- Pieprzyłeś Rukiego?
- Nie chcę cię oszukiwać, nie pamiętam. Jesteśmy przyjaciółmi, Aoi
- Nie kończ - wstałem i pociągnąłem za kończynę mojego partnera. Wyciągnąłem go spod posłania, pierwsze promienie słońca spoczęły na jego twarzy, zmrużył oczka.
- Ubieraj się idziemy - poleciłem, o dziwo nie zaprotestował. Nawet nie odezwał się do mnie słowem

Szliśmy pokrytą białym puchem parkową aleją. Z powodu wczesnej pory i dnia roku, w okolicy nie było żywej duszy. Otwierałem usta i natychmiastowo je zamykałem, zdając sobie sprawę, że właściwie nie wiem co powiedzieć. Przed nami rozciągało się mały, zakute lodem staw. Na jego powierzchni urzędowało stado łabędzi. Ruki oparł się o barierkę, po omacku wyciągnął z kieszeni papierosa, odpalił go i zachłysnął się trującym dymem. Naiwnie łudziłem się, ze przejmie inicjatywę i rozpocznie rozmowę.
- Co robiłeś w nocy w pokoju Kaia? - wypaliłem, nie byłem w stanie dłużej znieść tej ciszy. Odpowiedziała mi cisza i kłąb dymu. - Spałeś z nim ?
- Jeżeli nawet to co z tego? - barwa jego głosu, była zimniejsza niż temperatura powietrza. Poczułem się jakby ktoś dał mi z liścia i ze śmiechem napluł w twarz. - Ty możesz robić co chcesz, to ja też - dodał, gasząc niedopałek o metalowe ogrodzenie. Zacisnąłem pięści schowane w kieszeniach. Jak najspokojniej.
- Ruki - szepnąłem, nie mogłem na niego spojrzeć bo moja wyobraźnia działała jak szalona. - Jak chcesz - odwróciłem się na pięcie. Nie chciałem uciekać. Więc dlaczego to zrobiłem?
- Zaczekaj! - krzyknął. Zdążyłem się oddalić na odległość 10 kroków. Odwróciłem się odruchowo. Nad nim unosiły się opary kolejnego papierosa. Powróciłem na swoje miejsce sprzed momentu. - Nic nie zaszło, byłem na ciebie wściekły i nadal jestem. - przytuliłem go od tyłu. - Prosiłem cię, żebyś nie pił za dużo, pewnie nawet tego nie pamiętasz. - chłód przeistoczył się w smutek, dopiero teraz dotarło do mnie, że zawiodłem.
- Postaram się być lepszy. Nigdy nie będę idealny, ale dla ciebie postaram się dosięgnąć jak najbliżej ideału.- ruchem wyjętym z jeziora łabędziego obróciłem go twarzą do siebie - Nie kłóćmy się więcej.
- Jestem za.
- A co powiesz na mały spacer - zaplotłem nasze palce, przy okazji odbierając mu używkę.
- Mhm - jego ręce owinęły się wokół mojej szyi. Na nosie poczułem delikatność jego języka. Nie potrzebował mojej nawigacji, żeby trafić na usta. Wsunąłem język w jego usta. Zęby Matsumoto delikatnie przygryzły moją dolną wargę. Od razu zrobiło się cieplej.

Nie puszczałem jego dłoni. Obejście parku trwało dłużej niż się spodziewałem. Pojedynczy mieszkańcy mijali nas z dziwnymi minami. Jedna starsza kobieta, postanowiła wyrazić swoją opinię, lecz nie zwracałem na nią uwagi. W brzuchu burczało mi już od dawna. Na widok reklamy Subway'a jeszcze namolniej upomniał się o pokarm.
- Wiem, że to głupie, bo właściwie tak jakby tak już jest - zaczął nagle, wydzierając mnie brutalnie jadalnej krainy marzeń.
- Mógłbym się dowiedzieć co jest takie głupie? - uśmiechnąłem się. Świadomie skręciłem w uliczkę prowadzącą do pobliskiego kompleksu restauracyjnego.
 - Kupmy wspólne mieszkanie.Chyba nas stać. Eh, jeżeli namawiam cię do zbytnich zobowiązań to..
- Cii. Najpierw wysłuchaj tego co ja mam do powiedzenia. Po pierwsze, mam zamiar się poddawać zobowiązaniom, są właśnie po to by udowodnić jak komuś zależy. A po drugie, sam nie wiesz jakie to urocze kiedy tak się zawstydzasz.
- Aoi, proszę cię - przygładziłem jego rozczochrane przez wiatr włosy.
- Mam pomysł, za tydzień odbywają się targi mieszkaniowe. - mrugnąłem z lekkim uśmieszkiem. - a teraz chodź, stawiam śniadanie - przepościłem go w drzwiach. Wnętrze było ciepłe i przytulne. Połowa stolików była zajęta. Udało nam się znaleźć bardziej zaciszne miejsce. Od razu dorwałem kartę. Wybrałem tosty z kurczakiem, sałatkę, czekoladową babeczkę i filiżankę białej kawy.
- Weź mi kawę i coś słodkiego, byle bez truskawek.
- Co ty masz z tą niechęcią do truskawek? - wstałem.
- Po prostu, jakoś mnie odrzucają.

Oczekiwanie na posiłek nie trwało długo, obsługa była tu bardzo dobra. Tak samo jak jedzenie.
Błyskawicznie pochłonąłem swoją porcję. Przed moim nosem zawisł widelec z nabitą truskawką.
- Zabieraj to ode mnie - rozkazał Ruki, otworzyłem posłusznie usta.
Owoc był miękki i soczysty.
Przyciągnąłem chłopaka do siebie i obdarzyłem go solidnym pocałunkiem.
- Fuj, smakujesz truskawkami.
- To masz problem - ponowiłem czynność niczym uparty dzieciak.

Rachunek za to był wysoki, udało mi się uprzedzić Rukiego, chcącego dorzucić kilka jenów. Machnąłem się o standardowy napiwek.
- Myślałeś kiedyś co będzie za 20 lat? - zamiast udać się w kierunku mieszkania karzełka, ruszyliśmy w dalszą przechadzkę po mieście.
- Jak to co? Nadal będę zajebisty - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Nie o to mi chodzi. Haha, zamiast zajebisty będziesz stary.
- Czy ty zawsze musisz mi rujnować marzenia. - kopnąłem go lekko z kolana w tyłek. To żadna przemoc, absolutnie. Jedynie sposób na okazywanie miłości. - No to o co?
- Tak, właśnie. - pokusił się o oddanie mi kopniaka. - Czy uda mi się tyle z tobą wytrzymać, czy w ogóle będziesz tego chcieć. O wszystkich możliwościach.
- Nie potrafisz już myśleć pozytywnie, gburku? - hm, właśnie wymyśliłem jak będę go nazywał. To  określenie idealnie do niego pasuje.
- A ty to .. A z resztą. Idź sobie.
- Nie obrażaj się od razu gburku.
- Skończ z tym.
- Ale z czym gburku? - zaprowadziłem go pod manufakturę. Wystawa była udekorowana samymi lizakami.
- Nie nazywaj mnie tak!
- Mały gburek, może być? - wepchnąłem chłopak do wnętrza sklepu.
- Nie!
- To w ramach wynagrodzenia kupię ci lizaka - podałem mu cukierka w kształcie serca.
- Wiesz, że mnie irytujesz?
- Na tym właśnie polega miłość kochanie.
- Chyba tak.
- Za dwa lizaki spełnisz moje życzenie?
- A czy ja wyglądam na złotą rybkę?
- Wyglądasz na gburka.
- Jeżeli życzysz sobie rychłej śmierci to możesz na to liczyć.
Zapłaciłem za torebkę słodyczy. Na ulicy gburek wskoczył mi na plecy. Jego ciężar nie sprawiał mi najmniejszego problemu. Sądziłem,że waży więcej. Gdybym to wypowiedział na głos bez wątpienia wpakowałbym się w kłopoty i tym razem nie dla żartów.
-   Dawaj lizaki i nieś mnie do domku.- rzekł władczo.
Ucieszyłem się, w końcu nie często trafia się taka okazja.

Chodzenie po schodach z obciążeniem nie było już tak łatwe.
Zdyszany przekroczyłem próg. Dzieciak natychmiast stanął na własne nogi. Chwyciłem go za rękaw, uniemożliwiając podróż do łazienki.
- Hej, nie tak łatwo. - szepnąłem mu do ucha. Odsłoniłem i przejechałem językiem po bladej szyi.
- Nigdzie się nie wybieram - wyjął z ust lizaka i oblizał go prowokująco. Z szerokim uśmiechem zrzuciłem z siebie kurtkę. Wsunąłem dłoń w jego włosy i szarpnąłem.
Powolnie otarł się kroczem o moje udo.Pospieszając mnie.
- Błagaj - rozkazałem. W odpowiedzi klęknął przede mną zębami rozpiął mi rozporek. Nie czekając ni chwili objął wargami mą męskość. Mocniej naparłem na ścianę o którą się opierałem. Z ust wyrwało mi się ciche westchnięcie, gdy głowa kochanka zaczęła w równym tempie się poruszać. Pozwoliłem mu to robić tak długo jak chciał.
W końcu podciągnąłem go ponownie go góry - rozbieraj się - poleciłem, z zadowoleniem patrząc jak oblizuje usta. Posłuchał mnie i po chwili stał przede mną całkiem nagi. Przesunąłem palcami po jego łopatce aż do sutków, drażniąc je lekko. Uniosłem go i położyłem na szafce, zrzucając przy tym na podłogę stos rzeczy, w tym przenajświętsze kosmetyki Takanoriego. Nawet nie zwrócił na to uwagi, pochłonięty obcałowywaniem mojej klatki. Jego biodra znajdowały się idealnie na wysokości mojego krocza.
Złapałem go za szyję - spójrz na mnie - jego ciało lekko drżało.
- Yuu - westchnął z podnieceniem w głosie. Miałem ochotę nieco się zabawić. W pobliżu znalazłem szalik, nada się. Związałem mu nim ręce, w usta wsunąłem trzy palce, unosząc brodę Rukiego. Przymknął powieki. Wyglądał ślicznie, przebiegł mnie dreszcz.
Wolną ręką rozchyliłem jego nogi, przy okazji dając mu lekkiego klapsa. Uwolniłem jego usta, klejące się od śliny palce wsunąłem głęboko w jego wnętrze. Jęknął głośno, jak szaleniec. Słoki dźwięk dla mych uszu.  Mocno poruszyłem palcami.
- Ah.. Aoi.. Proszę. Już. Chcę! - wykrzykiwał pojedyncze wyrazy między jękami. Sam nie mogłem się doczekać. Wyciągnąłem palce i z trudem się pohamowując, powolnie wszedłem w niego.
- Yuu! - dyszał ciężko. Wsunąłem się głęboko a następnie prawie całkowicie z niego wyszedłem. Wyginał się pode mną, pojękując uroczo.
Ponowiłem czynność tym razem szybko, coraz szybciej. Zacisnął zęby z bolesnej rozkoszy. Obaj ociekaliśmy potem. Czułem, że zaraz dojdę. Takanori mnie uprzedził.
Urywającym się głosem wykrzyknął moje imię, sklejąc nasze brzuchy nasieniem. Jego wejście ciasno zacisnęło się wokół mojej męskości. Doszedłem niedługo po nim. Przygniotłem go lekko swoim ciężarem do mebla. Wsłuchałem się w szalone bicie serca malca. Wraz z oddechem powolutku zaczęło się uspokajać.
Niespodziewanie, wybijając się ze spokoju. Wbiłem się w jego usta, słodko, zachłannie.
Szarpnął się, co nieco mnie zdziwiło.
- Rozwiąż mnie - wypowiedział cicho. Zamiast spełnić prośbę, arafatką sprawnie splątałem jego nogi, wziąłem go na ręce i zaniosłem do salonu. Uwielbiałem mieć nad nim władzę absolutną.
Usiałem na kanapie, kładąc go na sobie.
- W co ty pogrywasz? - nie szarpał się, nie protestował.
- Ciii - szepnąłem - kocham cię - zamknąłem mu usta pocałunkiem, na który momentalnie odpowiedział. Wstałem i wyszedłem z pomieszczenia.
- Aoi nie wydurniaj się - dobiegło mnie zza pleców - wracaj tu.
Zaczerpnąłem głęboki oddech przed ponownym pojawieniem się w pokoju.
- Co to? - spojrzał na mnie pytająco, w ręku dzierżyłem małe, granatowe pudełeczko.
- Spróbuj mi to odebrać, kochanie - klęknąłem przed nim. Byłem absolutnie pewny siebie.
Zębami chwycił końcówkę wstążki. Dawałem mu fory, inaczej za żadne skarby świat by tego nie osiągnął.
Szarpnął materiał, dolna połówka opakowania spadła na jego kolana. Bacznie przyglądałem się jego minie.
Ze zdziwienia, poprzez zaskoczenie przerodziła się we wzruszający uśmiech.
- Poważnie? - błyszczące ślepia wlepiły się w moje.
Położyłem dłonie na jego udach, wyczułem jak się wzdryga czując na skórze chłód moich rąk - czy wyglądam jakbym żartował? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Po tobie można się wszystkiego spodziewać - podjął próbę uwolnienia się z więzów.
- Więc spójrz na mnie i posłuchaj skarbie- sięgnąłem dłonią by poluzować szalik - wyjdziesz za mnie?
Uwolnione ręce zaplótł na mojej szyi - często mnie irytujesz i wkurzasz ale nie wyobrażam sobie życia bez ciebie głupku.
- Zwykłe "tak" by wystarczyło - poczułem się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi - to moja odpowiedź na pytanie co będzie z nami za 20 lat.